|
Czy japońskie doświadczenia okupacji można powtórzyć w innych krajach?
Demokracja zdalnie sterowana
Piotr Bernardyn z Tokio
Na początku w Waszyngtonie nie było zgody co do demokratyzacji Japonii po 1945 r. Wydawało
się, że górę weźmie stanowisko Departamentu Stanu i skupionych w nim ekspertów. Ci,
biegli w języku japonofile, uważali, że demokracja i japońska kultura wzajemnie się
wykluczają.
 |
 Początek demokracji: 2 września 1945 r. na pokładzie pancernika "Missouri" gen. MacArthur przyjmuje kapitulacje Japonii |
|
Były ambasador w Tokio Joseph Grey, doradzając prezydentowi Trumanowi, mówił: "W
dłuższej perspektywie maksimum, na co możemy liczyć w Japonii, to monarchia
konstytucyjna. Doświadczenie pokazuje, że demokracja nigdy się tam nie przyjmie".
Lingwista Eugene Dooman podkreślał feudalne i konformistyczne cechy japońskiego społeczeństwa,
w którym "góra formułuje cele i zamierzenia, a dół się do nich posłusznie
nagina".
Po drugiej stronie barykady stali tzw. behawioryści, zespół psychiatrów, antropologów
i socjologów, próbujący od ataku na Pearl Harbour zgłębiać tajniki japońskiej
psychiki. Z badań wynikało, że Japończycy nie posiadają wprawdzie trwałych wartości
(wszystko zależy od kontekstów), ale właśnie dlatego można będzie im wszczepić
demokrację, szczególnie, gdy tak każe cesarz. W tym samym duchu, choć wychodząc z
odmiennych przesłanek, wypowiadali się intelektualiści i członkowie administracji,
wierzący w uniwersalność demokracji i praw człowieka. Tuż przed końcem wojny, szala
przechyliła się na korzyść drugiego stronnictwa.
"Nasze zadanie w Japonii" - tak zatytułowano film instruktażowy, który na
czas okupacji Amerykanie przygotowali dla personelu. Gdy na ekranie pojawiał się powiększony
mózg, narrator informował: "To jest japoński mózg, który może sprawiać
problemy, ale może też robić rzeczy sensowne, wszystko zależy od tego, jakie idee się
do niego włoży". W Waszyngtonie zdecydowano, że odtąd, miast kultu cesarza, wkładać
się tam będzie idee demokracji i pacyfizmu.
Zaczynała się okupacja, fascynujący okres, o którym amerykański historyk John Dower
napisze: "Trudno o bardziej intensywny, nieprzewidywalny (...), zawikłany i
elektryzujący moment skrzyżowania dwóch kultur". Wojna na Pacyfiku trwała 3 lata
i 8 miesięcy. Okupacja potrwa 6 lat, dwa razy dłużej niż planowano.
Podważanie mitów
Jeszcze przed nadejściem Amerykanów zaczęły się kruszyć mity o niespotykanej
harmonii i solidarności Japończyków, którymi karmił ich poprzedni reżim. Autorzy
haseł typu "100 milionów japońskich serc bije jak jedno" zajęci byli teraz
rozkradaniem majątku narodowego, który niedługo później trafił na czarny rynek.
Rozboje, pijaństwo i plądrowanie sklepów wpisywały się w codzienny tokijski
krajobraz.
W dniu podpisania aktu kapitulacji gen. Douglas MacArthur zwrócił się do żołnierzy:
"Święta misja dobiegła końca". Niezupełnie. Biały człowiek, dźwigając
brzemię zachodnich ideałów, przystępował właśnie do nowej krucjaty. Azjatycki naród
miał zostać wyprowadzony z feudalnych ciemności, by poznać i przyjąć za swoje
uniwersalne wartości zwycięskiego mocarstwa. Był to klasyczny przykład kulturowego
imperializmu i nikt nie uosabiał tej postawy lepiej niż sam MacArthur, po wojnie dowódca
wojsk okupacyjnych.
Japończycy byli dla niego narodem 12-latków. Do historii przeszło jego wystąpienie
przed komisją senacką w 1951 r.: "Jeśli przyjmiemy, że my, Anglosasi, jesteśmy
na etapie, powiedzmy, 45-letniego człowieka w jego rozwoju naukowym, artystycznym,
teologicznym, kulturalnym, to Niemcy byli równie dojrzali. Z kolei Japończycy, mimo
wieloletniej, antycznej historii, pozostają w bardzo niedojrzałym, szkolnym stadium.
Mierząc standardami nowoczesnej cywilizacji, są jak 12-letni chłopiec w porównaniu z
naszym rozwojem człowieka 45-letniego".
