|
„TP”, Nr 23 (2813), 8 czerwca 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2813/kraj06.php
Jak definiować kolaborację
Prostych odpowiedzi nie będzie
Z prof. Włodzimierzem Borodziejem, historykiem, rozmawia Andrzej Brzeziecki
ANDRZEJ BRZEZIECKI: - Czy toczone ostatnio dyskusje wokół "memoriału lizbońskiego",
Jedwabnego, a teraz Instytutu Niemieckiej Pracy Wschodniej mogą wpłynąć na nowe
zdefiniowanie pojęcia kolaboracji w Polsce?
WŁODZIMIERZ BORODZIEJ: - Tak, ale dotyczy to raczej dwóch ostatnich przykładów. Do tej
pory w Polsce rozpatrywano zjawisko kolaboracji pod kątem osób myślących o politycznej
formie współpracy z okupantem niemieckim czy radzieckim. Sprawa "memoriału"
dotyczy właśnie polityków. Choć nie wiemy nawet, czy oni sami popierali ideę
"memoriału", bo pod nim podpisani nie są.
Natomiast dyskusje wokół Jedwabnego i Ostinstitut wnoszą nowy element. Wskazują na inną
niż politycy grupę potencjalnych kolaborantów: na osoby, które nie uprawiały zawodu
polityka, za to w tej czy innej formie współpracowały, bądź możemy podejrzewać, że
współpracowały z okupantem.
- Jakie może być najszersze znaczenie kolaboracji w Polsce i jaki może być jej zasięg
społeczny?
- Tego właśnie dotyczy tocząca się dyskusja. Już ćwierć wieku temu pytania o społeczny
wymiar współpracy z hitlerowcami stawiali Jan Tomasz Gross i Tomasz Szarota. Zwracali
oni uwagę, że Polacy pracowali w różnego rodzaju instytucjach stworzonych przez
okupanta bądź przez niego przejętych i kierowanych. Do tej pory jednak niezbyt uważnie
przyglądaliśmy się, czemu praca Polaków w tych instytucjach służyła, jak była
wykorzystywana i jak się miała do narodowej antyniemieckiej solidarności.
Dość wcześnie problemem zajęło się Państwo Podziemne, które dostrzegło
wieloznaczność sytuacji, w jakich znaleźli się np. polscy urzędnicy, i, czasem uznając
racjonalność niektórych postaw, próbowało ustalić przepisy "prohibicyjne".
- Czy rozszerzone poza wymiar polityczny pojęcie kolaboracji można stopniować?
- Kolaboracja ulega stopniowaniu w dwóch perspektywach. Pierwszą jest ocena współczesnych,
która może być różna. Jedni mogli twierdzić, że wójt, który dbał, by jego wieś
wywiązywała się z dostaw kontyngentów żywnościowych, był kolaborantem. Inni zaś
mogli go bronić, argumentując, że dzięki takiej postawie wieś uniknęła prześladowań
z rąk niemieckich.
Różnice w postrzeganiu kolaboracji często związane były też z geografią. W
Warszawie trudno sobie wyobrazić niektóre zachowania znane z kresów, podobnie różniły
się w obrębie kresów Wilno i Wołyń, jeśli chodzi np. o stosunek do partyzantki
radzieckiej; przykład volkslisty pokazuje, że te same postawy w Poznaniu, Katowicach i
Lwowie mogły mieć zupełnie różne znaczenie i odmiennie być oceniane przez otoczenie
- tym bardziej z niejako miarodajnej, warszawskiej perspektywy Delegatury czy Komendy Głównej
AK.
Druga perspektywa to okres powojenny. I tu ocena ulegała zmianom. W okresie wczesnego PRL
pojęcie kolaboracji sprowadzono do absurdu - w pierwszej połowie lat 50. główną
organizacją kolaborującą okrzyknięto Państwo Podziemne. W innych, nie politycznych,
sprawach sądownictwo zachowywało się często wstrzemięźliwie i starało się
ograniczać krąg podejrzanych wychodząc z założenia, że to, co mówią świadkowie,
niekoniecznie przekłada się na prawdę materialną i procesową. Potem zaś oceny
kolaboracji uległy zmianom wraz ze zmianami pokoleniowymi. Ze zwiększającym się
dystansem do lat 1939-45 zmienia się nasze podejście do kolaboracji.
Pojęcie współpracy z okupantem rzadko kiedy jest tak klarowne, jak definicje w naukach
ścisłych, oczywiście z wyjątkiem ewidentnych zdrajców, agentów, donosicieli czy
szmalcowników.
Nawet przy klasycznej, zachodnioeuropejskiej, definicji występować mogą różnice przy
ocenie poszczególnych osób: z jednej strony współpracę z okupantem możemy uznać za
zdradę sprawy narodowej. Z drugiej strony możemy argumentować, że skoro własne państwo
poniosło klęskę, to postawą racjonalną jest podjęcie jakiejś formy współpracy ze
zwycięzcą, aby los okupowanego narodu był jak najlżejszy.
W Polsce jednak motywowana politycznie współpraca z hitlerowcami od początku była
traktowana jako zło.
- Praca Rybickiej sugeruje inną, apolityczną formę kolaboracji. Czy w świetle dyskusji
na temat krakowskich profesorów ich postawę można uznać za kolaborację?
- Odpowiedź na to pytanie jest jeszcze przed nami. Zgoda, że Anetta Rybicka postawiła
wyraźną tezę, ale gdy pisałem recenzję jej doktoratu, wyraziłem pogląd, że tezę tę
należy przedyskutować. Dyskusja ta nie powinna polegać tylko na wymianie argumentów,
ale także na sięgnięciu do źródeł, do których Rybicka być może nie dotarła
(proszę pamiętać, że rozdział, o którym mówimy, to tylko skromna część pracy).
Poszerzenie bazy źródłowej przybliżyłoby nas do odpowiedzi na pytanie o ocenę
krakowskich profesorów.
Obawiam się jednak, że w ogromnej większości przypadków, nawet po zapoznaniu się z
nowymi, choćby licznymi źródłami, mądrzejsi nie będziemy. Pozostanie kwestia, w
jakim stopniu zawierzyć prasie podziemnej, aktom powojennych dochodzeń i śledztw, wyjaśnieniom
podejrzanych - źródłom powstałym w różnych okolicznościach, odzwierciedlającym
stan wiedzy autorów, ich mniej lub bardziej czytelne intencje i interesy... Prostych
odpowiedzi nie będzie.
Być może inaczej będziemy oceniać całe grono, a inaczej poszczególne postaci. Nie
wyobrażam sobie, by możliwe było uznanie wszystkich polskich pracowników Instytutu za
kolaborantów, bo tak po prostu nie było.
- Może więc teza Rybickiej była przedwczesna? Jednym z zarzutów wobec jej pracy jest
nadmiar zaufania wobec niemieckich źródeł. To podobny problem jak z raportami
funkcjonariuszy SB. Może Niemcy, chcąc wykazać się zdolnościami organizacyjnymi,
koloryzowali rzeczywistość pisząc w raportach, że Polacy w Ostinstitut świetnie
pracują.
- Na poziomie doktoratu na ogół jest tak, że jeśli szczęśliwie napotkamy na nowy zasób
źródłowy, to wprowadzamy go do tzw. obiegu naukowego razem z zawartymi w nim sądami.
Rybicka tak postąpiła. Byłbym ostrożny z zarzutami, że nie sięgnęła do jakichś źródeł,
bo z nich też mogą wynikać zaskakujące rzeczy. Zasługą
Rybickiej jest natomiast dyskusja, jakiej dotąd nie mieliśmy.
Oczywiście, jak uczymy się na pierwszych latach studiów historycznych, źródłom nie
należy wierzyć bezkrytycznie. Rybicka wyciągnęła z niemieckich źródeł poczucie
zadowolenia niemieckich pracodawców z polskich pracowników. Można się zastanawiać, skąd
brało się to, dominujące, jak rozumiem z jej pracy, zadowolenie. Odrzucałbym chęć
wykazania się, bo niby czym Niemcy mieliby się wykazywać? Tym, że Polacy, w odróżnieniu
od nich samych, umieją czytać polskie źródła? Podkreślanie tego nie najlepiej świadczyłoby
o kompetencjach Niemców.
To prawda, że w każdej sprawozdawczości występuje chęć przedstawienia się w jak
najlepszym świetle, ale to raczej nie wymagało chwalenia indywidualnych pracowników za
ich gorliwość i kooperatywność. W tym wypadku jedynie poszerzenie bazy źródłowej o
inne niemieckie źródła mogłoby coś wyjaśnić. Ze źródeł, które cytuje Rybicka,
na pierwszy rzut oka powstaje obraz harmonii, który można tłumaczyć na różne
sposoby, ale wrażenie jest takie, że Niemcy byli z Polaków rzeczywiście zadowoleni.
- Powiedział Pan, że zasługą Rybickiej było wywołanie tematu. Ale czy nie obawia się
Pan, że dyskusja sprowadzona zostanie do uproszczonych wniosków i festiwalu oskarżeń w
tonacji publikacji tygodnika "Wprost"?
- Tak funkcjonują media. Historycy sprawą zajęli się poważnie, a że wydobyta przez
nich wiedza przekazywana jest szerszej publiczności w zmienionej formie - na to nie mamy
wpływu.
Nie ulegajmy iluzji co do skali zjawiska wywołanego pracą Rybickiej. Mowa w niej o stu
kilkudziesięciu osobach, z których nikły tylko procent zalicza się do wielkich nazwisk
nauki polskiej. W sensie statystycznym jest to więc problem zupełnie marginalny. Oczywiście
w sensie opiniotwórczym było to środowisko o dużym znaczeniu i stąd, jak sądzę,
bierze się temperatura dyskusji publicznej wokół Instytutu.
Zawsze gdy podejmuje się "drażliwy temat" z zakresu historii najnowszej, w
dyskusji publicznej funkcjonuje on inaczej niż w naukowej. To jest ryzyko naszej pracy.
Ale gdybyśmy za każdym razem zastanawiali się, czy nie powstrzymać się od publikacji,
bo jeśli o "panu Kowalskim" napiszemy trochę źle, prasa to skrajnie uprości
i napisze o nim bardzo źle, to możemy zaraz zamknąć nasze laptopy i zając się starożytnym
Egiptem czy innym bezpiecznym tematem.
Główną korzyścią dyskusji będzie poszerzenie wiedzy o postawach społecznych i
indywidualnych w okupowanej Polsce. Z czasem będziemy - być może - z tego więcej
rozumieć.
- W Polsce przez dziesięciolecia funkcjonował mit kraju bez Quislinga. Czy dyskusje, w
wyniku których pojawia się mniej posągowy obraz naszego społeczeństwa, mogą ten mit
nadszarpnąć?
- Nie. Praca Rybickiej będzie dobrym przykładem ograniczonego zasięgu tego zjawiska - w
końcu nie dotyczy ona prominentnych polityków, publicystów, pisarzy czy wojskowych, których
dotyczą dyskusje francuskie czy holenderskie, lecz ludzi działających publicznie tylko
w wymiarze szkolnictwa wyższego, czyli zjawiska, powiedzmy, niszowego. Zresztą autorce
do głowy nie przyszło, by przeczyć, że Polska była krajem bez Quislinga. Jest
oczywiste, że była, tak jak oczywiste jest, że żadnego Quislinga nie było, bo Niemcy
go po prostu nie chcieli.
Włodzimierz Borodziej (ur. 1956) jest historykiem. Profesor Uniwersytetu Warszawskiego od
roku 1996. W latach 1999-2002 prorektor UW. Wydał m.in.: "Terror i polityka. Policja
niemiecka a polski ruch oporu w Generalnym Gubernatorstwie 1939 - 1944". Recenzent
pracy doktorskiej Anetty Rybickiej. 16 maja wygłosił wstęp do debaty historyków wywołanej
jej książką.
© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl
|