dotb.gif

„TP”, Nr 23 (2813), 8 czerwca 2003, http://www2.tygodnik.com.pl/tp/2813/komentarze.php


Komentarze

Andrzej Łukowski
Chatka z bursztynowego piernika

Najpierw goście z sąsiedniego podwórka: szczyt Wspólnoty Niepodległych Państw. Dekoracje w sowieckim stylu, zakurzone purpurowe plusze i specyficzny zapach wosków do podłogi. Gest przyjaźni pod adresem prezydenta Ukrainy, który objął przewodnictwo w WNP, a potem został sam w imieniu Wspólnoty wysłany na konferencję prasową, by opowiedzieć o osiągnięciach szczytu, czyli o niczym. Prezydent Kirgizji wspominał studia spędzone w Leningradzie, a prezydent Łukaszenka łykał łzy "senatora, który wypadł z łaski", bo nie doczekał się na osobny szczyt Państwa Związkowego Białorusi i Rosji, i stracił okazję do potłuczenia carskiej zastawy o posadzkę (jak to w chwilach triumfu zwykł czynić na Kremlu).

Potem pod wyrąbane przez Piotra I okienko do Europy przybyli szefowie państw Starego Kontynentu. Gospodarz błysnął im w oczy specjalną broszką i w iście stirlitzowskim stylu (który chyba lubi) przedstawił materiał do przemyśleń: za kilka lat Rosjanie powinni jeździć do Europy bez wiz. Teraz europejscy prezydenci mają nie dosypiać, by przełamać kwadraturę koła: jak utrzymać dobre stosunki ze stawiającą takie żądania Rosją i zachować bezpieczeństwo swoich państw.

Wreszcie na deser podano w ugodowym sosie potrawę z przyjaźni rosyjsko-amerykańskiej, która - jak zapewniali uszczęśliwieni prezydenci - wytrzymała próbę operacji w Iraku. Optymistyczny komunikat był na wyrost, bo Rosja nie przetrawiła jeszcze porażki swej polityki wobec kwestii irackiej, a w Ameryce nie zaczęły działać pigułki na wzrost zaufania do Moskwy. Poza tym w rosyjskiej prasie, która zajmowała się nie tylko szczytem popularności prezydenta Putina, ale komentowała także inne wydarzenia polityczne, pojawiły się mocne zapowiedzi różnicy zdań pomiędzy Rosją i USA dotyczące Iranu.

Gorzkie migdały rozbieżności na wszystkich trzech petersburskich szczytach obficie otulono masą z bitej śmietany: wyciszono na ten czas kontrowersje, słuchano Pavarottiego i podziwiano rekonstrukcję bursztynowej komnaty. Rosja pokazała słynną duszę i przypomniała słowa barda: "słodkich pierników nigdy nie wystarcza dla wszystkich". Mniejsza o wszystkich: prezydent Putin bawił się dobrze, pokazały go wszystkie światowe telewizje, olśnił gości przepychem. Tylko jak tu teraz rozmawiać o funduszach na rozwój słabej gospodarki?



Marek Zając
Abstrakcyjnie czy precyzyjnie

Preambuła przyszłego Traktatu Konstytucyjnego Unii Europejskiej, jeśli stanie się nią projekt przedstawiony ostatnio przez Konwent, będzie musiała zawierać... przypisy. Winę za to ponosi... chrześcijaństwo. Wiadomo: preambuła musi odwoływać się do dziedzictwa kontynentu. Konwent skrupulatnie wymienia zatem tradycję antycznej Grecji i starożytnego Rzymu, a także Oświecenia, nie sposób jednak znaleźć wzmianki o chrześcijaństwie. Wprawdzie Valery Giscard d'Estaing, przewodniczący Konwentu, gorąco temu zaprzecza. Jego zdaniem fragment o "duchowym impulsie, który przeszedł przez Europę i jest nadal obecny w jej dziedzictwie", dotyczy właśnie chrześcijaństwa. Trudno nie odnieść wrażenia, że czasem samo słowo "chrześcijaństwo" po prostu nie może przejść przez gardło.

Teraz poważnie: chrześcijanie w Europie przetrwają i bez invocatio Dei, i bez odwołania do chrześcijańskich korzeni kontynentu (zresztą preambułę ciepło przyjęły Komisja Episkopatów Wspólnoty Europejskiej i Konferencja Kościołów Europejskich, a w dalszej części Traktatu zagwarantowano - zgodnie z sugestiami biskupów - status prawny Kościołów). Gra idzie zatem nie o obronę chrześcijaństwa przed zniszczeniem przez antykatolicką koalicję ze świecką Francją na czele czy o ambicje watykańskich hierarchów. Chodzi o uczciwość intelektualną - a to z pewnością jest wartość, którą cenią i ci, którzy wierzą w Chrystusa, i duchowe dzieci Oświecenia, i ci, którym równie obojętne jest osiem błogosławieństw, jak umowa społeczna.

Z tej sytuacji są dwa wyjścia. Gorsze: nie wymieniać z imienia prądów kształtujących europejską przestrzeń kulturową i wypełnić preambułę zestawem wartości tak abstrakcyjnych, by zaakceptowali je wszyscy. Lepsze: doprecyzować preambułę, nieco ją poszerzając - nie tylko o chrześcijaństwo, ale może też o judaizm i islam.



Andrzej Brzeziecki
Kto nie z Mariuszem, tego uduszem

Zdawało się, że bojówki partyjne to odległe, na szczęście, wspomnienie. To w międzywojniu na ulicach miast walczyli ze sobą młodzi prawicowcy i lewicowcy. Owszem, i w PRL młodzi wysportowani chłopcy, częściej znani jak "nieznani sprawcy" uczyli wrogów partii "demokracji socjalistycznej". W III Rzeczypospolitej zaś zjawisko to do niedawna ograniczało się do skrajnie prawicowych partyjek i może tyleż śmiesznych, co egzotycznych, neopogan. Także dawna bitwa o lokal KPN między zwolennikami Adama Słomki i Leszka Moczulskiego wpisywała się w konwencję kabaretu, nie polityki.

Jednak, jak się okazuje, bojówkarze mogą się znaleźć także w Sojuszy Lewicy Demokratycznej - partii rządzącej, partii, o takim czy innym rodowodzie, ale partii - wydawało się - cywilizowanej. Piątkowe wydarzenia w restauracji przed siedzibą SLD pokazują, jak długą drogę ma do przebycia ta partia i że komplementy mówiące o niej, jako "normalnej europejskiej socjaldemokracji" były może przedwczesne.

Kto ogląda filmy gangsterskie, kto śledził przygody byłych esbeków w filmach Pasikowskiego, wie, jakiego pokroju ludzie wołają do swoich pretorian: zdejmijcie go!

Gdy w partii ton nadawali Aleksander Kwaśniewski, Józef Oleksy czy Włodzimierz Cimoszewicz, nie do pomyślenia było, by na oczach, a może, jak zeznają świadkowie, na polecenie, jednego z liderów partii, jej młodzi działacze rzucili się z pięściami na reportera. To kompromitujące partię wydarzenie, ale także wszystkie inne skandale i afery są ceną za wpuszczenie, już za kierownictwa Leszka Millera, w szeregi partii tysięcy działaczy dawnej PZPR i zgodę na szybkie kariery ludzi, którzy politykę traktują jak własny folwark. To też efekt używania młodych działaczy partii jako własnych pretorian, już nie tylko w politycznych rozgrywkach, ale także do mordobicia. Do SLD wróciła buta i przekonanie o bezkarności.

Gdy komentatorzy sceny politycznej ostrzegali Millera przed zabieraniem na pokład Sojuszu wszystkiego, co się rusza, ten tylko uśmiechał się: przed dwoma laty to jemu sondaże przyznawały rację. Dziś, tak zbudowana siła partii może, co pokazują wydarzenia w SLD i spadek popularności, stać się przyczyną jej klęski.      Kongres SLD, który odbędzie się za cztery tygodnie, pokaże, czy, pozostali liderzy Sojuszu zdołają powstrzymać degrengoladę i, być może, upadek partii, choćby za cenę upadku Millera.



Krzysztof Burnetko
Majchrowski, Kurzyniec i Bush

Oczywiście, porównanie George'a W. Busha do Stalina było - łagodnie mówiąc - i absolutnie niezasadne, i mało stosowne. Zwłaszcza jeśli użył go Jacek Majchrowski: nie tylko Prezydent Krakowa, ale też wybitny historyk i człowiek uważany za umiarkowanego polityka. Tyle że wcale nie znaczy to, że MSZ RP musi skwapliwie naciskać na Prezydenta Krakowa - było nie było wybranego głosami mieszkańców gospodarza miasta - by nie wziął udziału w powitaniu Prezydenta Stanów Zjednoczonych.

Oczywiście, hasła, pod jakimi Marek Kurzyniec prowadzi anarchistyczne demonstracje, często nie są najmądrzejsze. Tyle że wcale nie znaczy to, że policja może prewencyjnie - pod pretekstem niezapłaconych grzywien - zatrzymać go parę dni przed wizytą w Krakowie Prezydenta Stanów Zjednoczonych. Grzywny od Kurzyńca można było wyegzekwować (bądź ukarać go za ich niepłacenie) dużo wcześniej - bo bynajmniej się nie ukrywał. A jeśli policja obawiała się, że czołowy krakowski anarchista może chcieć zakłócić uroczystości, to ma przecież możliwość - i prawo - interwencji, kiedy już Kurzyniec rzeczywiście naruszyłby porządek. Szykanom poddano też grupę warszawskich pacyfistów, którzy przyjechali do Krakowa zamanifestować sprzeciw wobec amerykańskiej interwencji w Iraku. Jak informuje prasa, policja kilkakrotnie zatrzymywała ich autobus (nawet kiedy po demonstracji wyjeżdżali już z Krakowa) pod pozorem sprawdzania stanu technicznego pojazdu i uprawnień kierowcy. To metody nie tylko żenujące, ale - co ważniejsze - ośmieszające prawo. I podobne do tych, jakich użyła radziecka milicja przed niesławną olimpiadą w Moskwie w 1980 r., kiedy to oczyszczono stolicę ZSRR z "niepożądanego elementu", przymusowo wywożąc bezdomnych, żebraków i prostytutki daleko poza miasto.

W Polsce też ktoś - tym razem w imię gościnności - przesadził.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl