|
W kleszczach (nie-)pamięci: dyskusje polsko-polskie
i polsko-ukraińskie przed 60. rocznicą Wołynia
Krzyże z Przebraża
Tomasz Potkaj
Czy Polakom i Ukraińcom uda się spotkać nad mogiłami pomordowanych? Czy gesty polityków
zastąpią przebaczenie płynące z potrzeby serca? Mimo wysiłków historyków pamięć o
wołyńskiej tragedii wciąż jest inna po obu stronach. Zapewne nie zmienią tego
rozpoczynające się właśnie pod patronatem prezydenta Polski oficjalne obchody 60.
rocznicy eksterminacji Polaków na Wołyniu i kresach południowo-wschodnich.
W niedzielę 11 lipca 1943 r. od rana padało. Gęsty deszcz zniechęcił wielu ludzi do
udziału w niedzielnej sumie, toteż w renesansowej kolegiacie w miejscowości Kisielin w
wołyńskim powiecie Horochów zgromadziło się nie więcej niż 150 osób. "Jeszcze
przed nabożeństwem dostrzegłem w pobliżu kościoła jakichś obcych ludzi, ale nikt
nie zwrócił na nich specjalnej uwagi (...). Po nabożeństwie na dziedzińcu zaroiło się
od czarnosotennych. Ludzie momentalnie zawrócili do kościoła. Wtedy bandyci otworzyli
ogień. Ci, którzy nie zdążyli cofnąć się w porę, padli w czasie tej pierwszej
strzelaniny" - wspominał świadek Sławomir Dąbski, po wojnie nauczyciel szkoły
muzycznej w Lublinie.
Około stu osób ukryło się na plebanii, reszta postanowiła poddać się, licząc na
litość napastników. Ale 11 lipca 1943 r., w dniu prawosławnego święta świętych
Piotra i Pawła, w Kisielinie nie było litości. "Na dole banderowcy zaczęli
mordować tych, co się poddali. Na dziedziniec kościelny drzwiami z kaplicy wyszło
kilkanaście osób, obok nich eskorta. Szli za dzwonnicę tą samą drogą, jaką zawsze
chodzili w procesji" - relacjonował inny świadek, Włodzimierz Sławosz Dębski. Po
chwili ukryci na plebanii usłyszeli salwy.
Tego dnia w Kisielinie oddział Ukraińskiej Armii Powstańczej (UPA) zamordował 90 Polaków.
Było to apogeum terroru: między 11 a 15 lipca oddziały UPA i OUN (Organizacja Ukraińskich
Nacjonalistów) zaatakowały równocześnie 167 zamieszkanych przez Polaków miejscowości
na terenie trzech wołyńskich powiatów: horochowskiego, łuckiego i włodzimierskiego.
Raport niemieckiego kontrwywiadu z 13 lipca informował krótko: "Nacjonaliści ukraińscy
prowadzą na Wołyniu eksterminację ludności polskiej; ruch banderowski unicestwia
polskich osadników na Wołyniu".
Wokół Wołynia
"I Ukraińcy, i Polacy mają własny pogląd na wspólną historię, naznaczony
gorzkim doświadczeniem krzywd, pacyfikacji i przymusowych przesiedleń" - przypomina
kard. Lubomyr Huzar, zwierzchnik ukraińskiego kościoła greckokatolickiego, w liście
,,do polskich i ukraińskich sąsiadów, braci w Chrystusie". ,,A tej historii nie można
zmienić, napisać od nowa ani jej negować. Pamięć historyczna, tak obciążona
negatywnymi emocjami, ciąży nad nami i dziś".
 |
 Betonowe krzyże w Przebrażu |
|
Warto dodać: ciąży szczególnie w przeddzień 60. rocznicy tragedii na Wołyniu. Ale ciąży
tylko nad tymi, którzy chcą pamiętać. Jak wynika z badań, o zbrodni na Wołyniu wie
zaledwie 48 proc. Ukraińców. Młodzi przeważnie nic nie wiedzą. Wśród tych, którzy
wiedzą, blisko połowa twierdzi, że winę za tragedię ponoszą zarówno Ukraińcy, jak
i Polacy. 40 proc. nie chce, by Ukraińcy przepraszali Polaków za Wołyń...
