|
„TP”, Nr 23 (2813), 8 czerwca 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2813/kraj05.php
Rijad i Casablanca nie dowodzą, że mega-terroryzm wraca
Al-Kaida w odwrocie
Edward N. Luttwak z Waszyngtonu
Zamachy w Rijadzie i Casablance odczytano powszechnie jako dowód, że Al-Kaida przetrwała
utratę swych baz w Afganistanie i znowu jest zdolna zaatakować. Do takiego wniosku musiał
dojść amerykański rząd, gdy ogłaszał najwyższy ("pomarańczowy") stopień
zagrożenia terrorystycznego; kolejny kolor, "czerwony", oznacza, że atak
terrorystyczny właśnie trwa. Jednak Rijad i Casablanca oznaczają raczej głęboki
kryzys Al-Kaidy niż jej triumfalny powrót.
Wspólne przedsięwzięcie Osamy bin Ladena i jego "prawej ręki" Ajmana al
Zawahiriego, którego wezwanie do zamachów wyemitowała niedawno telewizja Al Dżazira,
zyskało prestiż i przyciągało fundusze i rekrutów dzięki atakom na
"twarde" cele: amerykańskie ambasady w Kenii i Tanzanii (w sierpniu 1998 r.
zginęły tam 224 osoby - red.) oraz na niszczyciel USS "Cole" w jemeńskim
porcie Aden w październiku 2000 (17 ofiar). Ataki te przeprowadzono w krajach łatwych do
spenetrowania, w których terroryści mogli działać bez obawy o ich wykrycie, choć same
obiekty ataku nie były łatwymi celami. Późniejsze zamachy z 11 września 2001 r. na
Nowy Jork i Waszyngton wzbudziły falę entuzjazmu w świecie muzułmańskim, szczególnie
wśród Arabów: tym razem zaatakowany kraj był trudny do spenetrowania, metoda
spektakularna, a cele niezwykle symboliczne. Tylko ktoś kompletnie zbałamucony mógł
uwierzyć w strategię Al-Kaidy - nakłonienia chrześcijan do przejścia na islam przez
pokazanie, jak silny może być wojowniczy islam - ale wielu muzułmanów było pod
wielkim wrażeniem czynu terrorystów i cieszyło się z cierpienia i upokorzenia najpotężniejszego,
ich zdaniem, państwa chrześcijańskiego.
W przeciwieństwie do 11 września, ostatnie ataki na Rijad i Casablankę były wymierzone
w "miękkie" cele i w "miękkich" krajach. Wśród ofiar byli również
chrześcijanie i Żydzi. Ale zamachy uderzyły w miasta muzułmańskie, a nie chrześcijańskie,
zabijając przede wszystkim muzułmanów. Zamachy mogły zyskać nieco poparcia, pokazując,
że "Baza" przetrwała, lecz jednocześnie wywołały też duży sprzeciw właśnie
dlatego, że większość ofiar była muzułmanami. Z pewnością nie były dość imponujące,
by przywrócić Al-Kaidzie dawny prestiż, naderwany przez sromotną klęskę w
Afganistanie i następującą po niej bezczynność, która sprawia, iż dzień 11 września
pozostaje raczej blednącym wspomnieniem niż początkiem triumfalnej kampanii
mega-terroryzmu.
Ostatnim rozczarowaniem dla zwolenników wojowniczego islamu był brak reakcji na inwazję
w Iraku: nie nastąpiła żadna fala terroryzmu. Spodziewano się spontanicznego
mini-terroryzmu w tych krajach koalicji alianckiej, w których mieszka znaczący procent
ludności muzułmańskiej: w Wielkiej Brytanii i Hiszpanii. Przyjmowano za prawdopodobny
midi-terroryzm na polach naftowych w Arabii Saudyjskiej i Zatoce Perskiej. Nie wykluczano
nawet możliwości wybuchu mega-terroryzmu w samej Ameryce. Nic takiego się nie wydarzyło.
Ten brak natychmiastowej odpowiedzi Al-Kaidy można wyjaśniać na różne sposoby. Na
pewno ku upadkowi chyli się cały islamski ruch fundamentalistyczny, który kojarzy się
dziś z przegraną (od Afganistanu po Palestynę), bądź przynajmniej z trwałym brakiem
zwycięstwa (jak w Czeczenii i Kaszmirze). W oczach muzułmanów dowodzić to może, że
skoro islam jako wiara był potwierdzany przez wygrane, to klęski fundamentalistów na całym
świecie wskazują, że nie cieszą się oni przychylnością Boga.
Inna przyczyna tkwi w olbrzymim sukcesie europejskich sił policyjnych, bezpieczeństwa
oraz wywiadów, które z powodzeniem wykrywają i likwidują terrorystyczną siatkę
rekrutacyjną i treningową oraz przechwytują całe grupy operacyjne - z już obranymi
celami i konkretnym arsenałem. Dotyczy to także Ameryki, gdzie po 11 września zwiększyła
się efektywność pracy policji i polepszono kontrolę na przejściach granicznych. Także
brak zamachów na szyby naftowe w Arabii Saudyjskiej i w reszcie regionu - w tym na
terenie dwóch ważnych członków koalicji, Kuwejtu i Kataru - można częściowo tłumaczyć
zastosowaniem efektywnych środków bezpieczeństwa. Ale nie tylko tym: przyczyną jest również
zanik aktywności fundamentalistów i utrata znaczenia przez Al-Kaidę, jako
"przewodnika" i modelu do naśladowania.
Tak wyglądało "drugie dno" zamachów w Rijadzie i Casablance, które
przeprowadzono głównie z palącej potrzeby, aby po tak długim okresie milczenia
wreszcie coś zrobić - w jakikolwiek sposób i nawet za cenę zantagonizowania bardziej
umiarkowanych muzułmanów, których Al-Kaida miała nadzieję pozyskać. Pod względem
celów i skali oba zamachy oznaczały nie postęp, ale odwrót w ambicjach dokonania dzieła
zniszczenia na ziemiach "niewiernych".
Możliwe, że wyjątkowe środki bezpieczeństwa zastosowane przez Waszyngton są
spowodowane dostarczeniem przez wywiad dowodów odmiennych: że Al-Kaida rośnie w siłę.
Ale równie możliwe jest, że działania te są wynikiem biurokratycznej logiki CIA, FBI
i nowego Departamentu Bezpieczeństwa Narodowego (DHS). Żadna z tych instytucji nie musi
tłumaczyć się z kosztów, związanych z podejmowaniem dodatkowych środków ostrożności,
które wiążą się z ogłoszeniem "pomarańczowego" alarmu - od policyjnych
nadgodzin po dłuższe oczekiwanie na lotniskach.
Wymienione instytucje nie mają żadnego powodu, aby ryzykować oceniając zawsze niepewne
informacje wywiadu o przyszłych zamachach - wolą nawet przeceniać zagrożenie niż go
nie doceniać, bo jedyne, co można by im w przyszłości zarzucić, to brak ostrzeżenia
przed atakiem. Biały Dom nie koryguje tych zrozumiałych, ale kosztownych
biurokratycznych wyolbrzymień, bo dopóki amerykańska gospodarka pozostaje słaba, dopóty
strategia Busha - zmierzająca do reelekcji w przyszłorocznych wyborach prezydenckich w
USA - musi kłaść nacisk na przywództwo prezydenta w konfrontacji z terroryzmem, którego
znaczenia Waszyngton woli tym samym nie pomniejszać.
Przełożył Mateusz Flak
Edward N. Luttwak jest ekspertem Centrum Studiów Strategicznych i Międzynarodowych w
Waszyngtonie. Stale współpracuje z "TP".
© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl
|