|
Do uzdrowienia życia publicznego w Polsce należy zachęcić tych, którzy stoją z
boku
Nadzieja zawiedzionych
Stefan Niesiołowski
Debata nad reformą państwa jest sprawą pilną, ale naiwnością jest nawoływanie do
budowy IV Rzeczpospolitej. Nie jest jasne, dlaczego zmiana nazwy miałaby wyeliminować
negatywne zjawiska.
Naprawa państwa musi się dokonać na innej płaszczyźnie i najlepiej z nikłym udziałem
obecnych elit.
Polskę nękają dramatyczne problemy społeczne: wysokie bezrobocie, rozległe obszary ubóstwa,
korupcja, coraz groźniejsza przestępczość, niewydolność służby zdrowia, nieudolny
wymiar sprawiedliwości, stałe obniżanie poziomu wykształcenia, katastrofalnie niskie
nakłady na naukę i wiele innych.
Na tym tle jeszcze bardziej groteskowo maluje się życie obecnych elit politycznych.
Coraz bardziej ponury spektakl, jakim stały się obrady "komisji Rywina", która
przestała w zasadzie zajmować tym, do czego została powołana, aroganckie i bezczelne
zachowania panów Czarzastego, Kwiatkowskiego oraz znacznej części członków Krajowej
Rady Radiofonii i Telewizji bez skrupułów obsadzających regionalne rady nadzorcze według
ściśle partyjnego klucza, to tylko kilka głośnych ostatnio przykładów.
Wszystkie te zjawiska powodują w społeczeństwie wzrost nastrojów rezygnacji,
rozgoryczenia i rozczarowania nie tylko politykami i polityką, lecz wszystkim, co ma
jakikolwiek związek z publiczną aktywnością. Wszystko to razem prowadzi zaś do osłabienia
demokracji.
Kryzys partii politycznych
Partie polityczne, zamiast przeciwdziałać tym zjawiskom i walczyć w obronie dobra ogółu,
coraz wyraźniej stają się obrońcami grupowego interesu wąskich koterii, dbając głównie
o grupowe korzyści i przywileje, kosztem państwa i społeczeństwa. Uległy już takiej
degeneracji, że nawet nie są zainteresowane własnym rozwojem, gdyż mógłby on zagrozić
pozycji ludzi, którzy akurat dorwali się w nich do kierowniczych funkcji i decydują o
układaniu list wyborczych. Partie polityczne nie są w Polsce gwarancją funkcjonowania
systemu demokratycznego. Stały się produktem rozkładu sceny politycznej w III
Rzeczypospolitej. Tworzone z reguły wokół kolejnych kandydatów na przywódców oraz
jednego hasła, lub jakiejś, najczęściej oszukańczej, obietnicy, okazują się
niezdolne do sensownego i uporządkowanego działania. Ich liderzy zmieniają ugrupowania
tak często, że sami chyba nie wiedzą, do której partii akurat należą, a z której zdążyli
już wystąpić.
Wobec niespełnienia, niemożliwych z resztą do spełnienia, obietnic wyborczych SLD,
oraz narastającego wewnętrznego skłócenia, gwałtownie spada poparcie społeczne dla
Sojuszu. Jest to tendencja trwała i nic nie wskazuje na możliwość jej zahamowania, lub
odwrócenia, w każdym razie dopóki premierem będzie Leszek Miller.
Prawdopodobnie sami postkomuniści uznają, że stanowi on zagrożenie dla ich interesów
i przy nadarzającej się okazji dokonają zmiany premiera. Może to się stać oczywiście
dopiero po referendum akcesyjnym, w którym premier wyraźnie dostrzega szansę dla siebie
i swojego rządu. Nie wydaje się zresztą, aby zmiany personalne w obrębie SLD, lub
doproszenie do rządzenia PSL mogło cokolwiek zmienić.
Kompromitacja, nie dyktatura
Po raz pierwszy w III RP spadek poparcia dla lewicowego rządu nie przekłada się na
wzrost liczby zwolenników prawicowej alternatywy. Bo taka nie istnieje. Konsekwencją
jest za to wzrost poparcia dla ugrupowań skrajnych, przede wszystkim Samoobrony i w
mniejszym stopniu targanej konfliktami i podziałami LPR, nie dysponujących realną
alternatywą programową i pozbawionych kompetentnych kadr.
Polsce potrzebna jest głęboka korekta głównych linii ustrojowych przemian i polityki
państwa, natomiast uzyskanie istotnego wpływu przez ugrupowania populistycznych demagogów
może doprowadzić jedynie do chaosu. Ponury bełkot liderów Samoobrony i LPR nie jest już
tylko śmieszny, lecz także groźny. Jak pisze Waldemar Kuczyński: "Przy
dzisiejszych nastrojach wybory to wielkie ryzyko znalezienia się u steru Rzeczypospolitej
Samoobrony - partii ściganych przez prawo ignorantów - i LPR-u z PiS-em, dwu partii założonych
i zdominowanych przez polityków, którzy wcześniej wiele partii zakładali i rozbijali.
Potem załapali się na AWS-owską deskę ratunku, by dopłynąć na ul. Wiejską, a
ledwie dopłynęli, zaczęli Akcję rozbijać... Wreszcie zbiegli z AWS i dziś udają, że
nie mieli z Akcją nic wspólnego, że dopiero pod tymi nowymi szyldami pokażą, jak to
świetnie będą rządzić krajem. Kto chce, niech wierzy. Ja ich widziałem w akcji od środka
i nie wierzę" ("Gazeta Wyborcza", 14 marca 2003 r.).
Można jedynie dodać, że ich rządy będą oznaczać rabunek państwa na niespotykaną
dotychczas skalę, przekreślenie wielu lat wysiłków i modernizacji kraju, wielką
kompromitację Polski na arenie międzynarodowej.
Ale ten czarny scenariusz wbrew różnym pesymistycznym prognozom wcale nie musi zostać
spełniony. Porównania III RP do Republiki Weimarskiej zakończonej ustanowieniem w sposób
legalny i zgodny z zasadami demokracji, jednak przy bardzo mocnym jej naginaniu i łamaniu
Konstytucji, dyktatury Hitlera, nie wydaje się trafne. Całkowicie inna jest sytuacja w
Polsce i wokół Polski. Nie grozi nam dyktatura, a jedynie kompromitacja, postacie takie
jak Lepper, Giertych czy Wrzodak przeminą jak zły sen. Wiele jednak zależy od rozwiązania
istotnych problemów ekonomicznych i społecznych.
Wspólne wartości
W tej sytuacji konieczne jest podjęcie debaty nad sformułowaniem diagnozy i podjęcie
działań na rzecz naprawy Rzeczpospolitej. Przeszłe wybory i polityczne podziały stają
się coraz bardziej anachroniczne. Dziś potrzeba działania w imię wyznawanych wspólnie
wartości fundamentalnych: społecznej sprawiedliwości, solidarności, przywiązania do
narodowej kultury, podmiotowego traktowania społeczeństwa, praworządności i
bezkompromisowego żądania uczciwości w działalności publicznej oraz służby społeczeństwu.
Te wartości, różnie wywodzone i nazywane, zawarte były w różnych tradycjach
politycznych. Dziś najmocniej wyrażane są w społecznym nauczaniu Jana Pawła II, które
przyjmują za swoje nie tylko członkowie Kościoła, lecz także ludzie niewierzący.
Oczywiście trudno zakładać działania w dobrej wierze byłych agentów SB, malwersantów
z nomenklaturowych spółek, mocodawców i wspólników panów: Rywina, Kwiatkowskiego,
Czarzastego oraz ludzi traktujących państwo jak partyjny folwark. Warunkiem odbudowania
zaufania do polityki, i szerzej, do służby publicznej jest obok osobistej uczciwości
jej uczestników i całkowicie przejrzystych życiorysów, wniesienie do życia
publicznego takich wartości jak: honor, odpowiedzialność za losy kraju, obrona prawdy,
solidarność z najbardziej potrzebującymi, poczucie sprawiedliwości, wrażliwość na
ludzką krzywdę i biedę.
Jak trafnie zauważył Jerzy Jedlicki: "Jeśli będziemy utrwalać obraz polityki
jako wielkiego bagna, to będą do niej lgnąć ludzie, którzy właśnie w bagnie dobrze
się czują. Myślę, że trzeba starać się o przywrócenie w Polsce szacunku dla służby
publicznej, dla praworządnego państwa." ("Tygodnik Powszechny", 2 marca
2003 r.).
