|
Niewłaściwe pytanie
O. Karol Meissner OSB
Pytanie Artura Sporniaka powinno zostać odwrócone i brzmieć: dlaczego uciekanie się do
antykoncepcji miałoby być dopuszczalne moralnie? Jakie dobro chce osiągnąć człowiek
uciekając się do sztucznej regulacji poczęć? Czy sztuczna regulacja poczęć czyni człowieka
dobrym?
Problematyka etyki życia małżeńskiego, w tym także i antykoncepcji, była w Polsce
dyskutowana jeszcze przed encykliką Pawła VI, a potem już po jej ogłoszeniu. Grupa
teologów, których gromadził przy sobie kard. Karol Wojtyła, sporządziła obszerne
opracowanie, wręczone w 1968 r. przez kardynała papieżowi. Na życzenie Metropolity
Krakowskiego ta sama grupa teologów opracowała komentarz do encykliki Pawła VI,
opublikowany w urzędowym czasopiśmie krakowskiej Kurii w 1969 r. Ponadto w r. 1976 z
inicjatywy kard. Wojtyły zorganizowana została w Krakowie sesja naukowa poświęcona
problemowi antykoncepcji. Materiały z tej sesji wydrukowane zostały w tomie zatytułowanym
"Specjalistyczne aspekty problemu antykoncepcji". Analogiczna sesja została
zorganizowana przez Instytut Jana Pawła II w Lublinie, z okazji 20. rocznicy ogłoszenia
encykliki "Humanae vitae". W tych pracach można znaleźć szereg myśli,
stanowiących odpowiedź na problemy wskazywane przez Sporniaka. Te pytania bowiem i ta
argumentacja były już podnoszone i obszerne odpowiedzi były już dawane.
Zachęcony wszakże do podzielenia się swoimi przemyśleniami po ponad 30 latach od pracy
z prof. Bolesławem Suszką nad książeczką "A tak już nie są dwoje, lecz jedno
ciało", o której pisze Artur Sporniak, czynię to ze świadomością, że dziś
ludzie niesłychanie lekceważąco odnoszą się do życia płciowego (wydaje się, że
bardziej leceważąco niż trzydzieści lat temu). Skądinąd tak często spotykamy ludzi,
dla których wszystko stało się względne, nawet oni sami, ludzkie życie, wartość
osoby, sens życia, rodzina, nie mówiąc już o takich wartościach jak miłość, godność
osobista (honor) czy ojczyzna. Trudność w podejmowaniu rozmów na tematy etyczne polega
na tym, że wymagają one z konieczności odwoływania się do wyższych wartości, a te
wartości tak często dzisiaj są poddawane wątpieniu.
Przypomnijmy na wstępie, że przedmiotem etyki jest analiza czynu ludzkiego, a więc działania
świadomego i wolnego, i poddanie go osądowi według kryterium dobra. Ostateczną normą
dobra moralnego jest sam Bóg, który godzien jest czci i uwielbienia, i który obiecuje
nam życie wieczne. Toteż pierwszą rzeczą, na którą pragnę zwrócić uwagę podejmując
rozmowę z Arturem Sporniakiem, jest, że pytanie postawione przez niego na początku jego
rozważań jest niewłaściwe: "Czy zakaz stosowania sztucznej regulacji poczęć można
racjonalnie uzasadnić?". To jest bardzo podstępne pytanie. Zawiera ono w sobie
niebezpieczne założenia. Kto zakazuje? Jeżeli chodzi o życie moralne - pytanie
wskazuje na Boga. Tkwi więc w tym pytaniu założenie, że Pan Bóg zakazuje czegoś, co
nie tylko człowiek może uważać za dobre, ale co jest dla niego dobrem! Hm... To jest
naprawdę błędne założenie. To nie uzasadnienie racjonalne jest kryterium oceny
moralnej, ale konkretne dobro. Jak uzasadnić racjonalnie miłość do żony czy męża?
Czy przykazanie "Nie kradnij!" jest dlatego ścieżką postępowania, że jest
uzasadnialne racjonalnie?
Toteż pytanie wstępne powinno zostać odwrócone. Powinno brzmieć: dlaczego uciekanie
się do antykoncepcji miałoby być dopuszczalne moralnie?
Spróbujmy uczciwie odpowiedzieć na pytania: jakie dobro chce osiągnąć człowiek
uciekając się do sztucznej regulacji poczęć? Czy sztuczna regulacja poczęć czyni człowieka
dobrym? Nie obędzie się tutaj bez zastanowienia się nad tym, kim jest człowiek i jaką
przyjmuje hierarchię wartości? Czy można się pod taką filozofią człowieka podpisać,
czy można ze spokojem sumienia przyjąć taką hierarchię wartości? Czy bylibyśmy szczęśliwi
jako dzieci, gdyby taką hierarchię wartości przyjmowali nasi rodzice? Czy ze spokojem
sumienia możemy taką filozofię człowieka wskazać naszym dzieciom? Czy sztuczna
regulacja poczęć - czyli uciekanie się do postępowania antykoncepcyjnego - jest drogą
do zbawienia? Czy zasługuje na nagrodę życia wiecznego? O co istotnie chodzi osobie sięgającej
we współżyciu małżeńskim po sztuczną regulację poczęć?
Wartość współżycia małżeńskiego
Współżycie płciowe należy do istotnych zadań małżeństwa. Małżeństwo jest
sakramentem, to znaczy środkiem zbawienia, łączącym wierzącego ze zbawczym działaniem
Chrystusa. Zadanie, jakim jest dla małżonków współżycie, winno być wykonane w sposób
uczciwy. Tę uczciwość ślubują Bogu małżonkowie zawierając małżeństwo. Na czym
więc polega uczciwość współżycia małżeńskiego? Autor wskazuje na miłość. Tu
znowu problem. Co rozumieją ludzie przez miłość? Czy jest to wyraz jednoznaczny?
Przecież właśnie miłością jest usprawiedliwiana nietrwałość małżeństwa,
podejmowanie współżycia poza małżeństwem, słowem wiele rzeczy, które nie są w
prawdzie miłością. Mówi św. Jan: "Dzieci, nie miłujmy słowem i językiem, ale
czynem i prawdą" (1 J 3,18). Jakie są więc warunki stawiane przez Prawdę związkowi
małżeńskiemu i istotnemu jego zadaniu, jakim jest współżycie małżeńskie?
"Zgoda małżeńska jest aktem woli, którym mężczyzna i kobieta w nieodwołalnym
przymierzu wzajemnie się sobie oddają i przyjmują w celu stworzenia małżeństwa".
Tak mówi prawo kościelne (kan. 1057). Bardzo ważne to twierdzenie, które wiąże małżeństwo
z pojęciem daru. Jest to zasada powtórzona z dokumentów Soboru Watykańskiego II
(konstytucja "Gaudium et spes", nr 48). Na ten moment zwraca wielką uwagę Jan
Paweł II w swoich wypowiedziach. Wielokrotnie cytował on słowa z "Gaudium et
spes" głoszące, że Pan Jezus "daje znać o pewnym podobieństwie między
jednością osób boskich a jednością synów Bożych zespolonych w prawdzie i miłości.
To podobieństwo ukazuje, że człowiek będąc na ziemi jedynym stworzeniem, którego Bóg
chciał dla niego samego, nie może odnaleźć się w pełni inaczej, jak tylko poprzez
bezinteresowny dar z siebie samego". To, co dotyczy małżeństwa "jako głębokiej
wspólnoty życia i miłości (...) ustanowionej przez Stwórcę i unormowanej Jego
prawami", dotyczy jak najbardziej tego zadania małżonków, jakim jest współżycie.
Współżycie jest znakiem zawartego małżeństwa i tylko w tych warunkach może być
wyrazem miłości. Z drugiej strony winno się w nim odzwierciedlać to, co stanowi istotę
miłości małżeńskiej: wzajemny bezinteresowny dar. Tutaj należy zwrócić uwagę na
pewną właściwość płciowego życia człowieka.
Sens i znaczenie płodności
Szereg myślicieli zwraca uwagę na to, że akt płciowy przedstawia "działanie
wyrazowe", jak mówi Max Scheler. O sensie i znaczeniu płciowości mówią tacy myśliciele,
jak Jean Guitton, Jose Ortega y Gasset, Maurice Merleau-Ponty. Ten wątek podejmuje i
rozwija Jan Paweł II w swoich katechezach dotyczących małżeństwa i życia płciowego.
Zauważmy jednak, że Paweł VI w encyklice "Humanae vitae" przypisuje tej
znaczeniowej funkcji bardzo wielkie znaczenie moralne. Przypomnijmy te słowa (szkoda, że
Autor ich nie przytoczył): "Jeżeli więc ktoś korzysta z daru Bożego pozbawiając
go, choćby tylko częściowo, właściwego mu znaczenia i celowości, działa wbrew
naturze tak mężczyzny jak i kobiety, a także wbrew głębokiemu ich zespoleniu. I właśnie
dlatego sprzeciwia się też planowi Boga i Jego świętej woli" (nr 13). Autor zauważa,
że "współżycie seksualne spełnia w małżeństwie ważną rolę komunikowania miłości".
To prawda, ale trzeba zdawać sobie sprawę z tego, że miłość - to nie czcza
deklaracja. To określony zespół wymagań. Trzeba więc na uciekanie się do
antykoncepcji spojrzeć od tej strony "mowy ciała". Co komunikuje mąż żonie
zakładając prezerwatywę? Co komunikuje żona mężowi zażywając pigułki
antykoncepcyjne albo pozwalając sobie założyć wkładkę domaciczną? Czy są sobie
naprawdę oddani bezinteresownie? Przecież boją się swojej płciowości. Lękają się
czegoś, co jest istotne dla płci: lękają się swej płodności. W gruncie rzeczy nie
akceptują siebie jako istot płciowych, jako męża i żony. Autor przedstawia płodność
jako niepożądaną dramatyczną rzeczywistość małżeństwa. Nie tak wygląda miłość
małżeńska. Nie wierzę ludziom, którzy tłumaczą uciekanie się do antykoncepcji miłością.
