adres: ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków
tel: (0-12) 422 25 18, 422 23 11
fax: (0-12) 421-67-31
e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl
REDAKCJA ARCHIWUM PROMOCJA REKLAMA PRENUMERATA
 
Główna strona

Nowy numer
NR 23 (2813)
8 czerwca 2003


  Spis treści
  Komentarze
  Obraz tygodnia
  Kronika religijna
  Liturgiczne czytania
  tygodnia

  Medytacja biblijna
  ks. Mieczysław Maliński
  Kobiety w Biblii
  Przegląd prasy krajowej
  Przeglad prasy
  zagranicznej

  Notatki
  Wśród książek
  Z płyty na płytę
  Listy
FELIETONY
  Józefa Hennelowa
  Małgorzata Musierowicz
  Ewa Szumańska
  Andrzej Dobosz
  Michał Komar
  Marcin Król
  Jacek Podsiadło
  Stanisław Lem

  Tematy miesiąca

DODATKI TEMATYCZNE

UNIA DLA CIEBIE

KSIĄŻKI W TYGODNIKU

FILM W TYGODNIKU

APOKRYF

KONTRAPUNKT


To jest strona archiwalna.

Aktualna strona internetowa "Tygodnika Powszechnego" znajduje się pod adresem www.TygodnikPowszechny.pl

Projekt, wykonanie, obsługa:
Verbanet
Wersja do druku
Napisz komentarz

Rijad i Casablanca nie dowodzą, że mega-terroryzm wraca


Al-Kaida w odwrocie

Edward N. Luttwak z Waszyngtonu


Zamachy w Rijadzie i Casablance odczytano powszechnie jako dowód, że Al-Kaida przetrwała utratę swych baz w Afganistanie i znowu jest zdolna zaatakować. Do takiego wniosku musiał dojść amerykański rząd, gdy ogłaszał najwyższy ("pomarańczowy") stopień zagrożenia terrorystycznego; kolejny kolor, "czerwony", oznacza, że atak terrorystyczny właśnie trwa. Jednak Rijad i Casablanca oznaczają raczej głęboki kryzys Al-Kaidy niż jej triumfalny powrót.


Wspólne przedsięwzięcie Osamy bin Ladena i jego "prawej ręki" Ajmana al Zawahiriego, którego wezwanie do zamachów wyemitowała niedawno telewizja Al Dżazira, zyskało prestiż i przyciągało fundusze i rekrutów dzięki atakom na "twarde" cele: amerykańskie ambasady w Kenii i Tanzanii (w sierpniu 1998 r. zginęły tam 224 osoby - red.) oraz na niszczyciel USS "Cole" w jemeńskim porcie Aden w październiku 2000 (17 ofiar). Ataki te przeprowadzono w krajach łatwych do spenetrowania, w których terroryści mogli działać bez obawy o ich wykrycie, choć same obiekty ataku nie były łatwymi celami. Późniejsze zamachy z 11 września 2001 r. na Nowy Jork i Waszyngton wzbudziły falę entuzjazmu w świecie muzułmańskim, szczególnie wśród Arabów: tym razem zaatakowany kraj był trudny do spenetrowania, metoda spektakularna, a cele niezwykle symboliczne. Tylko ktoś kompletnie zbałamucony mógł uwierzyć w strategię Al-Kaidy - nakłonienia chrześcijan do przejścia na islam przez pokazanie, jak silny może być wojowniczy islam - ale wielu muzułmanów było pod wielkim wrażeniem czynu terrorystów i cieszyło się z cierpienia i upokorzenia najpotężniejszego, ich zdaniem, państwa chrześcijańskiego.

W przeciwieństwie do 11 września, ostatnie ataki na Rijad i Casablankę były wymierzone w "miękkie" cele i w "miękkich" krajach. Wśród ofiar byli również chrześcijanie i Żydzi. Ale zamachy uderzyły w miasta muzułmańskie, a nie chrześcijańskie, zabijając przede wszystkim muzułmanów. Zamachy mogły zyskać nieco poparcia, pokazując, że "Baza" przetrwała, lecz jednocześnie wywołały też duży sprzeciw właśnie dlatego, że większość ofiar była muzułmanami. Z pewnością nie były dość imponujące, by przywrócić Al-Kaidzie dawny prestiż, naderwany przez sromotną klęskę w Afganistanie i następującą po niej bezczynność, która sprawia, iż dzień 11 września pozostaje raczej blednącym wspomnieniem niż początkiem triumfalnej kampanii mega-terroryzmu.

Ostatnim rozczarowaniem dla zwolenników wojowniczego islamu był brak reakcji na inwazję w Iraku: nie nastąpiła żadna fala terroryzmu. Spodziewano się spontanicznego mini-terroryzmu w tych krajach koalicji alianckiej, w których mieszka znaczący procent ludności muzułmańskiej: w Wielkiej Brytanii i Hiszpanii. Przyjmowano za prawdopodobny midi-terroryzm na polach naftowych w Arabii Saudyjskiej i Zatoce Perskiej. Nie wykluczano nawet możliwości wybuchu mega-terroryzmu w samej Ameryce. Nic takiego się nie wydarzyło.

Ten brak natychmiastowej odpowiedzi Al-Kaidy można wyjaśniać na różne sposoby. Na pewno ku upadkowi chyli się cały islamski ruch fundamentalistyczny, który kojarzy się dziś z przegraną (od Afganistanu po Palestynę), bądź przynajmniej z trwałym brakiem zwycięstwa (jak w Czeczenii i Kaszmirze). W oczach muzułmanów dowodzić to może, że skoro islam jako wiara był potwierdzany przez wygrane, to klęski fundamentalistów na całym świecie wskazują, że nie cieszą się oni przychylnością Boga.

Inna przyczyna tkwi w olbrzymim sukcesie europejskich sił policyjnych, bezpieczeństwa oraz wywiadów, które z powodzeniem wykrywają i likwidują terrorystyczną siatkę rekrutacyjną i treningową oraz przechwytują całe grupy operacyjne - z już obranymi celami i konkretnym arsenałem. Dotyczy to także Ameryki, gdzie po 11 września zwiększyła się efektywność pracy policji i polepszono kontrolę na przejściach granicznych. Także brak zamachów na szyby naftowe w Arabii Saudyjskiej i w reszcie regionu - w tym na terenie dwóch ważnych członków koalicji, Kuwejtu i Kataru - można częściowo tłumaczyć zastosowaniem efektywnych środków bezpieczeństwa. Ale nie tylko tym: przyczyną jest również zanik aktywności fundamentalistów i utrata znaczenia przez Al-Kaidę, jako "przewodnika" i modelu do naśladowania.

Tak wyglądało "drugie dno" zamachów w Rijadzie i Casablance, które przeprowadzono głównie z palącej potrzeby, aby po tak długim okresie milczenia wreszcie coś zrobić - w jakikolwiek sposób i nawet za cenę zantagonizowania bardziej umiarkowanych muzułmanów, których Al-Kaida miała nadzieję pozyskać. Pod względem celów i skali oba zamachy oznaczały nie postęp, ale odwrót w ambicjach dokonania dzieła zniszczenia na ziemiach "niewiernych".

Możliwe, że wyjątkowe środki bezpieczeństwa zastosowane przez Waszyngton są spowodowane dostarczeniem przez wywiad dowodów odmiennych: że Al-Kaida rośnie w siłę. Ale równie możliwe jest, że działania te są wynikiem biurokratycznej logiki CIA, FBI i nowego Departamentu Bezpieczeństwa Narodowego (DHS). Żadna z tych instytucji nie musi tłumaczyć się z kosztów, związanych z podejmowaniem dodatkowych środków ostrożności, które wiążą się z ogłoszeniem "pomarańczowego" alarmu - od policyjnych nadgodzin po dłuższe oczekiwanie na lotniskach.

Wymienione instytucje nie mają żadnego powodu, aby ryzykować oceniając zawsze niepewne informacje wywiadu o przyszłych zamachach - wolą nawet przeceniać zagrożenie niż go nie doceniać, bo jedyne, co można by im w przyszłości zarzucić, to brak ostrzeżenia przed atakiem. Biały Dom nie koryguje tych zrozumiałych, ale kosztownych biurokratycznych wyolbrzymień, bo dopóki amerykańska gospodarka pozostaje słaba, dopóty strategia Busha - zmierzająca do reelekcji w przyszłorocznych wyborach prezydenckich w USA - musi kłaść nacisk na przywództwo prezydenta w konfrontacji z terroryzmem, którego znaczenia Waszyngton woli tym samym nie pomniejszać.

Przełożył Mateusz Flak


Edward N. Luttwak jest ekspertem Centrum Studiów Strategicznych i Międzynarodowych w Waszyngtonie. Stale współpracuje z "TP".


Archiwum | Redakcja | Prenumerata | Reklama | Ludzie Tygodnika | Archiwum felietonów | Historia pisma
Archiwum Jerzego Turowicza | Unia dla Ciebie | Książki w Tygodniku | Film w Tygodniku |
Jazz w Tygodniku | Apokryf | Kontrapunkt

© 2000 Tygodnik Powszechny