|
|
Listy

Zobacz też "Listy" w sprawie felietonu Józefy Hennelowej "Przykro mi" ("TP" nr 18/2003)
Łukasiewicz i Ostinstitut
Aleksander Litewka podniósł sprawę zabiegów Niemców wokół zatrudnienia Jana Łukasiewicza
w Ostinstitut (,,TP" nr 21/2003). Powiada, że Anette Rybicka, autorka książki o
Instytucie Niemieckiej Pracy Wschodniej, winna rzecz wyjaśnić. Nie jest to trudne,
ponieważ istnieje pamiętnik Jana Łukasiewicza (nie matematyka, jak utrzymuje Rybicka, i
nie matematyka i logika, jak utrzymuje Litewka, ale tylko logika; z wykształcenia był
filozofem) spisany przez niego w latach 1949-50 w Dublinie. Rzecz nie jest opublikowana,
ale łatwo dostępna, bo oryginał znajduje się w Archiwum Uniwersytetu Warszawskiego. Na
s. 68 czytamy: ,,Wspominałem już, że mój przyjaciel Scholz z Münster pomagał nam ile
mógł w czasie okupacji niemieckiej. Troskliwość jego o mnie wprawiała mnie niekiedy w
kłopot. Niemcy założyli w Krakowie instytut wschodni, którego celem było wykazać,
czego to Niemcy dokonali w Polsce przez wieki całe. Filia tego polakożerczego instytutu
znajdowała się w Warszawie. Scholz nie pytając się mnie postarał się, by mnie
przeniesiono z Archiwum do tego instytutu. Zrobił to w najlepszej wierze, myśląc, że w
instytucie będę miał większą pensję i będę mógł pracować nad swymi rzeczami.
Nie zdawał sobie sprawy, że jako Polak mogłem pracować w instytucji, jaką było
Archiwum Miejskie w Warszawie, ale nie wypadało mi pracować w polakożerczej instytucji
niemieckiej. Odmówiłem więc narażając się na ewentualne przykrości i pozostałem do
końca w Archiwum".
To, że Rybicka nie dotarła do pamiętnika Łukasiewicza dyskwalifikuje jej pretensję,
że napisała pracę opartą na źródłach. Wystarczyło skontaktować się z kimś
zajmującym się historią logiki w Polsce (to samo mógł zresztą uczynić Litewka,
pracujący kilkadziesiąt metrów od niżej podpisanego, a wtedy uzyskałby natychmiast
odpowiedź na swoje pytania), by uzyskać stosowną informację, nie mówiąc już o tym,
że udanie się do Archiwum Uniwersytetu Warszawskiego było jej obowiązkiem jako
badacza. Zacytowany tekst jest ważny z kilku powodów. Po pierwsze dlatego, że Niemcy
nie czynili żadnych szczególnych zabiegów wokół Łukasiewicza (Scholz, jak wynika z
dalszych ustępów pamiętnika, korzystał ze znajomości prywatnych). Po drugie, co
zresztą byłoby korzystne dla Rybickiej, okazuje się, że można było odmówić pracy w
Instytucie. Po trzecie, co już kłopotliwe, że z odmową mogły łączyć się przykrości.
Po czwarte, ocena postępowania Polaków pracujących w Instytucie jest sprawą delikatną
i musi być traktowana indywidualnie, a nie przy pomocy nonszalanckich uogólnień.
Odrębna sprawa dotyczy Heinricha Scholza, o którym czytelnik książki Rybickiej może
pomyśleć jako o naganiaczu Polaków do Instytutu Niemieckiej Pracy Wschodniej. Scholz był
wybitnym logikiem i historykiem logiki, przyjacielem Łukasiewicza. Aktywnie działał na
rzecz uwolnienia profesorów UJ uwięzionych w 1939 r., nie wyłączając Joachima
Metallmanna, który był pochodzenia żydowskiego. Został za to upomniany przez władze
niemieckie, które zagroziły mu pozbawieniem katedry za kolejne kroki niezgodne z polityką
rasową III Rzeszy. Tak więc, odnośny fragment książki Rybickiej jest krzywdzący nie
tyle dla Łukasiewicza, ile właśnie dla Scholza. Jest bowiem rzeczą oczywistą, że chcąc
doprowadzić do zatrudnienia swego polskiego przyjaciela w niemieckiej instytucji,
przedstawił go w świetle odpowiednim ku temu. Nie przesadził zresztą w kwestii
antybolszewizmu Łukasiewicza.
Zwrócę jeszcze uwagę na pewien szczegół. Rybicka powiada o Jerzym Libanie z Legnicy
jako o docencie Uniwersytetu Krakowskiego. Rzecz w tym, że stanowisko i tytuł docenta
pojawiły się dopiero w XIX w., a Libanus nauczał w Krakowie w I połowie XVI w.
JAN WOLEŃSKI
(Kraków)
Nie za każdą cenę
Jestem klientką telefonii komórkowej "Plus" od czterech lat. Uczestniczę w
programie 5 Plus. Ta długa współpraca zintegrowała mnie z firmą, czuję się częścią
tego systemu. Tym większy budzi we mnie sprzeciw, a jednocześnie poczucie bezsilności,
ostatnia reklama, emitowana w radiu i telewizji, nawiązująca do dnia pierwszej komunii,
który nazwano dniem pierwszej komórki. Rozumiem dążenie do jak największych zysków,
bo taki jest główny sens działania każdej firmy, ale dlaczego za wszelką cenę?
Poprzednie reklamy "Plusa" nawiązywały do takich wartości, jak przyjaźń czy
miłość. Otrzymuję od firmy poruszające życzenia bożonarodzeniowe i wielkanocne. Jak
ma się do tego obecna reklama? W czasach komercjalizacji każdej sfery życia ludzkiego,
nieuchronnie zaśmieca się je i spłyca. Czy chęć zarobienia pieniędzy usprawiedliwia
już naprawdę wszystko?
Czuję potrzebę wyrażenia dezaprobaty i głębokiego sprzeciwu wobec dotykania uczuć
religijnych moich i moich bliskich oraz beztroskiego budowania w dzieciach fałszywego
obrazu świata i błędnej hierarchii wartości.
MAŁGORZATA BAKALARSKA
(Kęty, woj. małopolskie)
Poręczyły osoby życzliwe
Pani Agnieszka Tomasik z Sopotu w liście "Jaki jest mój Kościół?"
("TP" nr 15/2003) napisała m.in.: "Niedawno z aresztu zwolniono księdza
oskarżonego o defraudację dużych pieniędzy (sprawa Stella Maris). Wyszedł za poręczeniem
100 tys. złotych. Skąd je miał? Jeśli wyłożył je arcybiskup, to z czyjej
kasy?". Autorka listu, jeszcze przed jego publikacją, starała się uzyskać
odpowiedzi na te pytania, bezskutecznie. Tym bardziej cieszy nas poniższe oświadczenie
ks. Dariusza Ławika, proboszcza parafii św. Bernarda z Sopotu.
*
Pieniądze na kaucję w wysokości 100 tys. zł., które wpłacono na konto prokuratury za
uchylenie tymczasowego aresztu ks. Zbigniewa Bryka, pochodziły całkowicie z datków
rodziny, parafian oraz osób życzliwych i zaprzyjaźnionych z ks. Zbigniewem. Nieprawdą
jest, że pieniądze na kaucję wyłożył metropolita gdański - abp Tadeusz Gocłowski.
Inicjatywa zbiórki owej kwoty zrodziła się wśród parafian i osób życzliwych księdzu.
Stąd też przewodniczący rady parafialnej - pan Jan Babiński, skierował prośbę do
parafian o poparcie tej inicjatywy. Odzew, zważywszy na zebraną sumę, był ogromny. Ks.
Zbigniew podczas prawie 10-letniej służby na stanowisku proboszcza zasłużył sobie na
życzliwość parafian, co wyrażono, choćby przez wspomnianą zbiórkę pieniędzy.
Przykro mi, że nikt, szczególnie autorka listu, nie zadał sobie trudu, aby uzyskać
rzeczową informację w tej kwestii. Zamieszczeniem tej nieprawdziwej informacji naruszono
dobre imię wielu osób, co jest szczególnie przykre w całej tej sprawie. Mam nadzieję,
że opublikowanie mego oświadczenia będzie choćby małym zadośćuczynieniem wobec
nich.
Z wyrazami szacunku
Ks. DARIUSZ ŁAWIK
Podziękowanie
Przed kilkoma miesiącami prosiłem na łamach "Tygodnika" o książki (list
"Książki dla gimnazjalistów", "TP" nr 5/2003). Tworzyliśmy wówczas
gimnazjalną bibliotekę. Otrzymaliśmy ponad 3000 tomów, datki pieniężne, pomoce
szkolne, wiele wzruszających listów ze słowami otuchy oraz życzenia wytrwałej,
cierpliwej pracy. Odezwali się lwowianie i wilnianie, nawet emigranci z USA.
W imieniu społeczności Publicznego Gimnazjum w Kadzidle, im. gen. Aleksandra Krzyżanowskiego
"Wilka", pragnę z całego serca podziękować osobom i firmom za życzliwość,
dobroć, troskę.
DARIUSZ ŁUKASZEWSKI
dyrektor gimnazjum w Kadzidle
Jury NIKE
Publikując w "TP" nr 21/2003 ankietę poświęconą Nagrodzie NIKE, omyłkowo
podaliśmy nieaktualny skład Jury tej nagrody. W rzeczywistości w skład jury wchodzą:
Maria Janion (przewodnicząca), Stanisław Bereś, Lidia Burska, Stefan Chwin, Jerzy Jarzębski,
Kazimierz Kutz, ks. Wacław Oszajca, François Rosset, Joanna Szczepkowska.
Wszystkich dawnych i obecnych jurorów oraz Czytelników za pomyłkę przepraszamy.
REDAKCJA "TP"
|
|