Po prostu nie mówią prawdy. Tutaj dotykamy jeszcze jednego aspektu tej problematyki.
Antykoncepcja a stosunek do dzieci
Uciekanie się do antykoncepcji modyfikuje w głęboki sposób stosunek do dzieci w ogóle
i do własnych dzieci w szczególności. Jak można mówić o miłości do dziecka, jeśli
rodzice boją się jego siostry czy brata, jeśli traktują dziecko jako przeszkodę w osiąganiu
jakichś własnych celów? To właśnie cała atmosfera antykoncepcyjna sprawia, że
powszechne odczucie naszej młodzieży jest takie, że czuje się ona niekochana. I nie może
być inaczej. W myślach i uczuciach dziecka tkwi pytanie: czy ono naprawdę było
chciane? Przecież przy propagandzie prezerwatyw mówi się młodym, że prezerwatywa
"broni od choroby i niechcianego dziecka"... Dziewczyna mówi z żalem:
"Znalazłam u rodziców prezerwatywy, a ja tak bym chciała mieć rodzeństwo...".
Spójrzmy na Europę. W Hiszpanii przypada nieco ponad jedno dziecko na małżeństwo. We
Francji podobnie. W Niemczech mówi się otwarcie o Kindfeindlichkeit, o wrogości względem
dziecka. U nas od trzech lat ilość zgonów przewyższa ilość urodzin. Ludzie są przytłoczeni
jakąś filozofią rozpaczy. A przecież z samej swojej natury współżycie małżeńskie
skierowane jest ku przyszłości. Pius XII powiedział kiedyś, że zarówno społeczeństwo,
jak i Kościół w swoim istnieniu zależą od płodnego małżeństwa. Nie wierzę w miłość
do dzieci tych rodziców, którzy uciekają się do antykoncepcji. Po prostu mówią
nieprawdę. Ich dzieci nie czują się kochane. Zapytane, nie będą miały śmiałości
powiedzieć tego rodzicom. Ale doskonale wyczuwają atmosferę wrogości wobec dziecka.
Autor zapytuje o istotną różnicę między uciekaniem się do antykoncepcji a
podejmowaniem stosunków niepłodnych - w odpowiedzialnym rodzicielstwie. Różnica jest
istotna. Wszelki stosunek antykoncepcyjny został pozbawiony właściwego mu znaczenia i
celowości. Wyraża w otwarty sposób niechęć do dziecka, które nie jest i nie może być
traktowane jako dar Boży. Nic dziwnego, że jeśli się pojawi, zostanie potraktowane z
agresją nawet do krańcowej jej formy, jaką jest zabójstwo. Współżycie małżeńskie
w okresie niepłodnym jest takie samo, jak to, które dało początek dzieciom już żyjącym.
Właśnie znaczeniowa funkcja płci i współżycia wyznacza istotną różnicę między
postępowaniem antykoncepcyjnym a posługiwaniem się w kierowaniu płodnością
zjawiskiem cyklicznej płodności małżeństwa przy zachowaniu normalności zbliżenia.
Warto tu przypomnieć wspomniany komentarz do encykliki "Humanae vitae". Na jego
marginesie można dokonać następujących spostrzeżeń: Stosunek seksualny jest jednym
aktem osób ludzkich. W swej strukturze jest złożony, ma dwa istotne elementy
("HV" nr 12), dwojakie przeznaczenie ("HV" nr 11) i dwojakie znaczenie
("HV" nr 12). Ta struktura nadaje stosunkowi małżeńskiemu całe jego bogactwo
i godność. Jedność ta, mając swe źródło w stwórczym zamyśle Boga ("HV"
nr 12), jest podstawą nierozdzielności poszczególnych elementów stosunku. Zatem człowiekowi
nie wolno spowodować niepłodności stosunku, chociaż wolno mu podjąć stosunek niepłodny,
bowiem moralna prawidłowość aktu nie zależy od powstania nowego życia - jako skutku
aktu - lecz od struktury aktu.
Domówienie
Trzeba sobie ponadto zdawać sprawę, że dyskusja na tematy moralne życia małżeńskiego
nie jest czystym poszukiwaniem prawdy. Stoimy bowiem wobec potężnej propagandy szukającej
w podważaniu sensu życia płciowego po prostu interesu. Przypuśćmy, że małżeństwo
jest ze sobą np. sześćdziesiąt razy w roku. Pomnóżmy to przez 5 milionów małżeństw
płodnych w Polsce. Gdyby uciekały się one do używania prezerwatyw, to musiałyby
zakupić 300 milionów prezerwatyw. Podobno 50 milionów kobiet na świecie stosuje pigułki
antykoncepcyjne. 200 pigułek rocznie dla 50 milionów kobiet. Przecież to jest niewyobrażalnie
duży interes. Jedno opakowanie takiego środka (na miesiąc) kosztuje ponad 20 zł. Gdyby
wszystkie małżeństwa nauczyły się żyć uczciwie, to wielki kapitał chemiczny poniósłby
duże straty. Toteż bezwzględnie walczy o swoje dochody, nie zważając oczywiście na
wartości moralne.
|