O Wołyniu pisze się dziś w ukraińskich mediach często, ale niektóre artykuły budzą
konsternację. W lwowskiej gazecie ,,Arka" publicysta Jurij Pidlinskij stwierdza:
,,Polscy historycy twierdzą, że liczba ofiar tragedii wołyńskiej, jak nazywają
wydarzenia sprzed 60 lat, wynosi 15-30 tys. zamordowanych".
Po pierwsze: liczbę ofiar nasi historycy szacują na 50-60 tys., po drugie - dobrze by się
stało, gdyby ukraińscy historycy i publicyści w ślad za polskimi kolegami też uznali
wydarzenia sprzed 60 lat za tragedię. Pidlinski pisze dalej: ,,Niektóre polskie
ugrupowania mówią o 300 tys. zamordowanych" (sic!). Nieporozumienia okazują się głębsze
niż spory wokół liczby ofiar i podważają sens wysiłków zmierzających ku
pojednaniu. Choć autor stwierdza: ,,przeprosiny to moralny imperatyw, nie podlegający
dyskusji", lecz niepokoi go forma i sens, w jakiej ich się wymaga". Niepokoi
go, iż władze RP ,,zażądały od prezydenta Ukrainy oficjalnych przeprosin", bo to
szantaż ,,w kontekście rozszerzenia UE i przekształcenia granicy polsko-ukraińskiej we
wschodnią granicę Unii. Polska nieraz oświadczała, że europejska integracja Ukrainy
uzależniona jest od przeprosin za Wołyń". Że Polska Ukrainy nie szantażuje i że
Pidlinskij błędnie interpretuje nasze oczekiwania - czytelnikom "TP" tłumaczyć
nie trzeba.
Pidlinskij pisze dalej, że Polacy stawiają znak równości pomiędzy Ukraińcami a członkami
OUN-UPA (skąd ta pewność?) i rzeczywistość wojenną redukują do stereotypu: dobrzy
Polacy i źli Ukraińcy. Uznanie organizacji nacjonalistycznych winnymi zbrodni ludobójstwa,
twierdzi, oznacza, że o niepodległość Ukrainy walczyły ugrupowania bandyckie. Ergo:
,,Idea walki niepodległościowej wydaje się przestępstwem, a państwo polskie - obrońcą
status quo". Pidlinskij twierdzi, że ideę tę lansuje polski MSZ...
Podkreślmy: autor uważa, że przeprosiny to moralny imperatyw, dodając, że i Polska
powinna przeprosić - za międzywojenne winy wobec Ukraińców. Ale czy w istocie chodzi
mu o prawdę historyczną czy o coś więcej? Jeśli o prawdę, co znaczą słowa: ,,Czy
warto przypominać, kto zaczął pierwszy" bratobójczą walkę? Chyba warto - w imię
przyszłych stosunków, bo prawda nie pogłębi konfliktu między Polakami i Ukraińcami -
jak twierdzi Pidlinskij - lecz pomoże przezwyciężyć wzajemne urazy. Czy bez prawdy możliwe
jest wzajemne przebaczenie?
Nikt w Polsce nie kwestionuje ukraińskiej niepodległości i jej sensu nie podważy wcale
prawda o OUN-UPA.
Pidlinskij jednak pisze: ci, którzy twierdzą, że działania nacjonalistów walczących
o ukraiński Wołyń były nielegalne, chcą tym samym powiedzieć, że dzisiejsza
niepodległość Ukrainy ,,jest chimerycznym zbiegiem historycznych uwarunkowań".
Kto jak kto, ale Polska i jej racja stanu nie uznają Ukrainy ani za chimerę, ani za
prowizorium. Pidlinskij dalej pisze: Polska, jako członek NATO, a wkrótce UE, czuje swoją
przewagę nad Ukrainą, zwraca się do niej z pozycji silniejszego; obecność Ukrainy w
europejskich strukturach zależy od przychylności Polski A to mit, szkodliwy mit - uważa
publicysta "Arki".
Dlaczego warto zauważać poglądy takie, jak autora ,,Arki"? Nie po to, by się nad
nim pastwić, lecz by zrozumieć, dlaczego ukraińscy pobratymcy niechętnie pamiętają o
tragedii sprzed 60 lat. A przy okazji: ,,Arka" jest pismem greckokatolickim. Do jej
czytelników zwracał się m.in. kard. Huzar. Czy grekokatolicy wsłuchali się uważnie w
głos swego zwierzchnika? Czy pamiętają, co przed dwoma laty mówił na Ukrainie Jan
Paweł II: ,,Niech pamięć o przeszłości nie stanowi dziś przeszkody na drodze
wzajemnego poznania"?
Jan Strzałka |
|
Sądzony po wojnie przez sowiecki sąd Ohorodniczuk-Nikołaj Kwilkowśkij zeznał podczas
śledztwa: "12 lipca 1943 r. rano razem z grupą UPA liczącą około 20 ludzi wszedłem
w czasie Mszy do kościoła (w Porycku) iwanickiego rejonu, gdzie w ciągu 30 minut wraz z
innymi zabiliśmy obywateli narodowości polskiej. W czasie tej akcji zabito 300 ludzi, wśród
których były dzieci, kobiety i starcy. Po zabiciu ludzi w kościele udałem się z grupą
do położonej w pobliżu wsi Radowicze oraz polskich kolonii Sadowa i Jeżyn, gdzie wziąłem
udział w masowej likwidacji ludności polskiej. W wymienionych koloniach zabito 180
kobiet, dzieci i starców. Wszystkie domy spalono, a mienie i bydło rozgrabiono".
Inny członek UPA, Arsenij Bożewśkij, opowiadał przed sądem: "W lipcu 1943 r.
nasz oddział przybył do byłej posiadłości hrabiego Koszewskiego, gdzie mieszkało około
100 Polaków, których zlikwidowaliśmy bezlitośnie przy użyciu broni palnej i białej.
Zlikwidowaliśmy całe rodziny nie oszczędzając starców, kobiet i dzieci. Dzieci płakały,
kobiety-matki prosiły, aby pozostawić ich dzieci przy życiu. Ale nie zwracaliśmy na te
prośby uwagi i zabijaliśmy je używając do tego broni i noży".
Wedle ustaleń Ewy i Władysława Siemaszków, autorów monumentalnej - dwa tomy, 1500
stron druku - książki "Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na
ludności polskiej Wołynia 1939-45", cały bilans ofiar wołyńskiej tragedii po
polskiej stronie to 50-60 tysięcy zamordowanych, z czego 19,5 tysiąca udało się
zidentyfikować z imienia i nazwiska. Jeśli doliczyć ok. 20-25 tysięcy ofiar z
przedwojennych województw lwowskiego, tarnopolskiego i stanisławowskiego oraz kilka tysięcy
z terenów południowo-wschodniej Polski w jej dzisiejszych granicach, bilans strat zamyka
się liczbą około 100 tysięcy zabitych.
Bilansu ofiar po stronie ukraińskiej nie ma. Narodowa Akademia Ukrainy od kilku lat
prowadzi własne badania na ten temat. Co jakiś czas w ukraińskiej prasie pojawiają się
apele o dostarczanie świadectw, mających ukazać wołyńską tragedię od drugiej
strony. Część historyków przyjmuje, że "z rąk polskich" w latach 1939-47 -
a więc łącznie z "Akcją Wisła" - zginęło kilka, może nawet kilkanaście
tysięcy Ukraińców.
Wtedy, latem 1943 r., Sławomir Dębski wskutek odniesionych ran stracił nogę. Do
szpitala odwieźli go dwaj znajomi Ukraińcy. Za pomaganie Polakom ze strony UPA groził
wyrok śmierci. W pracy Siemaszków jest mowa o 250 znanych przypadkach pomocy udzielonej
Polakom. Wiadomo, że dla 167 Ukraińców skończyło się to śmiercią - z rąk rodaków.