MacArthur nie interesował się ani kulturą, ani historią tego kraju. Za swoich
duchowych przewodników uważał Waszyngtona, Lincolna i Jezusa Chrystusa, i jak
skwapliwie dodaje Dower: "zasadniczo wychodził z założenia, że razem we czwórkę
będą w stanie, z pomocą cesarza, zdemokratyzować Japonię". Uważał, że
demokracja przyjmie się w Japonii tylko wtedy, gdy on tak rozkaże. Narody orientalne miały
bowiem, jego zdaniem, wrodzoną skłonność do schlebiania zwycięzcy. Rzeczywiście,
Japończycy pokochali MacArthura, a wraz z nim i demokrację... Gdy reżyser Masaki
Kobayashi wracał w 1946 r. do Tokio z obozu pracy na Okinawie, wśród głodu i ruin
zastał odmieniony kraj: "Japonia stała się nadzwyczaj demokratyczną, każdy
zmierzał w tym kierunku, do wolności, zrzeszania się".
Amerykanie przez dwa pierwsze lata okupacji przeprowadzili w Japonii odgórną rewolucję.
Na początek MacArthur przywraca dekretem swobodę wypowiedzi i zezwala na działalność
związków zawodowych. Wkrótce Amerykanie dokonają czystki 200 tys. militarystów i
biurokratów uwikłanych w poprzedni system, uwalniając więźniów politycznych (wśród
nich komunistów), którzy po latach więzienia witają okupantów jak armię wyzwolenia.
Zreformowano też edukację, do której Amerykanie przywiązywali szczególną wagę.
Jeden z reformatorów pisał: "Chodziło o to, by dotrzeć do pojedynczego Japończyka
i tak zmienić jego sposób myślenia i odczuwania, by zaczął cenić wolność i
demokrację". W szkołach zawieszono naukę "starej" etyki, historii i
geografii. Uczniowie pod dyktando nauczycieli zamazywali atramentem w książkach miejsca
mówiące o militarnej przeszłości i kulcie cesarza. "Podręcznik do demokracji dla
chłopców i dziewcząt" stał się lekturą obowiązkową.
Eksplozja lewicowości i popularność komunistów zaskoczyły Amerykanów (czy tak reagują
poddani cesarza?). Premier Shigeru Yoshida powie później, że pierwszy gabinet formował
"w morzu czerwonych flag". Na wiosnę 1946 r., po żwawej kampanii wyborczej, w
której brały już udział także kobiety, Japończycy stworzyli pierwszy demokratyczny
rząd. W wyborach startowały 363 partie i organizacje polityczne. Padał kolejny mit o
japońskiej jednomyślności.
Na długo przed okupacją ustalono w Waszyngtonie, że bieżące zarządzanie krajem
przekaże się japońskiemu rządowi i biurokracji. Chodziło o wykorzystanie istniejących
struktur administracji, przyzwyczajenie Japończyków do demokratycznych rządów i
zachowanie pozorów, że reformy sygnowane przez rząd są japońskiego autorstwa.
Za sznurki pociągali jednak Amerykanie. Super-rząd, który utworzyli, zatrudniał kilka
tysięcy urzędników w mundurach. Werbowano nie "kierujących się
uprzedzeniami" japońskich ekspertów, a ekonomistów, prawników i bankierów.
Sugestie reform z japońskiej strony były zawsze mile widziane, ale ostatnie słowo należało
do Amerykanów.
Największym osiągnięciem MacArthura było napisanie pacyfistycznej konstytucji. Japończycy
dostali dokument nowoczesny i liberalny, w całości amerykańskiego autorstwa. Zirytowany
niską jakością japońskich projektów (chodziło o prawa człowieka i status cesarza),
MacArthur na kartce papieru napisał w trzech punktach, co ma nowa konstytucja zawierać:
absolutny pacyfizm, monarchia konstytucyjna jako forma rządów, zniesienie feudalizmu. Dał
swoim ludziom tydzień (!) na napisanie ustawy zasadniczej. Postawiony przed faktem
dokonanym premier Shidehara miał łzy w oczach. Cesarz nie był już bogiem, a jedynie
symbolem jedności narodu.
Pocałunek madame Curie
Mniej oficjalne kontakty z okupantem okazały się tak samo ważne dla poszerzania wolności
(w pozytywnym i negatywnym sensie), co reformy MacArthura. Najpierw trzeba było jednak
choć trochę wyjść poza wzajemne uprzedzenia. Amerykanie przygotowani na spotkanie ze
społeczeństwem fanatyków o mentalności kamikaze, odkrywali kulturalny, wycieńczony
wojną, spolegliwy naród. Japończycy też nie spodziewali się niczego dobrego.
