dotb.gif

„TP”, Nr 23 (2813), 8 czerwca 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2813/kraj03.php

Czy japońskie doświadczenia okupacji można powtórzyć w innych krajach?


Demokracja zdalnie sterowana

Piotr Bernardyn z Tokio


Na początku w Waszyngtonie nie było zgody co do demokratyzacji Japonii po 1945 r. Wydawało się, że górę weźmie stanowisko Departamentu Stanu i skupionych w nim ekspertów. Ci, biegli w języku japonofile, uważali, że demokracja i japońska kultura wzajemnie się wykluczają.


Były ambasador w Tokio Joseph Grey, doradzając prezydentowi Trumanowi, mówił: "W dłuższej perspektywie maksimum, na co możemy liczyć w Japonii, to monarchia konstytucyjna. Doświadczenie pokazuje, że demokracja nigdy się tam nie przyjmie". Lingwista Eugene Dooman podkreślał feudalne i konformistyczne cechy japońskiego społeczeństwa, w którym "góra formułuje cele i zamierzenia, a dół się do nich posłusznie nagina".

Po drugiej stronie barykady stali tzw. behawioryści, zespół psychiatrów, antropologów i socjologów, próbujący od ataku na Pearl Harbour zgłębiać tajniki japońskiej psychiki. Z badań wynikało, że Japończycy nie posiadają wprawdzie trwałych wartości (wszystko zależy od kontekstów), ale właśnie dlatego można będzie im wszczepić demokrację, szczególnie, gdy tak każe cesarz. W tym samym duchu, choć wychodząc z odmiennych przesłanek, wypowiadali się intelektualiści i członkowie administracji, wierzący w uniwersalność demokracji i praw człowieka. Tuż przed końcem wojny, szala przechyliła się na korzyść drugiego stronnictwa.

"Nasze zadanie w Japonii" - tak zatytułowano film instruktażowy, który na czas okupacji Amerykanie przygotowali dla personelu. Gdy na ekranie pojawiał się powiększony mózg, narrator informował: "To jest japoński mózg, który może sprawiać problemy, ale może też robić rzeczy sensowne, wszystko zależy od tego, jakie idee się do niego włoży". W Waszyngtonie zdecydowano, że odtąd, miast kultu cesarza, wkładać się tam będzie idee demokracji i pacyfizmu.

Zaczynała się okupacja, fascynujący okres, o którym amerykański historyk John Dower napisze: "Trudno o bardziej intensywny, nieprzewidywalny (...), zawikłany i elektryzujący moment skrzyżowania dwóch kultur". Wojna na Pacyfiku trwała 3 lata i 8 miesięcy. Okupacja potrwa 6 lat, dwa razy dłużej niż planowano.
Podważanie mitów

Jeszcze przed nadejściem Amerykanów zaczęły się kruszyć mity o niespotykanej harmonii i solidarności Japończyków, którymi karmił ich poprzedni reżim. Autorzy haseł typu "100 milionów japońskich serc bije jak jedno" zajęci byli teraz rozkradaniem majątku narodowego, który niedługo później trafił na czarny rynek. Rozboje, pijaństwo i plądrowanie sklepów wpisywały się w codzienny tokijski krajobraz.

W dniu podpisania aktu kapitulacji gen. Douglas MacArthur zwrócił się do żołnierzy: "Święta misja dobiegła końca". Niezupełnie. Biały człowiek, dźwigając brzemię zachodnich ideałów, przystępował właśnie do nowej krucjaty. Azjatycki naród miał zostać wyprowadzony z feudalnych ciemności, by poznać i przyjąć za swoje uniwersalne wartości zwycięskiego mocarstwa. Był to klasyczny przykład kulturowego imperializmu i nikt nie uosabiał tej postawy lepiej niż sam MacArthur, po wojnie dowódca wojsk okupacyjnych.

Japończycy byli dla niego narodem 12-latków. Do historii przeszło jego wystąpienie przed komisją senacką w 1951 r.: "Jeśli przyjmiemy, że my, Anglosasi, jesteśmy na etapie, powiedzmy, 45-letniego człowieka w jego rozwoju naukowym, artystycznym, teologicznym, kulturalnym, to Niemcy byli równie dojrzali. Z kolei Japończycy, mimo wieloletniej, antycznej historii, pozostają w bardzo niedojrzałym, szkolnym stadium. Mierząc standardami nowoczesnej cywilizacji, są jak 12-letni chłopiec w porównaniu z naszym rozwojem człowieka 45-letniego".

MacArthur nie interesował się ani kulturą, ani historią tego kraju. Za swoich duchowych przewodników uważał Waszyngtona, Lincolna i Jezusa Chrystusa, i jak skwapliwie dodaje Dower: "zasadniczo wychodził z założenia, że razem we czwórkę będą w stanie, z pomocą cesarza, zdemokratyzować Japonię". Uważał, że demokracja przyjmie się w Japonii tylko wtedy, gdy on tak rozkaże. Narody orientalne miały bowiem, jego zdaniem, wrodzoną skłonność do schlebiania zwycięzcy. Rzeczywiście, Japończycy pokochali MacArthura, a wraz z nim i demokrację... Gdy reżyser Masaki Kobayashi wracał w 1946 r. do Tokio z obozu pracy na Okinawie, wśród głodu i ruin zastał odmieniony kraj: "Japonia stała się nadzwyczaj demokratyczną, każdy zmierzał w tym kierunku, do wolności, zrzeszania się".

Amerykanie przez dwa pierwsze lata okupacji przeprowadzili w Japonii odgórną rewolucję. Na początek MacArthur przywraca dekretem swobodę wypowiedzi i zezwala na działalność związków zawodowych. Wkrótce Amerykanie dokonają czystki 200 tys. militarystów i biurokratów uwikłanych w poprzedni system, uwalniając więźniów politycznych (wśród nich komunistów), którzy po latach więzienia witają okupantów jak armię wyzwolenia.

Zreformowano też edukację, do której Amerykanie przywiązywali szczególną wagę. Jeden z reformatorów pisał: "Chodziło o to, by dotrzeć do pojedynczego Japończyka i tak zmienić jego sposób myślenia i odczuwania, by zaczął cenić wolność i demokrację". W szkołach zawieszono naukę "starej" etyki, historii i geografii. Uczniowie pod dyktando nauczycieli zamazywali atramentem w książkach miejsca mówiące o militarnej przeszłości i kulcie cesarza. "Podręcznik do demokracji dla chłopców i dziewcząt" stał się lekturą obowiązkową.

Eksplozja lewicowości i popularność komunistów zaskoczyły Amerykanów (czy tak reagują poddani cesarza?). Premier Shigeru Yoshida powie później, że pierwszy gabinet formował "w morzu czerwonych flag". Na wiosnę 1946 r., po żwawej kampanii wyborczej, w której brały już udział także kobiety, Japończycy stworzyli pierwszy demokratyczny rząd. W wyborach startowały 363 partie i organizacje polityczne. Padał kolejny mit o japońskiej jednomyślności.

Na długo przed okupacją ustalono w Waszyngtonie, że bieżące zarządzanie krajem przekaże się japońskiemu rządowi i biurokracji. Chodziło o wykorzystanie istniejących struktur administracji, przyzwyczajenie Japończyków do demokratycznych rządów i zachowanie pozorów, że reformy sygnowane przez rząd są japońskiego autorstwa.

Za sznurki pociągali jednak Amerykanie. Super-rząd, który utworzyli, zatrudniał kilka tysięcy urzędników w mundurach. Werbowano nie "kierujących się uprzedzeniami" japońskich ekspertów, a ekonomistów, prawników i bankierów. Sugestie reform z japońskiej strony były zawsze mile widziane, ale ostatnie słowo należało do Amerykanów.

Największym osiągnięciem MacArthura było napisanie pacyfistycznej konstytucji. Japończycy dostali dokument nowoczesny i liberalny, w całości amerykańskiego autorstwa. Zirytowany niską jakością japońskich projektów (chodziło o prawa człowieka i status cesarza), MacArthur na kartce papieru napisał w trzech punktach, co ma nowa konstytucja zawierać: absolutny pacyfizm, monarchia konstytucyjna jako forma rządów, zniesienie feudalizmu. Dał swoim ludziom tydzień (!) na napisanie ustawy zasadniczej. Postawiony przed faktem dokonanym premier Shidehara miał łzy w oczach. Cesarz nie był już bogiem, a jedynie symbolem jedności narodu.


Pocałunek madame Curie

Mniej oficjalne kontakty z okupantem okazały się tak samo ważne dla poszerzania wolności (w pozytywnym i negatywnym sensie), co reformy MacArthura. Najpierw trzeba było jednak choć trochę wyjść poza wzajemne uprzedzenia. Amerykanie przygotowani na spotkanie ze społeczeństwem fanatyków o mentalności kamikaze, odkrywali kulturalny, wycieńczony wojną, spolegliwy naród. Japończycy też nie spodziewali się niczego dobrego. "Niech Pan ratuje niewinność młodych Japonek!" - apelował wicepremier Konoe do naczelnika policji. Amerykanie mieli rzekomo gwałcić jedną kobietę po drugiej (rząd wyasygnował 30 milionów jenów na budowę domów publicznych, w których pracowały ochotniczki gotowe "oddać ciało za ojczyznę").