Po wojnie przez dziesięciolecia nad wołyńską tragedią zalegała cisza. Nie uczono o
niej w szkołach ani na uniwersytetach. Pamięć trwała jedynie wśród tych, którzy to
widzieli i wśród ich rodzin. Oni też, świadkowie, a nie zawodowi historycy, wykonali
największą pracę dokumentacyjną, aby pamięć nie zaginęła. Świadectwo prawdy było
dla nich rodzajem moralnej powinności.
Inicjatywa wyszła ze środowiska kombatantów z 27. Wołyńskiej Dywizji Armii Krajowej w
połowie lat 80. Impulsem był wywiad prasowy, w którym pewien profesor historii
Uniwersytetu Warszawskiego stwierdził, że AK na Wołyniu mordowała niewinne kobiety i
dzieci. Wołyniacy chcieli oddać sprawę do sądu, ale zorientowali się, że nie mają
żadnych dowodów, żadnych relacji, że mogą przeciwstawić tylko własną pamięć.
- Wtedy zrozumieliśmy, że jeśli sami nie zbierzemy dokumentacji losu Polaków na Wołyniu,
nikt tego nie zrobi, a pamięć po ofiarach zbrodni nigdy nie będzie uczczona - opowiada
Andrzej Żupański, przez wiele lat sekretarz, a dziś przewodniczący Okręgu Wołyńskiego
Światowego Związku Żołnierzy AK. - Rozesłaliśmy więc apel do naszych członków w
Polsce i w ciągu kilkunastu kolejnych miesięcy mieliśmy kilkaset spisanych świadectw.
Ze świadectw tych powstała broszura "Zbrodnie nacjonalistów ukraińskich dokonane
na ludności polskiej na Wołyniu 1939-45", wydana w 1990 r. (autorzy: Jan Turowski i
Władysław Siemaszko).
Dalsze prace przez kolejne 10 lat prowadził Siemaszko z córką Ewą.
W poszukiwaniu dokumentów i relacji Siemaszkowie przeczesywali archiwa, czytali akta
procesowe sądzonych po wojnie członków UPA, docierali do świadków.
Zabezpieczanie śladów
Wołyń obecny jest także w biografii Władysława Siemaszki. Urodzony w 1919 r., był żołnierzem
27. Dywizji AK i do 1944 r. żył na Wołyniu. Wcześniej, w 1940 r., sowiecki sąd skazał
go na karę śmierci (zamienioną na 10 lat łagru). Siedział w więzieniu w Łucku, gdy
w czerwcu 1941 r. III Rzesza zaatakowała ZSRR i w więzieniach położonych na terenie
okupacji sowieckiej cofające się oddziały NKWD rozpoczęły systematyczne mordowanie więźniów
uważanych za "politycznych". Siemaszko przeżył taką masakrę w Łucku.
W 1945 r. aresztowany ponownie przez Sowietów i przekazany polskim władzom
komunistycznym, spędził w więzieniu kolejne dwa lata. Potem, w PRL, pracował jako
radca prawny.
- Dlaczego to zrobiliśmy? - Ewa Siemaszko, córka Władyslawa, powtarza pytanie. - Bo
naszym obowiązkiem było danie świadectwu prawdzie, skoro nikt inny nie chciał tego
zrobić.
To samo mówiła, kiedy jesienią ubiegłego roku odbierała przyznaną po raz pierwszy
Nagrodę im. Józefa Mackiewicza. Ewa Siemaszko od początku określa zbrodnie popełnione
na Polakach mianem ludobójstwa (zgodnie z definicją Konwencji ONZ z 1948 r.) i nie
przyjmuje do wiadomości żadnych innych słów, jakimi określa się tę zbrodnię.
Dla części ukraińskich historyków takie określenie jest nie do przyjęcia, choć
trudno zakwestionować im dane zawarte w tej pracy: Władysław i Ewa Siemaszkowie
udokumentowali zbrodnie popełnione na Polakach w 1721 wsiach, osadach i miasteczkach Wołynia
- mniej więcej w połowie ówcześnie istniejących jednostek administracyjnych.
Ich praca będzie kontynuowana.
"Wstrząsające szczegóły"
Kiedy Ewa Siemaszko odbierała w imieniu swoim i ojca Nagrodę im. Mackiewicza, w mediach
pojawiły się pierwsze przecieki, że w 2003 r. odbędą się oficjalne obchody 60.
rocznicy masakr na Wołyniu. 13 lutego tego roku prezydent Aleksander Kwaśniewski
zakomunikował, że obejmuje nad nimi oficjalny patronat. Nie powołano żadnego komitetu.
Sprawą obchodów zajmuje się szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego i bliski współpracownik
prezydenta Marek Siwiec.
- Czekaliśmy na tę chwilę 60 długich lat - mówi Andrzej Żupański. - Mijały kolejne
rocznice, a nigdy wcześniej ani władze PRL, co poniekąd zrozumiałe, ani władze III
Rzeczypospolitej, co już niepojęte, nie wypowiedziały się w sprawie 100 tys. polskich
obywateli, zamordowanych przez nacjonalistów ukraińskich, nie oddały im hołdu.
Nawet po 60 latach Andrzej Żupański nie potrafi ukryć emocji. Żołnierz AK, na Wołyniu
znalazł się wiosną 1944 roku, kiedy Okręg Warszawski AK postanowił wesprzeć wołyńską
konspirację AK-owską, osłabioną najpierw deportacjami sowieckimi, potem wywózkami na
roboty do Niemiec, wreszcie ukraińskimi masakrami. Oddział Żupańskiego raz tylko
walczył z Ukraińcami, potem 27. Dywizja AK prowadziła działania głównie przeciwko
Niemcom.
Ale bitwę tę Żupański zapamiętał może najbardziej: - Rozbiliśmy oddział UPA pod
Korytnicą - wspomina. - Nigdy wcześniej nie zetknąłem się z taką zaciekłością wśród
żołnierzy AK. Moi koledzy z oddziału, pochodzący z Wołynia, zabijali wszystkich Ukraińców
z UPA, nie brano żadnych jeńców. Kiedy próbowałem oponować, odpowiedzieli mi, żebym
się nie wtrącał. Wcześniej słyszałem tylko, że na Wołyniu działy się straszne
rzeczy, ale dopiero wtedy usłyszałem wstrząsające szczegóły. I to opowiadane przez
ludzi, którym UPA wymordowała całe rodziny. Zrozumiałem: to była ich zemsta.
Innym razem jego oddział AK zatrzymał dwóch Ukraińców, ojca i syna. Nie mieli broni.
Kiedy zobaczyli akowców, sami zaczęli gotować się na śmierć. Zanim ich zastrzelono,
kazano im zdjąć koszulę, spodnie, a na koniec buty.
Potem plutonowy "Podkowa" opowiedział Żupańskiemu o masakrze Huty Stepańskiej,
w której zginęła jego rodzina.
Dwie pamięci
W archiwum państwowym obwodu wołyńskiego w Łucku wśród wielu dokumentów znajduje się
tajna dyrektywa północnego dowództwa UPA podpisana przez jego komendanta płk. Romana
Dmytra Klaczkiwskiego. Dyrektywa brzmi: "Powinniśmy przeprowadzić wielką akcję
likwidacji polskiego elementu. Przy wycofywaniu wojsk niemieckich należy wykorzystać ten
dogodny moment dla zlikwidowania całej ludności w wieku od 16 do 60 lat (...). Leśne
wsie oraz wsie położone obok leśnych masywów powinny zniknąć z powierzchni
ziemi".
Choć Klaczkiwski kierował eksterminacją Polaków, jego pamięć w wielu środowiskach
na Ukrainie jest czczona. W Zbarażu, gdzie się urodził, stoi jego pomnik; rada obwodowa
w Równem wystąpiła o przyznanie mu tytułu "Bohatera Ukrainy". Nie dlatego,
że jego oddziały mordowały Polaków, ale za to, że oddał życie za niepodległą
Ukrainę: zginął w 1945 r., otoczony przez NKWD. Pomnik ma także Roman Szuchewycz
(pseudonim "Taras Czuprynka"), oficer w niemieckim batalionie Nachtigall, od
jesieni 1943 dowódca UPA. Pomnik stoi w Biłhoroszczy koło Lwowa, gdzie Szuchewycz zginął
w marcu 1950 r. w walce z Sowietami. W ubiegłym roku na 60. rocznicę powstania UPA rząd
Ukrainy przygotował projekt ustawy, uznającej UPA za stronę walczącą w II wojnie światowej,
a jej członkom nadający status weteranów wojennych (protest w tej sprawie złożyło
rosyjskie MSZ).
