|
Obóz w Chiam to symbol i jątrząca rana szyitów z południa Libanu
Ahmad nadąża za dorosłymi
Andrzej Talaga z południowego Libanu
"Psia buda" ma może 60 centymetrów wysokości i jeszcze mniej szerokości: to
metalowa bryła, bez otworów. Wciśnięte w nią ludzkie ciało staje się na powrót
embrionem. Ból paraliżuje kręgosłup i mięśnie. 24 godziny - tyle można wytrzymać w
puszce wystawionej za dnia na promienie ostrego słońca. W obozie Chiam na południu
Libanu - w dawnej izraelskiej "strefie bezpieczeństwa", a dziś quasi-państwie
Hezbollahu - gdzie Izraelczycy więzili do niedawna swoich przeciwników, "psia
buda" miała uczyć pokory. Nauczyła nienawiści.
 |
 Sala pamięci w Chiam |
|
Nijakie, zakurzone domy, jezdnia z wyrwami wygryzionymi przez czas i ludzkie zaniedbanie,
rzadkie drzewa. Przy drodze ospałe osły, wieśniaczki chroniące włosy pod kolorowymi
chustami i chude psy węszące za byle kąskiem. Samochód skręca z głównej drogi ostro
w prawo, potem kilkadziesiąt metrów pod górę i zatrzymuje się pod metalową bramą
obozu. Mur, wieżyczki. Wrota otwarte szeroko zapraszają - wejdź, zobacz sam.
Za nimi plątanina sal, dziedzińców, wąskich przejść, cel dla kobiet, pokojów przesłuchań.
Nie widać drzew ani krzewów, ściany przesłaniają świat. Więźniowie widzieli tylko
beton albo niebo nad sobą. Większość wierzyła w Boga, Allaha. Patrzyli w błękit
wierząc, że jeśli zginą - pójdą w lazurowy bezmiar, prosto do Niego. I staną się
szahidami - męczennikami.
Partia krwi
"Państwo" Hezbollahu
Struktury wojskowe Hezbollahu powstały w połowie lat 80. dzięki pomocy kilkuset irańskich
"strażników rewolucji", wysłanych przez rząd w Teheranie do libańskiej
doliny Bekaa, zajmowanej wówczas (i dziś) przez wojska syryjskie. Iran jest też głównym
sponsorem "Partii Boga". Porozumienie pokojowe z 1991 r., które kończyło
wieloletnią wojnę domową w Libanie, zobowiązywało wszystkie walczące milicje do
rozbrojenia się - nie objęło jednak Hezbollahu, uznanego przez nowe władze libańskie
za ruch oporu przeciw okupacji izraelskiej.
Tuż po wycofaniu się wojsk izraelskich z południa Libanu w maju 2000 r. wkroczyły tam
oddziały szyickie, likwidując bez walki resztki proizraelskiej Armii Południowego
Libanu. Obecnie teren ten jest faktycznie kontrolowany przez "Partię Boga", choć
formalnie przejęła go libańska administracja rządowa. Mimo zakończenia izraelskiej
okupacji, Hezbollah nie złożył broni (trzyma ją jednak w magazynach; bojownicy
patrolujący drogi i miasteczka nie noszą karabinów). "Partia Boga" twierdzi,
że nie może się rozbroić, ponieważ nie całe terytorium Libanu zostało wyzwolone i
Izraelczycy wciąż zajmują tzw. Farmy Szeby, obszar o powierzchni 10 km kwadratowych,
uznawanych przez Hezbollah i rząd libański za część Libanu. Izrael zaś uważa je za
część okupowanych przez siebie syryjskich Wzgórz Golan. Od czasu do czasu w rejonie
Farm dochodzi do potyczek izraelsko-szyickich.
AT |
|
Dziś, po wycofaniu się w maju 2000 r. Izraelczyków z południowego Libanu - okupowanego
przez Izrael od 1982 r. i traktowanego jako "strefa bezpieczeństwa" mająca
chronić północny Izrael przed atakami z terytorium libańskiego - obóz jest
kontrolowany przez Hezbollah ("Partia Boga"). Hezbollah to partia polityczna i
ruch społeczny, posiadający zbrojne ramię: Islamski Ruch Oporu. On to, a nie armia libańska,
nadzoruje teren dawnej okupacji.
Żółte flagi "Partii Boga" witają przy bramie, a jej bojownicy dyskretnie
obserwują wchodzących. Spokojni, małomówni. W Bejrucie, Baalbek, Chiam - wszędzie
tacy sami. Tak różni od przeciętnych mieszkańców Lewantu: hałaśliwych, gadatliwych
samochwałów, drobnych handlarzy wierzących szczerze, że są prawi jak Saladyn [sułtan,
z pochodzenia Kurd, który zjednoczył Arabów pod koniec XII w. i odebrał Jerozolimę
krzyżowcom - red.], a oszukujących na boku przy ważeniu kilograma pomidorów. Ich -
bojowników "za wiarę" - można nienawidzić, ale i podziwiać.
Szyizm stał się głośny na Zachodzie - kiedyś za sprawą Iranu, a dziś Iraku. Po
obaleniu irańskiego monarchy w 1979 r. w Iranie utworzono islamską teokrację rządzoną
przez duchownych. Stała się ona wzorem dla szyitów w innych krajach, a korpus
"strażników rewolucji" zabrał się za eksport irańskich idei. W Libanie z
umiarkowanego ugrupowania Amal z irańską pomocą wyłonił się fundamentalistyczny
Hezbollah, w Iraku z pokojowo nastawionej, opozycyjnej do reżimu Husajna partii Dawa,
powstała radykalna Najwyższa Rada Rewolucji Islamskiej i jej ramię zbrojne Korpus Badr.
Szyickie ruchy polityczne prędzej czy później ścierają się z prozachodnimi rządami
- lub z krajami Zachodu. To samobójcze ataki szyitów w latach 80. doprowadziły do
wycofania z Bejrutu sił amerykańskich i francuskich. Szyicka partyzantka nękała Izrael
w południowym Libanie.
Teraz szyici i ich aspiracje są zmartwieniem Amerykanów w Iraku. Kto wie, czy wkrótce
nie powstanie tam zbrojny szyicki ruch oporu? Tymczasem to Polska będzie zarządzać
strefą stabilizacyjną, w której znajdzie się Karbala, miasto święte.
Co roku dziesiątego dnia miesiąca muharram w szyickich miastach i wioskach tłum
wiernych kroczy w rytualnym pochodzie zwanym tazija. To misterium odtwarzające śmierć
imama Husajna, wnuka Mahometa, w bitwie pod Karbalą w 680 r.: w starciu, które dało
początek podziałowi islamu na szyitów i sunnitów, wojska Husajna zostały pobite przez
armię wojowników wiernych Umajjadom, konkurentom do tytułu kalifa (przywódcy). Podczas
pielgrzymek do mauzoleum Husajna w Karbali mężczyźni w religijnym uniesieniu nacinają
sobie żyłę na głowie i uderzają w ranę mieczami. Krew oblewa twarze i torsy; inni
biczują plecy rzemieniami. Tazija nie pozostawia widza obojętnym, przeraża i przyciąga.
Szyitom nie wystarcza rozpamiętywać śmierć imama Husajna, oni chcą uczestniczyć w
jego męce - jak filipińscy chrześcijanie, dający się ukrzyżować w Wielki Piątek,
pragną cierpieć cierpieniem Chrystusa. Jednak Husajn zginął w walce o władzę duchową
i polityczną, nie miał zamiaru nadstawiać drugiego policzka, nie pokój niósł na
ziemi, ale świętą wojnę.
Zobaczy i zapamięta
Libańczycy przyjeżdżają do obozu w Chiam jak na pielgrzymkę. Z Tyru, Bejrutu, nawet
ze wsi na północy. Przywożą całe rodziny: żony, babki, małe dzieci. Nie słychać
jednak gwaru. Cisza. Chodzą z dziedzińca na dziedziniec, z sali do sali, przystają, znów
idą. Patrzą.
Mohammed Azika z Bejrutu jest tu drugi raz. - Teraz zabrałem syna, niech zobaczy, co z
nami robili i zapamięta - mówi. Kuzyni Mohammeda, którzy przyjechali z nim, milcząc
kiwają głowami. A 7-letni Ahmad ze znajomością rzeczy wczuwa się w rolę. Nieraz słyszał
opowieści o Izraelczykach. Zaciśnięte usta, groźna mina na anielskiej twarzyczce. On
już nienawidzi: tak go nauczono, umysł nieskażony doświadczeniem nie miał innego
wyboru. Jego rówieśnicy w południowych dzielnicach Bejrutu (zamieszkałych przez szyitów)
maszerują w czarnych mundurach w pochodach Hezbollahu. Na zgubę Izraela.
Ahmad próbuje nadążyć za dorosłymi. Poważna mina, zaciekawienie na twarzy. Na
Wschodzie ideałem dziecięcego świata jest naśladowanie dorosłych - w słowach,
gestach, zachowaniu, zainteresowaniach. Mali chłopcy chcą być jak ojcowie, wujkowie i
starsi bracia; pragną stać się dzielnymi bojownikami, rycerzami, którzy pokonali ziejącego
ogniem smoka. Potwór to nie stwór z bajki, on był rzeczywisty. Szyickie dzieci z południa
codziennie oglądały smoka szczerzącego pancerne zęby czołgów "Merkava",
ryczącego silnikami F-16. Smok został jednak wygnany.
Chłopiec patrzy szeroko otwartymi czarnymi oczami. A przed nimi przesuwa się piekło, z
którego jeszcze nie wywietrzał zapach siarki. Cele dla 6-8 osób, z piętrowymi
pryczami, na których leżą materace z hebrajskimi napisami, za zasłoną sanitariat z
jedną miską. Te luksusy pojawiły się w Chiam po inspekcji Międzynarodowego Czerwonego
Krzyża w 1995 r., wcześniej więźniowie spali na betonie. Nie było sanitariatów ani
zasłon zapewniających minimum dyskrecji. Przy niektórych celach małe tabliczki,
umieszczone niedawno, z nazwiskami więźniów, którzy tu zginęli: Haytam Dabadża,
Husajn Ali Mahmoud, Zakaria Nazar i inni.
Za kolejnym zakrętem korytarza dziedziniec, w rogu metalowa szyna postawiona na sztorc.
To słup tortur: ofiara była przywiązywana do niego za ręce tak, by dotykała ziemi
tylko palcami stóp. Wisiała zwykle dwa dni, w tym czasie strażnicy bili ją pałkami,
kopali, polewali zimną i gorącą wodą. Przy słupie kolejne tabliczki z nazwiskami.
Dalej pusta dziś betonowa salka: tu stało urządzenie do torturowania prądem. Obok, na
kolejnym dziedzińcu, "psia buda". Ahmad przymierza się, czy da radę wejść
do środka, ale nawet dla niego jest za ciasna.
Ból za ból
Obóz w Chiam stał się dzieckiem konieczności i przypadku. A kiedy już powstał, rozkręcał
dalszą przemoc, prowokował, zmuszał do zajęcia stanowiska. Wyrósł w umysłach szyitów
na symbol ich losu. Dopóki istniał, nie mogli złożyć broni.
Kiedy po izraelskiej inwazji na Bejrut w 1982 r. - która rozbiła struktury Organizacji
Wyzwolenia Palestyny w Libanie - Izraelczycy wycofali się, zostawili sobie "strefę
bezpieczeństwa". Obok własnych oddziałów wspierali Armię Południowego Libanu
generała Antoina Lahada, kontrolowaną przez libańskich chrześcijan. Wojnę partyzancką
z nimi prowadziła początkowo szyicka milicja Amal, ale Izraelczycy zaczęli przeciwnika
traktować poważnie dopiero, gdy pojawił się Hezbollah. Religijny fanatyzm, pogarda dla
śmierci swojej i innych oraz rosnący profesjonalizm bojowników okazały się skuteczną
mieszanką.
Hezbollah atakował spoza "strefy", a na terenach okupowanych miał siatki
konspiracyjne. Aby je rozbić, Izraelczycy sięgnęli po terror: zamykali winnych i
niewinnych, starczyło podejrzenie o sympatie do "Partii Boga", aby trafić bez
sądu za kraty. Aresztowanych, w tym kobiety, wywożono do Izraela do Aszkelonu, Ramli,
Sarafand lub trzymano w obozie Ansar na południu Libanu, a po jego zlikwidowaniu - w
Chiam.
Osadzano tu bez wyroku sądowego więźniów, przeciw którym nie toczyło się nawet postępowanie
prokuratorskie. Decyzje o internowaniu wydawały izraelskie służby bezpieczeństwa według
własnego uznania. Formalnie obóz podlegał Armii Południowego Libanu, sądy w Izraelu
mogły więc umywać ręce w sprawach o bezprawne przetrzymywanie w Chiam.
Bólowi ofiar obozu i ich bliskich towarzyszył inny ból: rodzin izraelskich żołnierzy,
rozszarpanych przez bomby Hezbollahu. Chiam ma swoją salę pamięci, a w niej dwa stoły.
Na jednym mundury i resztki sprzętu wojskowego. - To pozostałości po męczennikach - tłumaczy
z dumą strażnik sali. Obok inny stół, na nim także poszarpane mundury i pogięte hełmy,
ślady krwi. Nie trzeba wyjaśnień, widać hebrajskie napisy, nazwiska na tasiemkach
przyszywanych do uniformów. Dużo tych mundurów.
Jak ginęli? Można to prześledzić na filmach kręconych przez Hezbollah podczas akcji
(projekcja na życzenie gościa). Konwój izraelski sunie drogą, nagle eksplozja
odpalonego elektronicznie ładunku, potem jedna rakieta, druga. Zbliżenie rozbitych
pojazdów: powykręcane ciała jeszcze dymią. Inna scena: masakra kilkunastu izraelskich
komandosów, porozrywane zwłoki na noszach, osobno ręce, nogi, głowy.
Wojskowi z Chiam byli gotowi na wszystko, byle dopaść sprawców tych masakr, a Hezbollah
uderzał celnie, siejąc wśród izraelskich żołnierzy strach i chęć odwetu. W końcu
społeczeństwo Izraela miało dość strat i wojska izraelskie opuściły "strefę".
Historia Samira
Matka 19-letniego Samira Hidżazi, aresztowanego i trzymanego w obozie, próbowała
zobaczyć syna. Półtora roku czekała, nim strażnicy pozwolili jej ujrzeć dziecko. Stał
przed nią wychudły, z twarzą pokrytą bliznami, siną od bicia; złamana ręka wisiała
na temblaku. Trudno było go poznać. Nie miał nawet kupionych mu przez rodziców okularów,
potłukli je. Był sierpień 1999 (dziewięć miesięcy później obóz został opuszczony
przez Izraelczyków, a więźniowie uwolnieni). Matka Samira nie mogła wiedzieć, jak
potoczy się przyszłość, prosiła więc świat o pomoc, śląc do ONZ listy z opisem
ran zadanych jej dziecku.
Zaczęło się tak, że żołnierze wywlekli chłopca z domu w Houla - podejrzewali go o
związki z Hezbollahem. W obozie Samir wraz z kilkoma towarzyszami planował ucieczkę,
wydał ich jednak konfident. Zaczęły się tortury.
Ciało okładane gumą najpierw buntuje się, skręca z bólu, potem wyrzuca z siebie
cierpienie krzykiem i sinymi pręgami, wreszcie obojętnieje. Otępiałe, nie czuje już
nic, umysł zasypia, świat i prześladowcy zapadają w ciemność. Prąd - to coś
innego. Przeszywa do rdzenia mózgu. Ciało nie ma czasu przyzwyczaić się do bólu, który
rodzi się w jego wnętrzu.