Blisko połowa (z kilkuset tysięcy) stacjonujących w Japonii Amerykanów miała japońskie sympatie. Gardzono nimi i zazdroszczono im jednocześnie. Na tle szarych japońskich miast raziły ich kolorowe ubrania, makijaż i wyzywający sposób bycia, gdy wśród ruin przemykały w jeepach ze swoimi boifrendo. Zwiastowały nadejście nowych czasów: hedonizmu i konsumpcjonizmu w amerykańskim stylu.

Trudno przecenić urok i oddziaływanie na Japończyków tej kolorowej Ameryki. Dla kobiet, którym nie wolno było się wcześniej malować i nosić kolorowych ubrań ("ekstrawagancja to wróg" - głosił slogan), kosmetyk pozwalał, choć na chwilę, zapomnieć o codziennych zmartwieniach. Dziennikarka Setsuko Suetsugu pisała po latach, jakie wrażenie robiły na kobietach nylonowe pończochy, które przywieźli Amerykanie: "Niektóre oddawały swą niewinność, by stać się właścicielką jednej pary".

Mężczyźni koili urażoną dumę w nowych formach rozrywki: striptizach, wyborach miss, śmiałych filmach. Jeden z pierwszych filmowych pocałunków, jaki zobaczyli Japończycy, pochodził z holywoodzkiej produkcji "Madame Curie". Życie Marii Skłodowskiej stało się zresztą wzorem dla kobiet walczących z patriarchalną tradycją rodzinną. Równość płci, miłość małżeńska, kobieta spełniająca się w męskiej dyscyplinie, to były tematy w sam raz dla czasopism typu "Fufu seikatsu" ("Życie małżeńskie"), osiągających wielosettysięczne nakłady.

Pierwsze powojenne lata były też czasem fermentu intelektualnego, jaki miał się już nie powtórzyć. W dziesiątkach czasopism dyskutowano zawzięcie o demokracji, kosmopolityzmie, marksizmie. Głód słowa widać choćby na zdjęciu z 1946 r.: ludzie koczują w nocy pod księgarnią, by kupić nową książkę japońskiego filozofa. Na liście bestsellerów pojawiają się nazwiska Remarque'a, Sartre'a, Gide'a (na pierwszym miejscu, z rekordem sprzedaży nie pobitym do 1981 r., są jednak rozmówki angielskie).

Literat Yasuo Tsuneda napisze o nowej przestrzeni, która otworzyła się nagle w społeczeństwie: "Ludzie zachowywali się inaczej, myśleli inaczej, napotykali sytuacje, które różniły się od wszystkiego, co dotąd spotkali".


Mitów przywracanie

Potem było już gorzej. W 1949 r., pierwszy raz po wojnie, większość Japończyków uważała, że kraj zmierza w złym kierunku. "Damasareta" (zostaliśmy oszukani) - mówili coraz częściej Amerykanom. Co się stało?

Na pewno winna była geopolityka. Początek zimnej wojny i zwycięstwo komunistów w Chinach zmieniły amerykańskie priorytety. Wtedy USA potrzebowały przede wszystkim silnej Japonii (a nie pacyfistycznej i demokratycznej), zdolnej równoważyć wpływy komunistów w Azji. W polityce wewnętrznej Amerykanie porzucili rolę niezależnego arbitra i otwarcie wsparli prawicę. Wkrótce, z poparciem MacArthura, zaczną się antylewicowe czystki. Do łask powrócą biurokraci i biznesmeni uwikłani w poprzedni system, mający jednak doświadczenie w zarządzaniu krajem.

Nie pomogą też Amerykanom manipulacje w procesach zbrodniarzy wojennych, gdzie skazano niekoniecznie tych najbardziej winnych. Był jednak jeszcze jeden, głębszy, powód rosnącej niechęci do okupanta. Da się on sprowadzić do paradoksu: demokratyczne państwo autorytarnymi metodami wprowadza demokrację w państwie autorytarnym. Właśnie ta schizofreniczna rola USA stawała się coraz bardziej uciążliwa i moralnie dwuznaczna.

Dyktatura wojskowa w Japonii skończyła się nie w 1945, a w 1952 r., wraz z odejściem Amerykanów. Jeśli przyjmiemy za MacArthurem, że świadomość polityczna Japończyków była na poziomie 12-latków (w tłumaczeniu na język poprawny: w Japonii było słabo wykształcone społeczeństwo obywatelskie), oznaczało to konieczność wychowania tego 12-letniego podrostka, także drogą zakazów. Rezultatem była całkowita centralizacja władzy i cenzura, co prowadziło do absurdalnych czasami nadużyć. Nie tylko nie wolno było rozpamiętywać militarnej przeszłości, ale także drukować książek Lwa Tołstoja (za rzekomy militaryzm w "Wojnie i pokoju"). Cenzurowano teatr kabuki oraz informacje o Hiroszimie i Nagasaki, by "nie wywoływać cierpiętniczej postawy w społeczeństwie".

Amerykanie byli nietykalni. Pozycja MacArthura idealnie wręcz wpisywała się w feudalne tradycje sprawowania władzy w Japonii: kto inny firmował decyzję, kto inny pociągał za sznurki. Sam urząd, na którego czele stał MacArthur, wojskową hierarchicznością bardziej przypominał szogunat niż demokratyczną agendę.

Efekt najlepiej podsumuje Dower: "W społeczeństwie umocniła się tendencja do biernej akceptacji władzy, wzrosło poczucie kolektywnego fatalizmu, że zwykli ludzie nie są tak naprawdę w stanie wpłynąć na bieg wydarzeń". Słowem, przyrodzone, rzekomo japońskie cechy konformizmu i posłuszeństwa były teraz umacniane przez Amerykanów, w dodatku pod przykrywką demokracji.

Błędem MacArthura, przynajmniej w pierwszym okresie, było zlekceważenie gospodarki. Gdy robotnicy zaczęli przejmować fabryki, okazało się, że demokracja bez chleba (ryżu) szybko prowadzi do anarchii i chaosu, który można opanować jedynie przy pomocy środków autorytarnych. Późniejsze reformy gospodarcze też nadzorował sztab dowodzenia MacArthura. Gdy Amerykanie odeszli, ich rolę przejęła japońska biurokracja. Wraz ze światem biznesu i polityki stworzyli triumwirat niejasnych powiązań, który poprowadził Japonię do cudu gospodarczego. Po drodze jednak skażono w społeczeństwie wiarę w demokrację. Bardzo by mu się teraz przydała do pokonania kryzysu, w którym Japonia znajduje się od 10 lat.


Dlaczego się udało?

Mimo wszystko, z perspektywy miejsca i czasu reformy MacArthura trzeba uznać za sukces. Japonia po wojnie stała się krajem bardziej wolnym i egalitarnym. Przez 40 lat była jedynym demokratycznym państwem w tej części świata, i ani przez moment nie groził jej powrót do dyktatury.

Czy japońskie doświadczenie okupacji jest do powtórzenia w innych częściach świata? Nie ma jednej odpowiedzi. Przykład Japonii pokazał, jak niemądre jest odgórne skazywanie demokratyzacji na klęskę ze względów kulturowych. Wystrzegajmy się prostych analogii. Gdy odstawimy na bok dylemat moralny, czy i do jakiego stopnia wolno narzucać własne wartości innym, i gdy pominiemy zasadne pytanie, na jakim etapie rozwoju znajduje się społeczeństwo obywatelskie danego kraju, okaże się, że w Japonii tuż po wojnie wystąpił szereg okoliczności, które pomogły ją zdemokratyzować.

Po pierwsze, klęska Japonii była tak dotkliwa, a wina tak niepodważalna, że dało to Amerykanom wolną rękę do przeprowadzenia reform. Po drugie, wbrew części amerykańskiej propagandy, Japonia nie była w 1945 r. krajem dzikusów. Miała za sobą doświadczenia z demokracją w latach 20. i, co może ważniejsze, od otwarcia na świat w XIX w. była stale zwrócona ku modernizacji. To, co wydarzyło się po 1945 r., można uznać za kontynuację tego procesu. Po trzecie, Japonia jest krajem homogenicznym. Po uwolnieniu z dyktatury nie wystąpiły w niej żadne ruchy odśrodkowe, dążące do rozsadzenia kraju. Po czwarte, pomogło wyspiarskie położenie kraju. Amerykanie na kilka lat odizolowali Japonię od reszty świata, chroniąc ją np. od groźby zarażenia komunistycznym wirusem.

Wreszcie - postać MacArthura. Przy całej bufonadzie i arogancji był najprawdziwszym reformatorem i wierzył w swoje demokratyczne ideały. Charyzma pomogła mu zjednać Japończyków. Był najbardziej (szczerze) wielbionym politykiem w historii Japonii.

I o tym warto pamiętać. A także o błędach, które Amerykanie popełnili, choćby po to, żeby ich nie powtórzyć.


Korzystałem z książki: John W. Dower "Embracing defeat. Japan in the Wake of World War II", W.W. Norton&Company/The New Press 1999.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl