|
|
Listy

Nie obrazki, a ludzie
Większą część felietonu "Przykro mi" ("TP" nr 18/2003) Józefa
Hennelowa poświęca listowi otwartemu w sprawie akcji "Niech nas zobaczą".
Autorka stwierdza, że nie rozumie, dlaczego "tacy poważni i godni szacunku
ludzie" zdecydowali się ten list podpisać, i krytykuje list oraz akcję, w obronie
której został napisany. (...) Felieton wymaga odpowiedzi, rozumowanie Autorki opiera się
bowiem na kilku nieporozumieniach.
Pierwsze dotyczy okoliczności, w których list powstał. Józefa Hennelowa pisze:
"chodziło o masową niechęć do akcji rozwieszania w miejscach publicznych
ogromnych plakatów przedstawiających (...) pary gejowskie. Ta niechęć wyrażała się
albo protestami - skutecznymi - wobec zamiaru umieszczania takich plakatów, albo - tam,
gdzie zawisły - ich dewastowaniem". I dziwi się, że ktokolwiek poważny zechciał
z tego powodu protestować. Gdyby Pani Hennelowa miała rację, gdyby to "masowa
niechęć" uniemożliwiła działania zgodne z prawem, musielibyśmy stwierdzić, że
Polska nie jest już państwem demokratycznym, lecz krajem, w którym zapanowała
dyktatura tłumu. Wówczas oczekiwalibyśmy protestu samej Józefy Hennelowej. Tymczasem
przeciwko akcji "Niech nas zobaczą" wystąpiło zaledwie kilku urzędników
szczebla gminnego, jeden felietonista i paru krótko ostrzyżonych młodzieńców. Pod
takim naciskiem lewicowy prezydent Krakowa, nawet nie obejrzawszy plakatów, sprzeciwił
się ich umieszczaniu w miejscach publicznych. W ostatniej chwili z umowy wycofała się
firma, która obiecała wynająć tablice świetlne, skądinąd firma stanowiąca własność
koncernu Agora. W Warszawie część billboardów zaklejono po protestach zarządów
budynków. Istotną częścią akcji "Niech nas zobaczą" jest wystawa zdjęć
przedstawiających 30 par. W Krakowie kilka kolejnych galerii odmówiło przyjęcia
wystawy. Galerii, która odważyła się ją przyjąć, właściciel budynku wymówił
lokal. Wszystko to nie są objawy "masowej niechęci", tylko coś dużo bardziej
paskudnego: podszyta lękiem cenzura.
Drugie nieporozumienie dotyczy samej akcji "Niech nas zobaczą". (...) Jak należy
rozumieć to hasło? Według miesięcznika "Więź" odsetek osób
homoseksualnych w populacji wynosi około 3 proc. To znaczy, że w przeciętnej szkole
liczącej 600 uczniów uczy się 18 homoseksualnych osób. W społeczeństwie
40-milionowym ten niepozorny ułamek daje ponad milion ludzi, teoretycznie pełnoprawnych
obywateli i obywatelek państwa. Ludzi, którzy tylko dlatego, że kochają osobę tej
samej płci, narażeni są na wyzwiska i poniżenie; którzy nie mogą z partnerką lub
partnerem przyjść na bal maturalny; którzy nie mogą przedstawić ukochanej osoby
rodzicom; którzy nie są dopuszczani do szpitalnego łóżka partnera lub partnerki; którzy
nierzadko zmuszeni są uciekać z rodzinnej miejscowości; którzy nie mogą wspólnie
wynająć ani kupić mieszkania. Ludzie, którzy słyszą, jak wybrani w demokratycznych
wyborach posłowie mówią w parlamencie o związkach "opartych na patologiach i
perwersjach seksualnych" oraz "dewiacjach", o "zboczeńcach"
(wbrew ustaleniom Światowej Organizacji Zdrowia). Błędem jest sądzić, że osoby należące
do mniejszości seksualnych domagają się dla siebie jakichkolwiek przywilejów. Akcje
takie jak "Niech nas zobaczą" to głos dyskryminowanej mniejszości upominającej
się o prawa przysługujące każdej osobie ludzkiej.
Józefa Hennelowa pisze o tytule akcji "Niech nas zobaczą":
""Nas", to znaczy przecież w tym wypadku: nie żywych ludzi [...] lecz
obrazków [?]". W artykule Mariusza Szczygła ("Duży Format" - dodatek
"GW", 10 kwietnia) jeden z "obrazków", Tomek, opowiada o tym, jakie
przyjęcie zgotowano mu w rodzinnym mieście. Wyzywano go na ulicy. Ludzie, którzy znali
go całe życie, odwrócili się od niego. Grożono mu śmiercią. Drugi
"obrazek", Daria, mówi, że osobom homoseksualnym jest trudniej niż
przedstawicielom innych mniejszości. Murzyn czy Żyd ma oparcie w rodzinie,
homoseksualista staje się często obcy najbliższym. Taki jest właśnie kontekst akcji
"Niech nas zobaczą" czy Parady Równości, która raz do roku przechodzi
ulicami Warszawy. "Niech nas zobaczą" znaczy - niech zobaczą zwyczajnych
ludzi, którzy chcą żyć bez lęku, nie chcą być zmuszani do ukrywania swojej tożsamości,
chcą cieszyć się pełnią praw, przysługujących każdemu człowiekowi. W takim kontekście
umieszczenie swojej twarzy na plakacie nie jest prowokacją czy próbą zdominowania
czyjejkolwiek podświadomości. Jest aktem cywilnej odwagi.