"Niech Pan ratuje niewinność młodych Japonek!" - apelował wicepremier Konoe
do naczelnika policji. Amerykanie mieli rzekomo gwałcić jedną kobietę po drugiej (rząd
wyasygnował 30 milionów jenów na budowę domów publicznych, w których pracowały
ochotniczki gotowe "oddać ciało za ojczyznę").
Blisko połowa (z kilkuset tysięcy) stacjonujących w Japonii Amerykanów miała japońskie
sympatie. Gardzono nimi i zazdroszczono im jednocześnie. Na tle szarych japońskich miast
raziły ich kolorowe ubrania, makijaż i wyzywający sposób bycia, gdy wśród ruin
przemykały w jeepach ze swoimi boifrendo. Zwiastowały nadejście nowych czasów:
hedonizmu i konsumpcjonizmu w amerykańskim stylu.
Trudno przecenić urok i oddziaływanie na Japończyków tej kolorowej Ameryki. Dla
kobiet, którym nie wolno było się wcześniej malować i nosić kolorowych ubrań
("ekstrawagancja to wróg" - głosił slogan), kosmetyk pozwalał, choć na
chwilę, zapomnieć o codziennych zmartwieniach. Dziennikarka Setsuko Suetsugu pisała po
latach, jakie wrażenie robiły na kobietach nylonowe pończochy, które przywieźli
Amerykanie: "Niektóre oddawały swą niewinność, by stać się właścicielką
jednej pary".
Mężczyźni koili urażoną dumę w nowych formach rozrywki: striptizach, wyborach miss,
śmiałych filmach. Jeden z pierwszych filmowych pocałunków, jaki zobaczyli Japończycy,
pochodził z holywoodzkiej produkcji "Madame Curie". Życie Marii Skłodowskiej
stało się zresztą wzorem dla kobiet walczących z patriarchalną tradycją rodzinną. Równość
płci, miłość małżeńska, kobieta spełniająca się w męskiej dyscyplinie, to były
tematy w sam raz dla czasopism typu "Fufu seikatsu" ("Życie małżeńskie"),
osiągających wielosettysięczne nakłady.
Pierwsze powojenne lata były też czasem fermentu intelektualnego, jaki miał się już
nie powtórzyć. W dziesiątkach czasopism dyskutowano zawzięcie o demokracji,
kosmopolityzmie, marksizmie. Głód słowa widać choćby na zdjęciu z 1946 r.: ludzie
koczują w nocy pod księgarnią, by kupić nową książkę japońskiego filozofa. Na liście
bestsellerów pojawiają się nazwiska Remarque'a, Sartre'a, Gide'a (na pierwszym miejscu,
z rekordem sprzedaży nie pobitym do 1981 r., są jednak rozmówki angielskie).
Literat Yasuo Tsuneda napisze o nowej przestrzeni, która otworzyła się nagle w społeczeństwie:
"Ludzie zachowywali się inaczej, myśleli inaczej, napotykali sytuacje, które różniły
się od wszystkiego, co dotąd spotkali".
Mitów przywracanie
Potem było już gorzej. W 1949 r., pierwszy raz po wojnie, większość Japończyków uważała,
że kraj zmierza w złym kierunku. "Damasareta" (zostaliśmy oszukani) - mówili
coraz częściej Amerykanom. Co się stało?
Na pewno winna była geopolityka. Początek zimnej wojny i zwycięstwo komunistów w
Chinach zmieniły amerykańskie priorytety. Wtedy USA potrzebowały przede wszystkim
silnej Japonii (a nie pacyfistycznej i demokratycznej), zdolnej równoważyć wpływy
komunistów w Azji. W polityce wewnętrznej Amerykanie porzucili rolę niezależnego
arbitra i otwarcie wsparli prawicę. Wkrótce, z poparciem MacArthura, zaczną się
antylewicowe czystki. Do łask powrócą biurokraci i biznesmeni uwikłani w poprzedni
system, mający jednak doświadczenie w zarządzaniu krajem.
Nie pomogą też Amerykanom manipulacje w procesach zbrodniarzy wojennych, gdzie skazano
niekoniecznie tych najbardziej winnych. Był jednak jeszcze jeden, głębszy, powód rosnącej
niechęci do okupanta. Da się on sprowadzić do paradoksu: demokratyczne państwo
autorytarnymi metodami wprowadza demokrację w państwie autorytarnym. Właśnie ta
schizofreniczna rola USA stawała się coraz bardziej uciążliwa i moralnie dwuznaczna.
