|
„TP”, Nr 23 (2813), 8 czerwca 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2813/kraj01.php
Mimo "afery Rywina", jak gdyby nic się nie stało,
SLD umacnia dominującą pozycję w instytucjach publicznych
Nowy początek, stary porządek
Andrzej Kaczmarczyk
Przesłuchania przed komisją śledzą ds. afery Rywina ukazały Polskę oddaną w pakt układów
partyjno-towarzysko-biznesowych, a obraz taki potwierdza kolejna "afera afer",
wokół ministerstwa zdrowia. Ale taki wizerunek kraju jedynie poszerzy grupę obywateli,
z obrzydzeniem wycofujących się z życia publicznego lub głosujących na ugrupowania
radykalne. Na gruntowny remont państwa na razie się jednak nie zanosi, przeciwnie.
Przed niedawną Konferencją Mediów Publicznych, której organizatorami były rady
nadzorcze publicznego radia i telewizji, rozesłano zaproszenia. Można było w nich
przeczytać: "Zamierzamy rozpocząć fundamentalną dyskusję o strategii mediów
publicznych i (...) potrzebie "nowego początku"". Nie, nie była to
ironia, choć wielu zaproszonych tak to zapewne odczytało. W praktyce ów "nowy początek"
objawił się bowiem tydzień wcześniej: zamiast odpartyjniać media publiczne, kontrolujący
je Sojusz Lewicy Demokratycznej zwiększył jeszcze swój udział w radach nadzorczych 17
regionalnych spółek radiowych.
Dzięki aferze Rywina i transmisjom z obrad komisji śledczej problemy tzw. ładu
medialnego i kulisy życia politycznego zagościły w domach Polaków. Komisja miała trzy
cele: ustalić, czy istnieje "grupa trzymająca władzę", która przysłała
Rywina do Michnika i kto do niej należy, zbadać powstawanie nowelizacji ustawy o
radiofonii i telewizji i wreszcie ustalić, kiedy najważniejsze osoby w państwie
dowiedziały się o aferze i czy ich reakcja była prawidłowa. Tymczasem przesłuchania
przed komisją spełniły też cele niezamierzone: ukazały upartyjnienie i oligarchizację
życia publicznego oraz arogancję władzy, a także jej odporność na reakcje opinii
publicznej.
"I jestem z tego dumny"
Pierwszego celu komisji nie udało się na razie osiągnąć, w dwóch pozostałych świadkowie
ujawnili aż nadto, by wstrząsnąć opinią publiczną. Przebieg prac nad nowelizacją
poseł Rokita określił jako "mataczenie" i skłonił do powtórzenia tej
opinii Juliusza Brauna, ówczesnego przewodniczącego Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji
(KRRiTV). Janusz Majcherek pisał na łamach "Rzeczpospolitej", że
"fragmenty ustawy, stanowiące powód największych kontrowersji i podejrzeń, zostały
do niej wprowadzone podstępnie i pokątnie przez sekretarza KRRiTV Włodzimierza
Czarzastego w zmowie z ówczesną wiceminister kultury Aleksandrą Jakubowską i w
porozumieniu z prezesem TVP Robertem Kwiatkowskim. Działali oni z przyzwoleniem premiera,
cichym poparciem rządu i w interesie SLD, których zamierzeniem było wzmocnienie podporządkowanych
sobie mediów publicznych, a ograniczenie możliwości rozwoju mediów prywatnych" -
po czym Jakubowska zapowiedziała wniesienie pozwu przeciw autorowi. Tymczasem Majcherek
powtórzył tylko w skondensowanej formie to, co usłyszeliśmy przed komisją.
Można do tego dodać zarzut arogancji. Jakubowska dowodziła przed komisją, że w Polsce
istnieje jakaś zmowa, która spowodowała, że rządowy projekt nowelizacji stał się
przedmiotem krytycznego zainteresowania Zachodu. Pamiętającym czasy PRL trudno nie
dostrzec podobieństwa wypowiedzi pani minister do języka komunistycznej propagandy, tak
ochoczo wyjaśniającej problemy kraju "wrogą działalnością ośrodków
zagranicznych i ich popleczników". To przykład arogancji, bo z arogancją władzy
mamy do czynienia nie tylko wtedy, gdy zdenerwowany premier nazywa posła opozycji
"zerem", ale bardziej nawet, gdy członek rządu obraża pamięć i zdrowy rozsądek
obywateli.
Co dotyczy również innych świadków stających przed komisją. Członek Krajowej Rady,
Włodzimierz Czarzasty bez śladu zażenowania bronił zwyczaju panującego do niedawna w
Radzie, jakim było głosowanie za jej nieobecnych członków. Zresztą o wszystkich
swoich czynach sekretarz Czarzasty mówił: "tak, zrobiłem to i jestem z tego
dumny". Zdumionej publiczności przedstawił teorię, w myśl której wszystko, co
nie jest sprzeczne z prawem, jest etyczne - dzięki temu nie dostrzegł nawet cienia
konfliktu interesów w fakcie, że sam będąc członkiem Rady, posiada udziały w firmie,
która posiada udziały w innej firmie, która robi dobre interesy z telewizją publiczną.
Nie jest też dla niego problemem, że suma udziałów jego i jego żony przekracza
dopuszczalną przez prawo granicę; Czarzasty po prostu ma ekspertyzę prawną, że nie
jest to niezgodne z prawem, a więc nie może być naganne.
Inną nowatorską teorię przedstawił minister sprawiedliwości: Grzegorz Kurczuk dowodził,
że prokuratura nie mogła zająć się aferą przed publikacją w "Gazecie
Wyborczej", bo wcześniej nie miała dowodów. Minister i prokurator generalny nie
wstydzi się powiedzieć, że prokuratura może zabrać się do roboty dopiero, gdy media
przyniosą na tacy sprawcę, motyw i narzędzie zbrodni. Z kolei premier z uporem godnym
lepszej sprawy dowodził, że nie złożył doniesienia do prokuratury, bo jedna z największych
afer w III Rzeczpospolitej wydała mu się niewiarygodna. A wydała się taką Millerowi,
choć istniał dowód (nagranie), korupcyjna propozycja dotyczyła stanowienia prawa i ładu
medialnego (spraw podstawowych dla demokracji), a jako inspiratorów Rywin wskazał
najpierw premiera, a potem szefa publicznej TV.
Nieprzemakalni
O sukcesie komisji śledczej zdecydowała (uchwalona z oporami) jawność posiedzeń: to,
co zostało już na jej forum ujawnione, jest ważniejsze niż spodziewany na lipiec jej
końcowy dokument - bo tu na pewno na forum komisji zgody nie będzie i prawdopodobnie
powstaną trzy dokumenty. Jeden autorstwa większości (SLD-UP), drugi Jana Rokity, a
trzeci Zbigniewa Ziobro. Co istotniejsze: dzięki zeznaniom jednych świadków dowiedzieliśmy
się wiele o partyjno-towarzyskich kulisach uprawiania polityki, a dzięki zeznaniom
innych (tych "idących w zaparte") zobaczyliśmy, jak przedmiotowo potrafią
traktować Rzeczpospolitą i jej obywateli najwyżsi urzędnicy.
I tu dotykamy najważniejszego. Aby naprawić popełnione błędy nie wystarczy się do
nich przyznać (z czym i tak niektórzy mają problem), potrzebne jest też mocne
postanowienie poprawy.
Tego zaś brakuje, a dowodów dostarcza przegląd faktów dokonanych, dotyczących mediów
publicznych i nowelizacji ustawy o RTV, które mają miejsce równolegle z pracami
komisji. Świadczą one, że politycy SLD są nieprzemakalni na prawdę - i że mają
specyficzne wyobrażenie o kulturze politycznej i o demokracji.
Jeszcze na początku działalności komisja zaapelowała o zawieszenie prezesa TVP Roberta
Kwiatkowskiego. Krajowa Rada nie zajęła w tej sprawie stanowiska, a rada nadzorcza TVP
nie znalazła powodów, by prezesa zawiesić - i nie zmieniła zdania nawet, gdy Krajowa
Rada skrytykowała TVP za nieobiektywne przekazywanie informacji o pracach komisji. Skutki
apelu o zawieszenie prezesa były dwa, ale niewiele miały wspólnego z jego treścią: z
członkostwa w radzie nadzorczej TVP demonstracyjnie zrezygnowała Anna Popowicz, a media
opisały przypadki konfliktu interesów, dotyczące części rady nadzorczej (nadzorując
pracę zarządu TVP, część członków rady jest równocześnie... pracownikami TVP i
podlega prezesowi, którego ma nadzorować).
Potem nastąpił trwający do dziś spór o dalsze prace nad nowelizacją ustawy. Mimo
apeli członków komisji śledczej, opozycji parlamentarnej, stowarzyszeń twórczych i
prywatnych nadawców - prace te są kontynuowane. Nie powstrzymał ich demonstracyjny
bojkot posiedzeń sejmowej komisji kultury przez posłów opozycji. Prace nad nowelizacją
posuwają się siłami SLD-UP oraz Samoobrony - i taka koalicja może doprowadzić do jej
przyjęcia przez Sejm.
