|
„TP”, Nr 22 (2812), 12 czerwca 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2812/kultura07.php
Dzień dziecka
Joanna Tokarska-Bakir
W wierszu Sylvii Plath pod tytułem "Dziecko" każde słowo jest na swoim miejscu:
Twe jasne oko jest czymś nieskończenie pięknym.
Chcę wypełnić je tęczą barw i stadem kaczek,
Zwierzyńcem nowości,
Dla którego obmyślasz nazwę -
Kwietniowa śnieżyczko, indiańska fajko,
Mała
Łodyżko bez zagięcia,
Sadzawko, w której powinny odbijać się
Wspaniałe i klasyczne obrazy
A nie to niespokojne
Załamywanie rąk, to ciemne
Sklepienie gwiazd.
(przełożyła Teresa Truszkowska)
Wiersz jest sugestywny i prawdziwy.
Zupełnie inaczej niż słynny niegdyś wers Williama Wordswortha, angielskiego poety:
"Dziecko jest ojcem człowieka". Kto dziś czyta jego słowa, tylko przez
grzeczność nie przeczy. Bardziej do sensu wydaje mu się zdanie: dziecko jest lustrem człowieka.
Przyzwyczajony do ujęć historycznych, wychowany na Le Goffie ("czy w średniowieczu
w ogóle były dzieci?") i Aričsie ("odkrycie dzieciństwa nastąpiło w wieku
szesnastym"), dzisiejszy czytelnik słabo wierzy w coś, co w człowieku byłoby
"wieczne". Oglądał już tyle odmian wieczności...
Wordsworth ciągle jednak może mieć rację. Dziecko jest ojcem człowieka w tym sensie,
w jakim człowieka na zawsze kształtują jego dziecięce marzenia. "Są treści
niejako dla nas przeznaczone, przygotowane, czekające na nas na samym wstępie życia",
przekonywał Bruno Schulz.
Znam pisarza, który w dzieciństwie tak kochał konie, że marzył, by sam zamienić się
w konia i próbując ten moment przyspieszyć, na wołanie matki zawsze odpowiadał rżeniem.
Znam też kogoś, kto chciał nauczyć się latać i z przejęciem ślubował sobie z
przyjacielem, że ten z nich, który pierwszy opanuje tę sztukę, natychmiast wtajemniczy
drugiego. Ktoś inny chciał poznać język zwierząt i w tym celu wertował zielniki i
książki etnograficzne, a znalazłszy stosowny przepis, poszukiwał białego węża, który
strzeże dostępu do umiejętności. A jeszcze inny ktoś marzył o mieszkaniu w zielonym
żywym drzewie, w którego wnętrzu schody i meble też byłyby żywe i zielone.
Jeśli istnieje coś takiego jak sztuka życia, musi ona polegać na umiejętności
wzrastania razem z marzeniami, w oczekiwaniu na moment, "kiedy znów będę mały".
Ani marzenia, ani człowiek nie pozostają niezmienne, a jednak jest sens mówić o wierności
marzeniom. Ci, którzy potrafią jej dochować, dzięki "wewnętrznemu dziecku"
żyją, nawet jeśli ciągle nie władają językami ludzi i zwierząt. Inni, choćby mówili
językami ludzi i aniołów, szybko stają się wewnętrznie martwi.
Gdybyśmy mieli odwagę pamiętać, o czym marzyliśmy w dzieciństwie, i pytać, co stało
się z naszymi marzeniami, nie stalibyśmy się może szczęśliwsi, ale za to bylibyśmy
znacznie bliżej siebie.
© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl
|