|
„TP”, Nr 22 (2812), 1 czerwca 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2812/prasazagraniczna.php
Prasa zagraniczna
Rijad - Waszyngton: koniec pewnej ery
W atakach Al-Kaidy w Rijadzie (12 maja) zginęło aż siedmiu Saudyjczyków - tym samym
upadł mit, że organizacja ta poprzez swe okrutne dzieło broni islamskiej wiary. Zapewne
w ojczyźnie bin Ladena zmieni się teraz wiele: pod presją opinii publicznej Saudowie
zerwą z podwójną grą, czyli jednoczesnym sojuszem z fundamentalistami i bin Ladenem
oraz z Ameryką. Są już zresztą pierwsze tego dowody: władze najpierw przyznały, że
na podległym im obszarze działają co najmniej trzy komórki operacyjne Al-Kaidy, potem
udaremniły kolejny zamach (na wzór tego z 11 września) i efektywnie współpracują z
wywiadem USA. Brytyjski tygodnik "THE ECONOMIST" (17-23 maja) przewiduje, że
zamachy w Rijadzie oznaczają jeszcze jedno: koniec pewnej ery w amerykańsko-arabskich
relacjach dyplomatycznych.
W Białym Domu przez lata największe sukcesy odnosiły lobby żydowskie i saudyjskie.
Podczas gdy siła tego pierwszego opierała się na zdolności do mobilizacji wyborców żydowskiego
pochodzenia i gromadzenia niezbędnych funduszy, Saudowie polegali na bliskich kontaktach
z najważniejszymi ludźmi w państwie, a konkretnie na wpływach jednego człowieka -
ambasadora Arabii Saudyjskiej, księcia Bandara bin Sultaniego. Towarzyski urok, bogactwo,
doskonały angielski z cytatami z Thomasa Jeffersona i odniesieniami do futbolu amerykańskiego
(Sultani jest kibicem klubu Dallas Cowboys) - wszystko to sprawiało, że Saudyjczyk był
nie tyle zwykłym oficjelem, co prawdziwym twórcą polityki międzynarodowej (pośredniczył
między administracją Clintona a przywódcami Syrii i Autonomii Palestyńskiej, przekonał
Kadafiego do wydania sprawców zamachu nad Lockerbie). W sierpniu ub. roku w każdej
saudyjskiej gazecie można było znaleźć zdjęcie przedstawiające George'a W. Busha i
czterech zagranicznych gości zaproszonych na teksańskie ranczo prezydenta. Z tej czwórki
tylko Bandar nie był premierem rządu.
Już wtedy było jednak jasne, że blask książęcej władzy (jak i jego kraju) wygasa -
w końcu, jeśli żyjesz tylko dzięki osobistym koneksjom, umierasz razem z nimi. Ochłodzenie
nadeszło razem z administracją Clintona, choć książę Bandar nadal miał nadzieję,
że elekcja młodszego Busha przywróci dobre czasy. Książę zaczął jednak tracić wpływy
także w ojczyźnie: król Fahd, wuj Bandara, którego ambasador znał na wylot, przekazał
kontrolę nad państwem księciu Abdullahowi - a z tym Bandar nie miał tak bezpośrednich
kontaktów. Rodzinne kłótnie okazały się niczym przy dyplomatycznym skandalu, jaki
wybuchł w lecie 2001 r., gdy prezydent Bush odmówił zaangażowania się w proces
pokojowy na Bliskim Wschodzie. Książę Abdullah dostarczył przez Bandara zaskakującą
wiadomość: rząd saudyjski jest gotów dokonać zasadniczej zmiany w relacjach z Ameryką.
"Co wy k... robicie? - miał zapytać ambasadora zdumiony Colin Powell. - Wszystkich
wystraszyliście". "Nie dbam o to - odparł książę do byłego partnera w
squashu. - Sami jesteśmy przestraszeni". Co prawda w liście do Abdullaha Bush
zapewnił go później o amerykańskiej przyjaźni i po raz pierwszy poparł powstanie
Palestyny, jednak straty dyplomatyczne były ogromne. Od tego czasu Bandar częściej niż
w Waszyngtonie bawił w Aspen, Rijadzie czy Londynie. Wkrótce okazało się, że 15 z 19
porywaczy samolotów, które uderzyły na WTC i Pentagon, było Saudyjczykami, a kwota
przekazana przez żonę Bandara na cele charytatywne wylądowała na kontach... Al-Kaidy.
Po zamachach w Rijadzie Saudowie próbowali ocieplić relacje, dowodząc, że oni też
padli ofiarą terroru. Amerykanie uznali jednak, że Arabowie są po prostu niezdolni do
poradzenia sobie z terrorystami we własnym kraju. Nie oznacza to, że współpraca między
dwoma krajami zupełnie się załamała: wycofanie wojsk USA z Arabii usunie jedną z
przyczyn nieporozumień; arabski i amerykański wywiad będą świetnie współdziałały.
Ale - stwierdza "The Economist" - w dziedzinie dyplomacji stare metody, dzięki
którym Saudowie wywierali tak duży wpływ na Waszyngton, przepadły i na razie nie
bardzo wiadomo, co mogłoby je zastąpić.
MF
© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl
|