Samir Hidżazi nie był jedynym, który to przeszedł. Mustafa Dirani - trzymany nago
przez wiele miesięcy, gwałcony drewnianym młotkiem, pozbawiany snu. Abdel Karim,
bojownik Hezbollahu - poddawany wstrząsom za pomocą elektrod doczepianych do genitaliów
i palców. Mustafa Tawbeh - powieszony na drzewie i chłostany plastikowymi biczami po
szyi, ramionach i głowie; kazano mu słuchać krzyków jego (bitych obok) żony i
dziecka. Riad Kalakish - polewany na przemian gorącą i zimną wodą. To kilka nazwisk z
list dostarczonych ONZ z prośbą o interwencję.
Podczas przesłuchań więźniów katowali głównie strażnicy z Armii Południowego
Libanu. Izrael długo wypierał się związków z Chiam, jednak to Izraelczycy ze służby
bezpieczeństwa Shin Bet wydawali rozkazy, uczyli jak bić, zadawali pytania.
Funkcjonariusze Shin Bet posługiwali się w obozie pseudonimami: Abu Dib, Jackie, Elie.
Więźniowie wspominają: - Najgorszy był Elie, dwumetrowy chłop, łapał mnie, rzucał
o ścianę i bił - mówi Riad Kalakish. Tortury prądem, katowanie, nieludzkie warunki
bytowe potwierdziła organizacja Human Rights Watch w raporcie poświęconym obozom w południowym
Libanie, głównie Chiam, sporządzonym dla Komisji Praw Człowieka ONZ.
Cień na duszy
- Allah-u akbar!, Allah-u akbar! - skandowanie narastało, przybliżając się do obozu. Tłum
mieszkańców Chiam parł w kierunku bramy, powiewając żółtymi i czarnymi flagami
szyitów. Strażnicy strzelali w powietrze, potem rzucili się do ucieczki. Był słoneczny
dzień 23 maja 2000 r. Niektórzy ze 144 uwolnionych więźniów płakali z radości, inni
padali na ziemię chwaląc Boga. Czekali na śmierć, przyszło wyzwolenie. Czyż nie mówili
prawdy mułłowie, że wyroki Najwyższego są niezbadane? Czyż nie uczyli, że trzeba
walczyć i czekać?
Przez obóz w Chiam przeszło 2000 osób, w tym 500 kobiet i 60 uczniów i nauczycieli.
Najstarszy więzień Al-Abda Malkani miał 70 lat, najmłodszy Ali Taoubeh - 14.
"Tylko" czternastu zatrzymanych zmarło wskutek tortur i wyczerpania.
Dwa tysiące, czy to dużo? Jeśli doliczyć innych szyitów uwięzionych w Izraelu i
mniejszych obozach w Libanie (Zagleh, Mardżajun, Saf al-Hawa) okaże się, że niemal w
każdej rodzinie z dawnej strefy okupowanej jest ktoś, kto był izraelskim więźniem.
Samir Hidżazi nigdy nie zapomni Chiam; obóz będzie w nim żył, podobnie jak w innych
zatrzymanych, ich rodzinach, dzieciach. Pokłady bólu, upokorzenia i zrodzonej z nich
nienawiści, odłożone na dnie ludzkich dusz, nie znikają z upływem czasu, lecz
nabrzmiewają.
Szyici z południa Libanu nie są bezbronnymi ofiarami, mają Hezbollah, widzieli odwrót
Izraelczyków. Poświęcenie, ale i bezwzględność w walce z wrogiem miały sens. A
rozgrywka nie została zakończona. Ani Elie, ani żaden z jego kompanów nie stanął
przed sądem. Izrael nie potępił metod stosowanych w Chiam.
Czy mały Ahmad zwiedzający z ojcem obóz ma szansę dorastać w pokoju i poszanowaniu
dla izraelskich sąsiadów? Czy też kiedyś weźmie karabin, by kontynuować dzieło
starszych? Chiam jątrzy ranę także w jego dziecięcym sercu.
|