Dyktatura wojskowa w Japonii skończyła się nie w 1945, a w 1952 r., wraz z odejściem
Amerykanów. Jeśli przyjmiemy za MacArthurem, że świadomość polityczna Japończyków
była na poziomie 12-latków (w tłumaczeniu na język poprawny: w Japonii było słabo
wykształcone społeczeństwo obywatelskie), oznaczało to konieczność wychowania tego
12-letniego podrostka, także drogą zakazów. Rezultatem była całkowita centralizacja władzy
i cenzura, co prowadziło do absurdalnych czasami nadużyć. Nie tylko nie wolno było
rozpamiętywać militarnej przeszłości, ale także drukować książek Lwa Tołstoja (za
rzekomy militaryzm w "Wojnie i pokoju"). Cenzurowano teatr kabuki oraz
informacje o Hiroszimie i Nagasaki, by "nie wywoływać cierpiętniczej postawy w społeczeństwie".
Amerykanie byli nietykalni. Pozycja MacArthura idealnie wręcz wpisywała się w feudalne
tradycje sprawowania władzy w Japonii: kto inny firmował decyzję, kto inny pociągał
za sznurki. Sam urząd, na którego czele stał MacArthur, wojskową hierarchicznością
bardziej przypominał szogunat niż demokratyczną agendę.
Efekt najlepiej podsumuje Dower: "W społeczeństwie umocniła się tendencja do
biernej akceptacji władzy, wzrosło poczucie kolektywnego fatalizmu, że zwykli ludzie
nie są tak naprawdę w stanie wpłynąć na bieg wydarzeń". Słowem, przyrodzone,
rzekomo japońskie cechy konformizmu i posłuszeństwa były teraz umacniane przez
Amerykanów, w dodatku pod przykrywką demokracji.
Błędem MacArthura, przynajmniej w pierwszym okresie, było zlekceważenie gospodarki.
Gdy robotnicy zaczęli przejmować fabryki, okazało się, że demokracja bez chleba (ryżu)
szybko prowadzi do anarchii i chaosu, który można opanować jedynie przy pomocy środków
autorytarnych. Późniejsze reformy gospodarcze też nadzorował sztab dowodzenia
MacArthura. Gdy Amerykanie odeszli, ich rolę przejęła japońska biurokracja. Wraz ze światem
biznesu i polityki stworzyli triumwirat niejasnych powiązań, który poprowadził Japonię
do cudu gospodarczego. Po drodze jednak skażono w społeczeństwie wiarę w demokrację.
Bardzo by mu się teraz przydała do pokonania kryzysu, w którym Japonia znajduje się od
10 lat.
Dlaczego się udało?
Mimo wszystko, z perspektywy miejsca i czasu reformy MacArthura trzeba uznać za sukces.
Japonia po wojnie stała się krajem bardziej wolnym i egalitarnym. Przez 40 lat była
jedynym demokratycznym państwem w tej części świata, i ani przez moment nie groził
jej powrót do dyktatury.
Czy japońskie doświadczenie okupacji jest do powtórzenia w innych częściach świata?
Nie ma jednej odpowiedzi. Przykład Japonii pokazał, jak niemądre jest odgórne
skazywanie demokratyzacji na klęskę ze względów kulturowych. Wystrzegajmy się
prostych analogii. Gdy odstawimy na bok dylemat moralny, czy i do jakiego stopnia wolno
narzucać własne wartości innym, i gdy pominiemy zasadne pytanie, na jakim etapie
rozwoju znajduje się społeczeństwo obywatelskie danego kraju, okaże się, że w
Japonii tuż po wojnie wystąpił szereg okoliczności, które pomogły ją zdemokratyzować.
Po pierwsze, klęska Japonii była tak dotkliwa, a wina tak niepodważalna, że dało to
Amerykanom wolną rękę do przeprowadzenia reform. Po drugie, wbrew części amerykańskiej
propagandy, Japonia nie była w 1945 r. krajem dzikusów. Miała za sobą doświadczenia z
demokracją w latach 20. i, co może ważniejsze, od otwarcia na świat w XIX w. była
stale zwrócona ku modernizacji. To, co wydarzyło się po 1945 r., można uznać za
kontynuację tego procesu. Po trzecie, Japonia jest krajem homogenicznym. Po uwolnieniu z
dyktatury nie wystąpiły w niej żadne ruchy odśrodkowe, dążące do rozsadzenia kraju.
Po czwarte, pomogło wyspiarskie położenie kraju. Amerykanie na kilka lat odizolowali
Japonię od reszty świata, chroniąc ją np. od groźby zarażenia komunistycznym
wirusem.
Wreszcie - postać MacArthura. Przy całej bufonadzie i arogancji był najprawdziwszym
reformatorem i wierzył w swoje demokratyczne ideały. Charyzma pomogła mu zjednać Japończyków.
Był najbardziej (szczerze) wielbionym politykiem w historii Japonii.
I o tym warto pamiętać. A także o błędach, które Amerykanie popełnili, choćby po
to, żeby ich nie powtórzyć.
Korzystałem z książki: John W. Dower "Embracing defeat. Japan in the Wake of World
War II", W.W. Norton&Company/The New Press 1999.
|