Nieporozumienie trzecie dotyczy tego, czym jest i na czym polega wolność w społeczeństwie
demokratycznym. Sygnatariusze listu otwartego stwierdzają, że "wolność słowa
[...] jest fundamentem społeczeństwa demokratycznego" oraz, że "kto milczy,
gdy zagrożona jest wolność innych ludzi [...] wyrzeka się wolności własnej".
(...) W społeczeństwie demokratycznym wolność polega na możliwości czynienia
wszystkiego, co nie krzywdzi innych. Argument, że można ograniczyć wolność słowa, bo
ktoś sobie "nie życzy" oglądania pewnych rzeczy, jest argumentem nietrafnym,
niebezpiecznym i absurdalnym. Nietrafnym, ponieważ w społeczeństwie demokratycznym
prawo określa, co jest zakazane, a co dozwolone w sferze publicznej. Niebezpiecznym, gdyż
opiera się na przekonaniu, że jedna grupa ma prawo narzucać normy i poglądy innym.
Absurdalnym, kiedy uświadomić sobie, że mowa jest o zdjęciach młodych, sympatycznie
wyglądających, uśmiechniętych ludzi.
Tylko w społeczeństwie, w którym istnieje wolność słowa i ekspresji, możliwy jest
prawdziwy pluralizm, dyskusje, konfrontowanie poglądów. Tylko tam, gdzie jest wolność
słowa, można skutecznie zwalczać dyskryminację i chronić prawa człowieka. Ceną jest
zgoda na to, że czasem zobaczymy lub usłyszymy coś, co nie będzie się nam podobać.
Wolność warta jest jednak takiej ceny.
ANNA DZIERZGOWSKA,
PIOTR LASKOWSKI,
SEBASTIAN MATUSZEWSKI
nauczyciele jednego z warszawskich liceów,
organizatorzy Listu otwartego w sprawie akcji
"Niech nas zobaczą"
*
Po co hodować ten lęk?
Pani Józefa Hennelowa po raz kolejny dała wyraz swej bezprzykładnej homofobii. Ma
oczywiście prawo, jak każdy z nas, hodować swoje lęki i nie byłoby o czym mówić,
gdyby nie dotyczyło to osoby publicznej, mającej istotny wpływ na kształtowanie opinii
społecznej w piśmie, które zapisało się pięknie i mądrze we wdzięcznej pamięci
kilku pokoleń czytelników. (...) Nie śmiem przypuszczać, że pani redaktor nie wie, co
to jest homoseksualizm. Że lesbijki i geje zawsze byli i są na świecie w dość stałym
procencie. Że nie mają wpływu na swoją orientację. Że jedyne, czego oczekują od
heteroseksualnej większości, to - aby pozwolić im żyć w spokoju. Ale, żeby mogło do
tego dojść, trzeba obalać mity powstałe z niewiedzy. Przykro mi, że pani Hennelowa
miast stać po stronie faktów, bierze udział w manifestacji anty(homo)seksualnych
ideologii. Chętnie zaprosiłabym ją na mój dyżur w telefonie zaufania. Być może
obcowanie z ludźmi, którzy niewinnie cierpią nienawiść i odrzucenie więcej powiedziałoby
jej o homoseksualizmie, niż to, co sugerują wyobraźnia i migawki z medialnych parad.
(...)
E.W.
wolontariuszka w telefonie zaufania
(nazwisko i adres do wiadomości redakcji)
*
Rozumiem ich
Przeciwnie niż pani Józefa Hennelowa, rozumiem i popieram stanowisko poważnych i
godnych szacunku ludzi, którzy podpisali list otwarty w obronie akcji "Niech nas
zobaczą".
Przypomnę historię sprzed kilku lat. W Białymstoku zawiązała się grupa obywatelska,
która postanowiła walczyć z pornografią prezentowaną na witrynach kiosków z
gazetami. Bojówki aktywistów odwiedzały kioski i przeprowadzały agitację. Akcja była
udana, gdyż duża jest siła przekonywania młodych, wysportowanych tropicieli niemoralności
wobec kioskarek, często starszych lub niepełnosprawnych. Wobec powodzenia pierwszej
akcji, wkrótce przeprowadzono drugą. Rozdawano listy tytułów czasopism, które nie
powinny się pojawiać w kioskach. Obok pism specjalizujących się w prezentowaniu zdjęć
nagich pań i panów, na liście znalazł się ,,TP" i ,,Gazeta Wyborcza".
Organizatorzy akcji ,,Niech nas zobaczą" starali się dotrzeć do opinii publicznej
,,z pełnym lekceważeniem faktu, że nie każdy sobie tego życzy". Wyżej opisana
historia świadczy, że nie każdy życzy sobie oglądania ,,TP", choćby na wystawie
kiosku.
Autorzy listu-protestu, których nie rozumie pani Hennelowa, występowali w obronie
naszych interesów. Bronili miejsca pracy felietonistki "TP" (chyba do niego
przywykła?) oraz bronili mojego prawa do czytania ,,TP". Też przywykłem.
PIOTR LINDNER
(Łódź)
*
Nic na to nie poradzę
Raz jeszcze okazuje się, że o problemie homoseksualizmu trudno rozmawiać bez gorączki.
Równocześnie listy, jakie nadeszły, rozszerzyły tematykę aż po brzegi problemu.
Odpowiem na razie tylko na to, co wiąże się bezpośrednio z moim felietonem.
Napisałam go, gdyż zaskoczyła mnie niewspółmierność protestu podniesionego przez
liczne autorytety w imię wolności słowa i poszanowania osoby ludzkiej - i zjawiska, które
uznali za ewidentnie sprzeczne z tymi wartościami: odmowy realizowania akcji "Niech
nas zobaczą", czyli masowej ekspozycji wielkich zdjęć, przedstawiających pary
gejowskie. Dla organizatorów akcji była to próba przekonania opinii publicznej o
normalności i pozytywnym charakterze zjawiska. A także, co wyraźnie napisali w liście,
głośne upomnienie się o prawa tych par. Jakie? Właściwie wszystkie, które przysługują
małżeństwom.
Otóż po pierwsze, odmawiający realizowania owej promocji korzystali z prawa niezgody na
narzucanie sobie treści budzących sprzeciw. Bo wszak w plakatach nie chodziło o same
osoby o odmiennej niż powszechna orientacji seksualnej (w tej mierze nikt nie ma prawa być
dyskryminowany, rzecz jasna). Chodziło o aprobatę związków gejowskich, bynajmniej
przecież nie równoważnych zwyczajnej młodzieńczej przyjaźni, jak to miały ilustrować
zdjęcia, faktycznie sympatyczne. Sądzę, że w protestach, by te zdjęcia rozstawiać na
ulicach, kryła się również irytacja wobec naprawdę oczywistej manipulacji (niech myślą,
że to właśnie tylko tak wygląda...).
Nie każda galeria musi przyjąć każdą ofertę z zewnątrz, tak jak nie każda gazeta
musi wydrukować każdy proponowany jej tekst. Skąd tu uderzanie kłonicą
"cenzury" ? Istnieje zasadnicza różnica między oboma przykładami
"czystek" w kioskach, o jakich napisał pan Lindner. Pierwsza była
usprawiedliwiona całkowicie: ustawowo zabronione jest w Polsce publiczne eksponowanie treści
budzących sprzeciw (i nic do tego nie ma złośliwy opis protestujących). Druga
"czystka" była oczywiście ewidentnym nadużyciem i pozostałaby nim także,
gdyby chodziło o "Trybunę" i "Najjaśniejszą Rzeczpospolitą". To
samo dotyczy użytego w liście inicjatorów akcji powołania się na "wolność słowa
i ekspresji". Czy trzeba powtarzać, że ani pierwsza ani druga nie jest bez granic?
Pierwszą temperuje kodeks karny. Drugą - także obyczaj. Chyba nie warto powoływać się
na przykłady?
Zdanie, iż niebezpieczne jest przekonanie, że "jedna grupa ma prawo narzucać swoje
normy i poglądy innym" uważam za bardzo poważne nieporozumienie. Byłaby to jednak
długa rozmowa o wartościach kultury opartej na rodzinie i na bardzo wyostrzonej umiejętności
odróżniania dobra od zła - i o przeciwstawianiu jej filozofii tolerancji rodzącej się
z przekonania, że w gruncie rzeczy to "wszystko jedno" i niech nikt nie podnosi
głosu w obronie swojego świata wartości. Nic na to nie poradzę, że nadal jestem
przekonana, iż żadna najsympatyczniejsza akcja nie sprawi, aby rodzicom było wszystko
jedno, jaką miłość i jaki związek wybierze ich dziecko. I będę dalej twierdzić, że
kolczyk w powiece czerwonowłosego lidera zespołu mieści się dla mnie jak najbardziej w
zakresie tolerancji, poszanowania inności itd., ale gdy czytam o światowej karierze dwóch
"grzecznych dziewczynek" w szkockich spódniczkach, epatujących widownię podwójną
(wcale zresztą nie wiem, czy rzeczywistą) pikanterią swojego związku, myślę, że z
Rosją, a i ze światem dzieje się chyba coś niedobrego...
JÓZEFA HENNELOWA
|
|