Dalej: po zeznaniach Brauna prezydent Kwaśniewski zaapelował do członków KRRiTV o
podanie się do dymisji, a do obu izb parlamentu o odrzucenie rocznego sprawozdania
Krajowej Rady. Zgodne odrzucenie tego sprawozdania przez Sejm, Senat i prezydenta oznaczałoby
koniec Rady w obecnym składzie. I znów efekt był odległy od zamierzonego: z trójki
"prezydenckich" członków Rady gotowość dymisji zgłosili jedynie Danuta
Waniek i Waldemar Dubaniowski. Włodzimierz Czarzasty, główny
"szwarzcharakter" zeznań Brauna, stwierdził, że "ma swój rozum" i
podania się do dymisji odmówił. Ostatecznie Radę opuścił tylko Dubaniowski (gdyż
skończyła mu się kadencja), natomiast Waniek zastąpiła Brauna na stanowisku
przewodniczącego.
I nic się nie zmienia
Wkrótce potem zdominowany przez SLD Senat przyjął sprawozdanie Krajowej Rady i wybrał
nowego jej członka: został nim prof. Tomasz Goban-Klas, wiceminister edukacji w obecnym
rządzie i zwolennik wzmocnienia mediów publicznych. Zastąpił on Jana Sęka z PSL, dzięki
czemu SLD zdobyła kluczowe pięć z dziewięciu głosów w Radzie. Kadencja wygasła też
Adamowi Halberowi (SLD), ale Sejm dotąd nie wybrał jego następcy, więc Halber wziął
udział w ważnym wydarzeniu, jakim był wybór rad nadzorczych 17 regionalnych spółek
radiofonii publicznej.
Braun i Jarosław Sellin, jedyni członkowie Rady, którzy mówili przed komisją o
istnieniu parytetów partyjnych w mediach publicznych, nie zdołali przeforsować do tych
rad żadnego ze swych kandydatów. Pozostali członkowie, którzy o parytetach i
zakulisowych umowach rzekomo nigdy nie słyszeli, umieścili w radach nadzorczych
wszystkich swych kandydatów. Analiza dokumentów Rady wskazuje na zadziwiającą zgodność
głosowań tej "nic nie wiedzącej" siódemki. I choć podobno nic wcześniej
nie ustalano, rozkład "sił" w każdej z rad jest taki sam: dwa miejsca dla SLD
i po jednym dla PSL oraz dla Lecha Jaworskiego, który kiedyś reprezentował AWS, a teraz
(tak twierdzi Sellin) porozumiał się z SLD i PSL - i umieścił w radach ludzi ze
swojego "notesu". Piątego członka każdej z rad wybierze minister skarbu
(czyli SLD). Sojusz, ponoć nic o tym nie wiedząc, zyskał większość w radach
nadzorczych radiofonii publicznej.
To nie koniec. W tych dniach Rada ma wybrać dwie kolejne rady nadzorcze: Polskiego Radia
SA (radiowej "centrali") oraz TVP. Od składu tej drugiej zależy, czy
Kwiatkowski pozostanie prezesem TVP - i jak będzie funkcjonować telewizja publiczna w
najbliższych latach.
Tymczasem reakcja mediów (prywatnych) po wyborze tych 17 rad regionalnych zaskoczyła członków
Rady: dziennikarze pisali znowu o parytetach i pokazywali, że wśród nowych członków
rad są m.in. asystentka byłego członka KRRiTV i asystent obecnego. A także człowiek
zarządzający państwowymi mediami w stanie wojennym oraz inny, pracujący w tym czasie w
"służbach prasowych" wojska.
W odpowiedzi na zarzuty Waniek zaproponowała zmianę zasad podczas najbliższych wyborów
tych rad nadzorczych Polskiego Radia SA i TVP: mają one po dziewięciu członków, tak
jak Krajowa Rada, najprościej będzie więc - zdaniem Waniek - gdy każdy z członków
Rady wybierze po jednym kandydacie do każdej z dwóch rad. Rzecz jednak w tym, że nie
zmieni to wyniku: większość miejsc i tak przypadnie SLD...
Tymczasem podczas Konferencji Mediów Publicznych Danuta Waniek z zatroskaną miną
przedstawiła propozycję, by po każdych kolejnych wyborach partie polityczne zawierały
umowę, gwarantującą mediom niezależność.
Ktoś znajomy, obecny na sali, szepnął: "To się nie dzieje naprawdę".
© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl
|