Zbiorowa pamięć Polaków i Ukraińców o Wołyniu różnią się. Jarosław Hrycak,
ukraiński historyk młodszego pokolenia, tak pisze w wydanej po polsku "Historii
Ukrainy": "Przedstawianie strony ukraińskiej wyłącznie jako rezunów, a
polskiej jako ofiar, nie odpowiada prawdzie. Było to starcie dwóch nacjonalizmów,
posiadających długą listę wzajemnych krzywd i nienawiści. Żadna ze stron nie była
ani całkowicie niewinna, ani winna. Gorzka prawda polega na tym, że ci, którzy byli
rezunami w jednym przypadku, stawali się ofiarami w innym".
Ukraińscy i polscy historycy znają wiele takich przypadków: tylko w powiecie
hrubieszowskim od maja 1943 do maja 1944 polskie oddziały partyzanckie spacyfikowały 52
wsie ukraińskie, zabijając 4 tys. mieszkańców. Według relacji proboszcza ukraińskiej
wsi Sahryń, spalonej przez tomaszowskie oddziały AK w nocy z 9 na 10 marca 1944 r., zginęło
tam 600-800 osób, głównie kobiet i dzieci. Po walce dowódca ukarał winnych rabunków
i mordów dokonanych na ludności cywilnej. Na jednym z żołnierzy AK wykonano wyrok, bez
sądu.
Próba rozmowy
W czerwcu 1994 r. w Podkowie Leśnej ośrodek "Karta" zorganizował pierwszą
konferencję naukowców polskich i ukraińskich, poświęconą historii wzajemnych stosunków
w czasie II wojny światowej. Temperatura dyskusji i różnice w poglądach pokazały, że
idea jest warta kontynuowania. Dwa lata później odbyło się pierwsze seminarium
polsko-ukraińskie "Polska-Ukraina: trudne pytania", zorganizowane przez Światowy
Związek Żołnierzy AK oraz Związek Ukraińców w Polsce.
Choć przez pięć kolejnych lat odbyło się dziesięć spotkań - po ósmym seminarium,
poświęconym "Akcji Wisła", Związek Ukraińców wycofał się z ich
organizowania - i historycy polscy i ukraińscy są zgodni w kwestii samych faktów, to różnią
się nadal w ich interpretacji.
- Jednak niektórzy historycy, przykładowo profesor Serhijczuk, próbują ukryć
wstydliwe fakty - mówi dr Grzegorz Motyka, historyk z lubelskiego Instytutu Pamięci
Narodowej, znawca tematu i uczestnik tych seminariów. - Uważają oni, że wobec braku
bezpośredniego dowodu, czyli rozkazu wymordowania Polaków, nie można o niczym przesądzać.
Niekiedy górę biorą argumenty pozanaukowe: stwierdzenie, że UPA dokonywało zbrodni
ludobójstwa wiąże się z określonymi konsekwencjami, także politycznymi. Ale same
seminaria były oczywiście niezwykle ważne. Po raz pierwszy stworzyły okazję, by
polscy i ukraińscy historycy poznali i siebie i swoje poglądy.
"Historycy ukraińscy uważają - brzmiał więc komunikat z ostatniej konferencji -
że usunięcie Polaków z Wołynia było odpowiedzią na bezkompromisową politykę
polskiego rządu na emigracji w Londynie, realizowaną przez Delegaturę Rządu i polskie
formacje zbrojne, w kwestii przyszłej granicy polsko-ukraińskiej oraz odpowiedzią na
kolaborację części ludności polskiej z władzami niemieckimi i sowieckimi skierowaną
przeciw Ukraińcom, a także na polski terror wobec Ukraińców na Chełmszczyźnie począwszy
od 1942 roku".
Pod protokołem rozbieżności podpisało się 21 historyków ukraińskich i 18 polskich.
Wśród polskich jest nazwisko prof. Władysława Filara, w 1944 r. oficera 27. Dywizji
AK.
Wśród ukraińskich Jewhena Stachiwa, w 1944 r. działacza OUN.
Betonowe krzyże
Przebraże to wieś, 25 kilometrów od Łucka. Przed wojną liczyła dwa tysiące mieszkańców.
Wraz z sąsiednimi wioskami i koloniami - Mostami, Chołopinami, Jaźwinami, Majdanem
Jezierskim, Zagajnikiem i Wydranką - tworzyła duże sołectwo, ciągnące się na
przestrzeni pięciu kilometrów.
Z istniejących w lipcu 1943 roku 128 ośrodków polskiej samoobrony na Wołyniu -
zorganizowanego, zbrojnego oporu przeciwko napadom UPA - Przebraże było największe.
Mimo licznych prób, oddziałom UPA przez kilkanaście miesięcy nie udało się zdobyć
wsi, bronionej przez pięciuset uzbrojonych żołnierzy AK i wspomaganych przez oddział
partyzantów sowieckich. Bronili 10 tysięcy Polaków z okolicznych miejscowości, którzy
schronili się tutaj. Doczekali nadejścia Armii Czerwonej. To polsko--sowieckie
braterstwo broni - dobrze widziane w PRL - sprawiło, że wspomnienia komendanta Przebraża
Henryka Cybulskiego ukazały się oficjalnie w latach 60. i były wielokrotnie wznawiane
(tytuł: "Czerwone noce").
Dziś Przebraża nie ma na mapie. Miejscowość ta nazywa się Hajowe, dawne polskie
kolonie nie istnieją. Na skraju wsi, w szczerym polu, istnieje za to mały cmentarz. Tuż
za bramą, po obu stronach stoi rząd czternastu betonowych krzyży, na których wyryto
nazwy miejscowości i wsi, które tworzyły ośrodki samoobrony Polaków. W centralnym
punkcie duży, metalowy krzyż. Czasem kwiaty pod nim złożą miejscowi, czasem
przyjedzie grupa z Polski. Niepełna lista pochowanych na tym cmentarzu wynosi 90 osób:
70 zamordowanych przez UPA, 13 poległych w walce w obronie Przebraża, kilku zmarłych z
powodu chorób.
Andrzej Przewoźnik, przewodniczący Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, zna ten
cmentarz. To w jego sprawie wielokrotnie podróżował z Warszawy do Lwowa i Łucka.
Kwestia terminu poświęcenia nekropolii była dopinana do ostatniej chwili. Jeszcze w połowie
lat 90. miejscowe władze nie pozwoliły na przyjazd do Przebraża kilkusetosobowej grupy
polskich kombatantów i poświęcenie krzyży.
Teraz poświęcenie cmentarza ma być pierwszym punktem zaplanowanych na wiele tygodni
obchodów 60. rocznicy Wołynia. Ich kulminacyjnym momentem będzie spotkanie prezydentów
Polski i Ukrainy w Porycku: w tym miasteczku 11 lipca 1943 r. oddziały UPA zmasakrowały
polską ludność zgromadzoną w kościele.
Krok w przód, krok w tył
W lutym tego roku prezydent Ukrainy Leonid Kuczma powiedział, że zbrodnie przeciw ludzkości
nie mogą zostać usprawiedliwione. Czy także ta dokonana w Porycku? W tekście
opublikowanym na początku kwietnia w ukraińskim dzienniku "Deń" Wiktor
Medwedczuk, szef prezydenckiej administracji napisał, że "ukraińskie państwo
powinno osądzić zniszczenie polskiej ludności na Wołyniu i wyrazić swoje współczucie
dla polskiego narodu". W opublikowanej w tej samej gazecie - miesiąc później -
debacie z udziałem byłego prezydenta Ukrainy Leonida Krawczuka padło jednak
stwierdzenie, że "polskie władze przygotowujące rocznicę uległy naciskom
prawicowych, szowinistycznych kół, a na Wołyniu i Chełmszczyźnie także Polacy popełniali
zbrodnie".
- To są odpryski wielkiej dyskusji na temat Wołynia, jaka toczy się na Ukrainie od
kilku miesięcy - mówi Grzegorz Motyka. - W tym czasie opublikowano około dwustu artykułów,
pokazano kilka filmów. Argumenty, które pojawiają się w tej dyskusji, mogą być
szokujące dla Polaków. Ale warto pamiętać, że o ile w Polsce na temat Wołynia mówiło
się mało, na Ukrainie nie mówiło się nic.
Pięć lat temu, w 50. rocznicę "Akcji Wisła", ze strony polskiej padło słowo
"przepraszam".
Czy padnie teraz ze strony ukraińskiej?
Najważniejsze, aby spotkanie 11 lipca było spotkaniem w prawdzie. I żeby temu spotkaniu
towarzyszyła modlitwa - mówi Andrzej Przewoźnik.
Przewoźnik nie chce mówić o braku zgody na poświęcenie polskich cmentarzy,
ekshumacje. O tym, że przez 10 lat nie udało się ustalić treści napisu na tablicy,
jaka ma znaleźć się w Hucie Pieniackiej, gdzie w lutym 1944 oddziały UPA i dywizji SS
Galizien wymordowały ok. 900 Polaków. Przewoźnik: - Oczywiście w płaszczyźnie
politycznej ważne są gesty, ale ja bym ich nie przeceniał. Jeśli nie wynikają z
naturalnej potrzeby, to trudno.
- Nie oczekuję przeprosin od ukraińskiej strony. Chcę tylko, by potępili to, co zdarzyło
się na Wołyniu 60 lat temu. Jeśli tak się nie stanie, w naszych wzajemnych relacjach
nadal będzie tkwiła zadra - mówi Andrzej Żupański. - Oczekuję tylko, że państwo
polskie uczci swoich pomordowanych - dodaje.
Według ogłoszonego w lutym kalendarza obchodów miał tego dokonać Sejm na uroczystym
posiedzeniu 11 lipca. Marszałek Marek Borowski próbuje jednak doprowadzić do wydania
wspólnego oświadczenia przez parlamenty Polski i Ukrainy. Pierwsza propozycja ukraińska
była jednak dla strony polskiej nie do przyjęcia.
Syn rodzicom
Środowisko wołyńskie ma własny program obchodów. Jego najważniejszym punktem będzie
poświęcenie pomnika: na warszawskim skwerze, przy skrzyżowaniu ulicy Armii Krajowej z
Gdańską - w miejscu, gdzie stoi pomnik 27. Dywizji AK - jego autor Kazimierz Danilewicz
wykonał krzyż i jedenaście słupów, symbolizujących jedenaście byłych wołyńskich
powiatów. Jak symboliczne gromnice na straży pamięci poległych i pomordowanych.
Grzegorz Motyka: - Mam nadzieję, że rocznica Wołynia pozwoli nam oswoić się z tymi
faktami, nie tylko w sferze symbolicznej, ale rzeczywistej. Najgorzej byłoby, gdyby po 11
lipca każda ze stron odwróciła się do siebie plecami w poczuciu dobrze spełnionego
obowiązku i dalej wyliczała swoich pomordowanych, na Wołyniu czy Chełmszczyźnie.
Porozumienie polsko-
-ukraińskie nie nastąpi dziś czy jutro. To długa perspektywa.
Nieżyjący już Włodzimierz Sławosz Dębski utrwalił na płótnie kilkunastogodzinną
obronę plebanii w Kisielinie, kiedy to - mimo podpalenia kościoła - obrońcom udało się
w końcu odeprzeć napastników. Wśród oblężonych była także Aniela Sławińska,
jego późniejsza żona.
Wiele lat później ich syn Krzesimir Dębski, znany kompozytor, napisze muzykę do filmu
"Ogniem i mieczem", opowiadającym o wojnach polsko-ukraińskich w XVII wieku.
W dniu centralnych obchodów 60. rocznicy eksterminacji Polaków na Wołyniu zostanie
wykonany utwór, który skomponował specjalnie na tę okazję.
|