W oparciu o te zasady została przezwyciężona totalitarna dyktatura, a odejście od nich
doprowadziło do obecnego kryzysu. Naiwnością natomiast jest nawoływanie do budowy IV
RP, co czyni np. Andrzej Zybertowicz pisząc: "Pora rozstać się z III Rzeczpospolitą
i przystąpić do budowy IV" ("Rzeczpospolita", 5 marca 2003 r.). Podobnie
uważa nawet tak doświadczony socjolog i publicysta jak Paweł Śpiewak, który
generalnie słuszne uwagi na temat choroby systemu politycznego w Polsce i w wielu państwach
na wszystkich kontynentach tak konkluduje: "Co najwyżej mogą zacierać ręce populiści
i nacjonaliści, którzy będą zdobywać poparcie wraz z narastającym rozczarowaniem
polską demokracją. Tymczasem bardzo wiele wskazuje na to, że III Rzeczpospolita
wyczerpała swoje możliwości samonaprawy. Czas zacząć myśleć o IV
Rzeczypospolitej" ("Rzeczpospolita" z 23 stycznia 2003 r.).
Nie jest jasne, dlaczego sama zmiana nazwy miałaby wyeliminować negatywne zjawiska. W
naszej tradycji historycznej kolejne Rzeczpospolite powstawały po odrodzeniu się z
upadku państwa i odzyskaniu niepodległości. Byłoby dziwactwem powoływać kolejną
republikę z powodu afery korupcyjnej i wzrostu poparcia dla ugrupowania, w którym rej
wodzą nieukarani kryminaliści oraz listy wyborczej jednego prowincjonalnego księdza o
zagadkowym życiorysie. Ksiądz ten zresztą podobno - zgodnie ze swoim zwyczajem - już
cofnął dla tej listy swoje poparcie.
Gdzie szukać ratunku
Bardzo wiele zależy w Polsce od uformowania się odpowiedzialnej programowej alternatywy
dla obozu liberalnego i od tego, czy skrystalizuje się środowisko zdolne do jej
propagowania. Nie można zakładać, że program i takie środowisko powstaną bez udziału
jakiejś części dotychczasowych elit politycznych, ale trzeba przyjąć, że taka
inicjatywa będzie miała szansę tylko wtedy, gdy pobudzi aktywność wielu z tych -
niegdyś aktywnie popierających demokratyczne przemiany, a dziś krytycznie oceniających
osiągnięte rezultaty - stojących z boku. Walka z bezrobociem staje się podstawowym
wyzwaniem, a nieudolność obecnego rządu pod tym względem jest jednym z powodów pogłębiania
się tej katastrofy. Restrukturyzacja gospodarki i procesy demograficzne przesądzają o
powstaniu ogromnych zasobów potencjalnego zatrudnienia. Nie ma jednak możliwości
ograniczenia bezrobocia wyłącznie przez wzrost zatrudnienia na warunkach rynkowych.
Czysto rynkowa absorpcja zasobów pracy wymagałaby osiągnięcia w ciągu kilku lat tempa
wzrostu rzędu 8 proc. PKB, co jest całkowicie niemożliwe. Konieczne jest więc podjęcie
szerokiej interwencji na rynku pracy, przede wszystkim poprzez umożliwienie wzrostu
zatrudnienia sponsorowanego przez państwo, roboty publiczne i interwencyjne,
dofinansowanie składek, celowe jest też wzmocnienie ochrony krajowej produkcji, zmiany
przepisów o zatrudnieniu emerytów i rencistów, otwarcie pewnych korporacji zawodowych
blokujących dostęp absolwentów itp. Konieczne wreszcie są ulgi na wychowanie dzieci,
zarówno z powodu potrzeby wsparcia materialnego rodzin znajdujących się w trudnej
sytuacji, jak też dlatego, że stanowi to "najtańszy" sposób ograniczania
dochodowych nierówności.
Rozpoczęcie debaty nad naprawą Rzeczypospolitej jest sprawą pilną. Nie należy
oczekiwać, że wykażą nią zainteresowanie, zajęte swoimi karierami, skompromitowane
"elity" polityczne. Ich udział na szczęście nie jest potrzebny. To od
zatroskanych, zmęczonych i zawiedzonych ludzi, często bardzo zasłużonych dla wolności,
niepodległości i demokracji w Polsce, zależy jak zawsze przyszłość naszej Ojczyzny.
Stefan Niesiołowski (ur. 1944) jest publicystą i działaczem politycznym. Z zawodu
entomolog, profesor Uniwersytetu Łódzkiego. Współzałożyciel (1964) i działacz
konspiracyjnej organizacji Ruch; 1970-74 więziony. Od 1977 r. członek Ruchu Obrony Praw
Człowieka i Obywatela, od 1980 r. w NSZZ "Solidarność". 1981-82 internowany.
Współzałożyciel ZChN. 1989-93 oraz 1997-2001 poseł na Sejm.
|