dotb.gif

„TP”, Nr 22 (2812), 1 czerwca 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2812/kultura04.php



Cierpkie wino

Anita Piotrowska


Filmy Otara Joselianiego sączy się powoli, jak najszlachetniejszy trunek. Reżyser snuje swoje opowieści w rytmie kapryśnym, nie zważając na jakiekolwiek reguły dobrze opowiedzianej anegdoty. Wszystko zdaje się tu spontaniczne, lekkie, nieoczywiste. Pewnie dlatego ten całkowicie apolityczny twórca tak źle przyjmowany był przez radziecką władzę.


Nic tak bardzo nie wzbudzało wówczas podejrzeń, jak bezkompromisowy indywidualizm - nawet gdyby miał się on przejawiać jedynie w swobodnym, jazzującym stylu opowiadania. Również bohaterowie Joselianiego zawsze odstawali z szeregu komunistycznych gierojów: outsiderzy, idący przez życie pod prąd, manifestujący swoją wolność w małych gestach. Każdy z nich: czy to młody inżynier, czy muzyk z filharmonii był wcieleniem samego reżysera, który w swych pozornie błahych filmach przemycał sensy iście wywrotowe.


Nieuświadomiona tęsknota

Co najważniejsze, opuściwszy radziecką Gruzję, Joseliani przez cały czas pozostaje sobą. Wszystkie jego filmy nakręcone we Francji rozwijają w zasadzie ten sam wątek. Obserwując zwykłą codzienność: rozpędzone ulice, ludzi pochłoniętych powtarzanymi w nieskończoność czynnościami i oddających się swoim dziwactwom, chłonąc zmysłową urodę świata, szuka Joseliani niewidocznych szczelin, w których kryje się nieuświadomiona tęsknota.

Za czym? Gdyby wiedzieli to bohaterowie jego filmów, gdybyśmy wiedzieli to my, zapewne filmy gruzińskiego reżysera nie miałyby tej cudownej aury nieprzewidywalności i cierpkiej melancholii. O melancholii mówi się często, powtarzając za klasykiem, że to nic innego jak "złe uszczęśliwienie". Niektórzy z bohaterów Joselianiego trwają w tym stanie przez lata. Inni zaś porzucają bezpieczny stały ląd i ruszają na spotkanie nowego. Być może tylko po to, by powrócić do punktu wyjścia - jak Vincent, bohater najnowszego filmu "W poniedziałek rano", który właśnie wchodzi na nasze ekrany. Ale taki gest również ma swój sens.

Vincent (w tej roli debiutujący przed kamerą znany francuski producent Jacques Bidou) mieszka na wsi i pracuje jako spawacz w pobliskiej fabryce chemicznej. Joseliani ma podobny epizod w swoim życiorysie: pozbawiony przez władze radzieckie możliwości kręcenia filmów, zatrudnił się jako hutnik w zakładach metalurgicznych.

Przedstawia więc codzienny rytuał robotnika pierwszej zmiany: pobudka o szóstej, dojazd do pracy i ten krótki moment wolności, kiedy po wyjściu z autobusu każdy z robotników zapala papierosa, by zaciągnąć się choć kilka razy przed wejściem do fabryki. Dalej już tylko monotonna praca i powrót do domu, w którym każdy z domowników zajęty jest wyłącznie sobą. Pan domu potrzebny jest tylko do naprawienia rynny, ale u Joselianiego spawacz po godzinach woli oddawać się całkiem innym zajęciom - na przykład bezinteresownej malarskiej pasji. Zdolności te odziedziczył po nim starszy syn, który w miejscowym kościele maluje obraz ze świętym Jerzym. Za model smoka posłuży mu... krokodyl wypuszczony na wolność przez wędrujących Cyganów.

Z pobłażliwym uśmiechem pokazuje reżyser niewinne grzeszki pozostałych mieszkańców wioski: księdza, który podgląda nadobne niewiasty, listonosza, co to rozkleja nad parą cudze listy, czarnoskórego służącego, który nonszalancko poczyna sobie ze swym sparaliżowanym panem. Egzystencja to nader spokojna, ale przewidywalna i nudna. Nic więc dziwnego, że gdy nadchodzi kolejny podobny do innych poniedziałkowy ranek, Vincent nieoczekiwanie zawraca spod fabrycznej bramy. Odwiedza w mieście starego ojca i wspomożony pokaźnym plikiem banknotów, nie mówiąc najbliższym ani słowa, postanawia jechać do Wenecji.


Wenecja hochsztaplerów

Nikt tak bezceremonialnie nie pokazał dotychczas tego miasta. Bohater włóczy się po zapuszczonych uliczkach niespecjalnie przejęty ich po tylekroć opiewanym chorobliwym urokiem. Serenissima jawi się jako miasto dziwaków i hochsztaplerów. Już na wejściu kieszonkowiec kradnie Vincentowi portfel. Stary markiz, dawny przyjaciel ojca (w tej roli sam Joseliani) okazuje się zmumifikowanym snobem, a sympatyczny tubylec - takim samym robotnikiem jak Vincent, pracującym w identycznej fabryce.

Jednak włócząc się po Wenecji, spotykając przypadkowych ludzi, bohater odkrywa na moment świat trochę inny niż ten, do którego przywykł. Jest radosny piknik na plaży, cmentarz, gdzie rytualnie polewa się groby winem, jest leniwa przejażdżka gondolą - i gorzka uwaga, że tam, skąd przybył, nikt już spontanicznie nie śpiewa, a wino używa się do celów wyłącznie gastronomicznych, pomijając wymiar duchowy.
Mimo to Vincent wraca do domu. Nie wiemy, jak długo go nie było - o prawdziwym rozmachu tej podróży świadczą jedynie wysyłane kartki pocztowe, niszczone systematycznie przez żonę, oraz stojący na podwórzu zapuszczony samochód. W domu rodzina wita go tak, jak gdyby po prostu wrócił z pracy. Następnego dnia o szóstej znów zadzwoni budzik. Czas zatoczył pełne koło.

Joseliani opowiada tę historię prawie obywając się bez słów - płynnym obrazem, układającym się w muzyczne niemal sekwencje. Od lat niezmienny, bardzo indywidualny charakter pisma reżysera triumfuje tu niepodzielnie: zdumiewający realizm drobnych obserwacji, swobodna kamera, konsekwentne unikanie zbliżeń i wszelakich ornamentów tworzą styl czysty i pełen dystansu.

Figlarnym spojrzeniem i pełnym absurdu humorem łagodzi reżyser obraz świata daleki od sielskiego landschaftu. Swoją nową ojczyznę postrzega dziś tak samo krytycznie jak niegdyś ponurą i duszną rzeczywistość komunistycznej Gruzji. Owa diagnoza była znacznie bardziej drapieżna we wcześniejszych francuskich filmach Joselianiego: w "Ulubieńcach księżyca" czy "Żegnaj, stały lądzie", rozgrywających się w środowisku miejskim. To tam pokazywał znudzone luksusem biedne bogate dzieci czy zniedołężniałych dziadków zamykanych w osobnych pokojach na czas wykwintnego przyjęcia. Tam pokazywał poniżenie i samotność, których doświadczają dzisiejsi mieszkańcy mitycznej Europy.

Odpowiedź Joselianiego na ten stan rzeczy jest od zawsze taka sama. Pozwala swoim bohaterom na niewinne szaleństwa, toleruje ich niegroźne fanaberie. Wyraża tym samym bunt przeciwko całej naszej zuniformizowanej cywilizacji, opartej na bezmyślnym konsumowaniu i kulcie młodości. Pozwala swoim staruszkom śpiewać i pić wino. Przekonuje, że Wenecja jest w nas.


"W PONIEDZIAŁEK RANO" ("Lundi matin") scen. i reż. Otar Joseliani, zdj. William Lubtchansky, muz. Nicholas Zourabichvili, wyst. Jacques Bidou, Anne Kravs - Tarnavsky, Narda Blanchet, Radslav Kinski, Dato Tarielachvili, Adrien Pachod i inni. Prod Francja / Włochy 2002. Dystryb. Gutek Film.

OTAR JOSELIANI, gruzińsko-francuski reżyser filmowy, wielka indywidualność współczesnego kina, urodził się w 1934 roku w Tbilisi, gdzie ukończył konserwatorium muzyczne w klasie fortepianu, dyrygentury i kompozycji. Jego pierwsze filmy kręcone w Związku Radzieckim: debiutanckie "Cierpkie wino" (1968), "Był sobie drozd" (1970) czy "Pastorałka" (1975), miały problemy z komunistyczną cenzurą. Po zatrzymaniu na pólkach tego ostatniego, na początku lat 80. Joseliani wyemigrował do Francji, gdzie mieszka i tworzy do dziś. Jego pierwszy film zagraniczny, "Ulubieńcy księżyca" (1984) otrzymał Nagrodę Specjalną Jury na festiwalu w Wenecji. Znakomicie przyjmowane były także kolejne tytuły: nakręcony w Afryce surrealistyczny dramat "I stała się światłość" (1989), "Polowanie na motyle" (1992) czy "Żegnaj, stały lądzie" (1999). W 1996 roku Joseliani odwiedził niepodległą Gruzję, gdzie zrealizował "Zbójów" (1996), filmowy traktat o obecności zła w historii. Najnowszy jego film, "W poniedziałek rano" (2002), otrzymał na ostatnim festiwalu w Berlinie Srebrnego Niedźwiedzia za reżyserię oraz nagrodę FIPRESCI. Joseliani jest także scenarzystą i aktorem.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl