dotb.gif

„TP”, Nr 23 (2813), 8 czerwca 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2813/kraj04.php

Obóz w Chiam to symbol i jątrząca rana szyitów z południa Libanu


Ahmad nadąża za dorosłymi

Andrzej Talaga z południowego Libanu


"Psia buda" ma może 60 centymetrów wysokości i jeszcze mniej szerokości: to metalowa bryła, bez otworów. Wciśnięte w nią ludzkie ciało staje się na powrót embrionem. Ból paraliżuje kręgosłup i mięśnie. 24 godziny - tyle można wytrzymać w puszce wystawionej za dnia na promienie ostrego słońca. W obozie Chiam na południu Libanu - w dawnej izraelskiej "strefie bezpieczeństwa", a dziś quasi-państwie Hezbollahu - gdzie Izraelczycy więzili do niedawna swoich przeciwników, "psia buda" miała uczyć pokory. Nauczyła nienawiści.


Nijakie, zakurzone domy, jezdnia z wyrwami wygryzionymi przez czas i ludzkie zaniedbanie, rzadkie drzewa. Przy drodze ospałe osły, wieśniaczki chroniące włosy pod kolorowymi chustami i chude psy węszące za byle kąskiem. Samochód skręca z głównej drogi ostro w prawo, potem kilkadziesiąt metrów pod górę i zatrzymuje się pod metalową bramą obozu. Mur, wieżyczki. Wrota otwarte szeroko zapraszają - wejdź, zobacz sam.

Za nimi plątanina sal, dziedzińców, wąskich przejść, cel dla kobiet, pokojów przesłuchań. Nie widać drzew ani krzewów, ściany przesłaniają świat. Więźniowie widzieli tylko beton albo niebo nad sobą. Większość wierzyła w Boga, Allaha. Patrzyli w błękit wierząc, że jeśli zginą - pójdą w lazurowy bezmiar, prosto do Niego. I staną się szahidami - męczennikami.


Partia krwi

Dziś, po wycofaniu się w maju 2000 r. Izraelczyków z południowego Libanu - okupowanego przez Izrael od 1982 r. i traktowanego jako "strefa bezpieczeństwa" mająca chronić północny Izrael przed atakami z terytorium libańskiego - obóz jest kontrolowany przez Hezbollah ("Partia Boga"). Hezbollah to partia polityczna i ruch społeczny, posiadający zbrojne ramię: Islamski Ruch Oporu. On to, a nie armia libańska, nadzoruje teren dawnej okupacji.

Żółte flagi "Partii Boga" witają przy bramie, a jej bojownicy dyskretnie obserwują wchodzących. Spokojni, małomówni. W Bejrucie, Baalbek, Chiam - wszędzie tacy sami. Tak różni od przeciętnych mieszkańców Lewantu: hałaśliwych, gadatliwych samochwałów, drobnych handlarzy wierzących szczerze, że są prawi jak Saladyn [sułtan, z pochodzenia Kurd, który zjednoczył Arabów pod koniec XII w. i odebrał Jerozolimę krzyżowcom - red.], a oszukujących na boku przy ważeniu kilograma pomidorów. Ich - bojowników "za wiarę" - można nienawidzić, ale i podziwiać.

Szyizm stał się głośny na Zachodzie - kiedyś za sprawą Iranu, a dziś Iraku. Po obaleniu irańskiego monarchy w 1979 r. w Iranie utworzono islamską teokrację rządzoną przez duchownych. Stała się ona wzorem dla szyitów w innych krajach, a korpus "strażników rewolucji" zabrał się za eksport irańskich idei. W Libanie z umiarkowanego ugrupowania Amal z irańską pomocą wyłonił się fundamentalistyczny Hezbollah, w Iraku z pokojowo nastawionej, opozycyjnej do reżimu Husajna partii Dawa, powstała radykalna Najwyższa Rada Rewolucji Islamskiej i jej ramię zbrojne Korpus Badr. Szyickie ruchy polityczne prędzej czy później ścierają się z prozachodnimi rządami - lub z krajami Zachodu. To samobójcze ataki szyitów w latach 80. doprowadziły do wycofania z Bejrutu sił amerykańskich i francuskich. Szyicka partyzantka nękała Izrael w południowym Libanie.

Teraz szyici i ich aspiracje są zmartwieniem Amerykanów w Iraku. Kto wie, czy wkrótce nie powstanie tam zbrojny szyicki ruch oporu? Tymczasem to Polska będzie zarządzać strefą stabilizacyjną, w której znajdzie się Karbala, miasto święte.

Co roku dziesiątego dnia miesiąca muharram w szyickich miastach i wioskach tłum wiernych kroczy w rytualnym pochodzie zwanym tazija. To misterium odtwarzające śmierć imama Husajna, wnuka Mahometa, w bitwie pod Karbalą w 680 r.: w starciu, które dało początek podziałowi islamu na szyitów i sunnitów, wojska Husajna zostały pobite przez armię wojowników wiernych Umajjadom, konkurentom do tytułu kalifa (przywódcy). Podczas pielgrzymek do mauzoleum Husajna w Karbali mężczyźni w religijnym uniesieniu nacinają sobie żyłę na głowie i uderzają w ranę mieczami. Krew oblewa twarze i torsy; inni biczują plecy rzemieniami. Tazija nie pozostawia widza obojętnym, przeraża i przyciąga.

Szyitom nie wystarcza rozpamiętywać śmierć imama Husajna, oni chcą uczestniczyć w jego męce - jak filipińscy chrześcijanie, dający się ukrzyżować w Wielki Piątek, pragną cierpieć cierpieniem Chrystusa. Jednak Husajn zginął w walce o władzę duchową i polityczną, nie miał zamiaru nadstawiać drugiego policzka, nie pokój niósł na ziemi, ale świętą wojnę.


Zobaczy i zapamięta

Libańczycy przyjeżdżają do obozu w Chiam jak na pielgrzymkę. Z Tyru, Bejrutu, nawet ze wsi na północy. Przywożą całe rodziny: żony, babki, małe dzieci. Nie słychać jednak gwaru. Cisza. Chodzą z dziedzińca na dziedziniec, z sali do sali, przystają, znów idą. Patrzą.

Mohammed Azika z Bejrutu jest tu drugi raz. - Teraz zabrałem syna, niech zobaczy, co z nami robili i zapamięta - mówi. Kuzyni Mohammeda, którzy przyjechali z nim, milcząc kiwają głowami. A 7-letni Ahmad ze znajomością rzeczy wczuwa się w rolę. Nieraz słyszał opowieści o Izraelczykach. Zaciśnięte usta, groźna mina na anielskiej twarzyczce. On już nienawidzi: tak go nauczono, umysł nieskażony doświadczeniem nie miał innego wyboru. Jego rówieśnicy w południowych dzielnicach Bejrutu (zamieszkałych przez szyitów) maszerują w czarnych mundurach w pochodach Hezbollahu. Na zgubę Izraela.

Ahmad próbuje nadążyć za dorosłymi. Poważna mina, zaciekawienie na twarzy. Na Wschodzie ideałem dziecięcego świata jest naśladowanie dorosłych - w słowach, gestach, zachowaniu, zainteresowaniach. Mali chłopcy chcą być jak ojcowie, wujkowie i starsi bracia; pragną stać się dzielnymi bojownikami, rycerzami, którzy pokonali ziejącego ogniem smoka. Potwór to nie stwór z bajki, on był rzeczywisty. Szyickie dzieci z południa codziennie oglądały smoka szczerzącego pancerne zęby czołgów "Merkava", ryczącego silnikami F-16. Smok został jednak wygnany.

Chłopiec patrzy szeroko otwartymi czarnymi oczami. A przed nimi przesuwa się piekło, z którego jeszcze nie wywietrzał zapach siarki. Cele dla 6-8 osób, z piętrowymi pryczami, na których leżą materace z hebrajskimi napisami, za zasłoną sanitariat z jedną miską. Te luksusy pojawiły się w Chiam po inspekcji Międzynarodowego Czerwonego Krzyża w 1995 r., wcześniej więźniowie spali na betonie. Nie było sanitariatów ani zasłon zapewniających minimum dyskrecji. Przy niektórych celach małe tabliczki, umieszczone niedawno, z nazwiskami więźniów, którzy tu zginęli: Haytam Dabadża, Husajn Ali Mahmoud, Zakaria Nazar i inni.

Za kolejnym zakrętem korytarza dziedziniec, w rogu metalowa szyna postawiona na sztorc. To słup tortur: ofiara była przywiązywana do niego za ręce tak, by dotykała ziemi tylko palcami stóp. Wisiała zwykle dwa dni, w tym czasie strażnicy bili ją pałkami, kopali, polewali zimną i gorącą wodą. Przy słupie kolejne tabliczki z nazwiskami.

Dalej pusta dziś betonowa salka: tu stało urządzenie do torturowania prądem. Obok, na kolejnym dziedzińcu, "psia buda". Ahmad przymierza się, czy da radę wejść do środka, ale nawet dla niego jest za ciasna.


Ból za ból

Obóz w Chiam stał się dzieckiem konieczności i przypadku. A kiedy już powstał, rozkręcał dalszą przemoc, prowokował, zmuszał do zajęcia stanowiska. Wyrósł w umysłach szyitów na symbol ich losu. Dopóki istniał, nie mogli złożyć broni.

Kiedy po izraelskiej inwazji na Bejrut w 1982 r. - która rozbiła struktury Organizacji Wyzwolenia Palestyny w Libanie - Izraelczycy wycofali się, zostawili sobie "strefę bezpieczeństwa". Obok własnych oddziałów wspierali Armię Południowego Libanu generała Antoina Lahada, kontrolowaną przez libańskich chrześcijan. Wojnę partyzancką z nimi prowadziła początkowo szyicka milicja Amal, ale Izraelczycy zaczęli przeciwnika traktować poważnie dopiero, gdy pojawił się Hezbollah. Religijny fanatyzm, pogarda dla śmierci swojej i innych oraz rosnący profesjonalizm bojowników okazały się skuteczną mieszanką.

Hezbollah atakował spoza "strefy", a na terenach okupowanych miał siatki konspiracyjne. Aby je rozbić, Izraelczycy sięgnęli po terror: zamykali winnych i niewinnych, starczyło podejrzenie o sympatie do "Partii Boga", aby trafić bez sądu za kraty. Aresztowanych, w tym kobiety, wywożono do Izraela do Aszkelonu, Ramli, Sarafand lub trzymano w obozie Ansar na południu Libanu, a po jego zlikwidowaniu - w Chiam.

Osadzano tu bez wyroku sądowego więźniów, przeciw którym nie toczyło się nawet postępowanie prokuratorskie. Decyzje o internowaniu wydawały izraelskie służby bezpieczeństwa według własnego uznania. Formalnie obóz podlegał Armii Południowego Libanu, sądy w Izraelu mogły więc umywać ręce w sprawach o bezprawne przetrzymywanie w Chiam.

Bólowi ofiar obozu i ich bliskich towarzyszył inny ból: rodzin izraelskich żołnierzy, rozszarpanych przez bomby Hezbollahu. Chiam ma swoją salę pamięci, a w niej dwa stoły. Na jednym mundury i resztki sprzętu wojskowego. - To pozostałości po męczennikach - tłumaczy z dumą strażnik sali. Obok inny stół, na nim także poszarpane mundury i pogięte hełmy, ślady krwi. Nie trzeba wyjaśnień, widać hebrajskie napisy, nazwiska na tasiemkach przyszywanych do uniformów. Dużo tych mundurów.

Jak ginęli? Można to prześledzić na filmach kręconych przez Hezbollah podczas akcji (projekcja na życzenie gościa). Konwój izraelski sunie drogą, nagle eksplozja odpalonego elektronicznie ładunku, potem jedna rakieta, druga. Zbliżenie rozbitych pojazdów: powykręcane ciała jeszcze dymią. Inna scena: masakra kilkunastu izraelskich komandosów, porozrywane zwłoki na noszach, osobno ręce, nogi, głowy.

Wojskowi z Chiam byli gotowi na wszystko, byle dopaść sprawców tych masakr, a Hezbollah uderzał celnie, siejąc wśród izraelskich żołnierzy strach i chęć odwetu. W końcu społeczeństwo Izraela miało dość strat i wojska izraelskie opuściły "strefę".


Historia Samira

Matka 19-letniego Samira Hidżazi, aresztowanego i trzymanego w obozie, próbowała zobaczyć syna. Półtora roku czekała, nim strażnicy pozwolili jej ujrzeć dziecko. Stał przed nią wychudły, z twarzą pokrytą bliznami, siną od bicia; złamana ręka wisiała na temblaku. Trudno było go poznać. Nie miał nawet kupionych mu przez rodziców okularów, potłukli je. Był sierpień 1999 (dziewięć miesięcy później obóz został opuszczony przez Izraelczyków, a więźniowie uwolnieni). Matka Samira nie mogła wiedzieć, jak potoczy się przyszłość, prosiła więc świat o pomoc, śląc do ONZ listy z opisem ran zadanych jej dziecku.

Zaczęło się tak, że żołnierze wywlekli chłopca z domu w Houla - podejrzewali go o związki z Hezbollahem. W obozie Samir wraz z kilkoma towarzyszami planował ucieczkę, wydał ich jednak konfident. Zaczęły się tortury.

Ciało okładane gumą najpierw buntuje się, skręca z bólu, potem wyrzuca z siebie cierpienie krzykiem i sinymi pręgami, wreszcie obojętnieje. Otępiałe, nie czuje już nic, umysł zasypia, świat i prześladowcy zapadają w ciemność. Prąd - to coś innego. Przeszywa do rdzenia mózgu. Ciało nie ma czasu przyzwyczaić się do bólu, który rodzi się w jego wnętrzu.

Samir Hidżazi nie był jedynym, który to przeszedł. Mustafa Dirani - trzymany nago przez wiele miesięcy, gwałcony drewnianym młotkiem, pozbawiany snu. Abdel Karim, bojownik Hezbollahu - poddawany wstrząsom za pomocą elektrod doczepianych do genitaliów i palców. Mustafa Tawbeh - powieszony na drzewie i chłostany plastikowymi biczami po szyi, ramionach i głowie; kazano mu słuchać krzyków jego (bitych obok) żony i dziecka. Riad Kalakish - polewany na przemian gorącą i zimną wodą. To kilka nazwisk z list dostarczonych ONZ z prośbą o interwencję.

Podczas przesłuchań więźniów katowali głównie strażnicy z Armii Południowego Libanu. Izrael długo wypierał się związków z Chiam, jednak to Izraelczycy ze służby bezpieczeństwa Shin Bet wydawali rozkazy, uczyli jak bić, zadawali pytania. Funkcjonariusze Shin Bet posługiwali się w obozie pseudonimami: Abu Dib, Jackie, Elie. Więźniowie wspominają: - Najgorszy był Elie, dwumetrowy chłop, łapał mnie, rzucał o ścianę i bił - mówi Riad Kalakish. Tortury prądem, katowanie, nieludzkie warunki bytowe potwierdziła organizacja Human Rights Watch w raporcie poświęconym obozom w południowym Libanie, głównie Chiam, sporządzonym dla Komisji Praw Człowieka ONZ.


Cień na duszy

- Allah-u akbar!, Allah-u akbar! - skandowanie narastało, przybliżając się do obozu. Tłum mieszkańców Chiam parł w kierunku bramy, powiewając żółtymi i czarnymi flagami szyitów. Strażnicy strzelali w powietrze, potem rzucili się do ucieczki. Był słoneczny dzień 23 maja 2000 r. Niektórzy ze 144 uwolnionych więźniów płakali z radości, inni padali na ziemię chwaląc Boga. Czekali na śmierć, przyszło wyzwolenie. Czyż nie mówili prawdy mułłowie, że wyroki Najwyższego są niezbadane? Czyż nie uczyli, że trzeba walczyć i czekać?

Przez obóz w Chiam przeszło 2000 osób, w tym 500 kobiet i 60 uczniów i nauczycieli. Najstarszy więzień Al-Abda Malkani miał 70 lat, najmłodszy Ali Taoubeh - 14. "Tylko" czternastu zatrzymanych zmarło wskutek tortur i wyczerpania.

Dwa tysiące, czy to dużo? Jeśli doliczyć innych szyitów uwięzionych w Izraelu i mniejszych obozach w Libanie (Zagleh, Mardżajun, Saf al-Hawa) okaże się, że niemal w każdej rodzinie z dawnej strefy okupowanej jest ktoś, kto był izraelskim więźniem.

Samir Hidżazi nigdy nie zapomni Chiam; obóz będzie w nim żył, podobnie jak w innych zatrzymanych, ich rodzinach, dzieciach. Pokłady bólu, upokorzenia i zrodzonej z nich nienawiści, odłożone na dnie ludzkich dusz, nie znikają z upływem czasu, lecz nabrzmiewają.

Szyici z południa Libanu nie są bezbronnymi ofiarami, mają Hezbollah, widzieli odwrót Izraelczyków. Poświęcenie, ale i bezwzględność w walce z wrogiem miały sens. A rozgrywka nie została zakończona. Ani Elie, ani żaden z jego kompanów nie stanął przed sądem. Izrael nie potępił metod stosowanych w Chiam.
Czy mały Ahmad zwiedzający z ojcem obóz ma szansę dorastać w pokoju i poszanowaniu dla izraelskich sąsiadów? Czy też kiedyś weźmie karabin, by kontynuować dzieło starszych? Chiam jątrzy ranę także w jego dziecięcym sercu.

"Państwo" Hezbollahu

Struktury wojskowe Hezbollahu powstały w połowie lat 80. dzięki pomocy kilkuset irańskich "strażników rewolucji", wysłanych przez rząd w Teheranie do libańskiej doliny Bekaa, zajmowanej wówczas (i dziś) przez wojska syryjskie. Iran jest też głównym sponsorem "Partii Boga". Porozumienie pokojowe z 1991 r., które kończyło wieloletnią wojnę domową w Libanie, zobowiązywało wszystkie walczące milicje do rozbrojenia się - nie objęło jednak Hezbollahu, uznanego przez nowe władze libańskie za ruch oporu przeciw okupacji izraelskiej.

Tuż po wycofaniu się wojsk izraelskich z południa Libanu w maju 2000 r. wkroczyły tam oddziały szyickie, likwidując bez walki resztki proizraelskiej Armii Południowego Libanu. Obecnie teren ten jest faktycznie kontrolowany przez "Partię Boga", choć formalnie przejęła go libańska administracja rządowa. Mimo zakończenia izraelskiej okupacji, Hezbollah nie złożył broni (trzyma ją jednak w magazynach; bojownicy patrolujący drogi i miasteczka nie noszą karabinów). "Partia Boga" twierdzi, że nie może się rozbroić, ponieważ nie całe terytorium Libanu zostało wyzwolone i Izraelczycy wciąż zajmują tzw. Farmy Szeby, obszar o powierzchni 10 km kwadratowych, uznawanych przez Hezbollah i rząd libański za część Libanu. Izrael zaś uważa je za część okupowanych przez siebie syryjskich Wzgórz Golan. Od czasu do czasu w rejonie Farm dochodzi do potyczek izraelsko-szyickich.

AT

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl