|
Cierpkie wino
Anita Piotrowska
Filmy Otara Joselianiego sączy się powoli, jak najszlachetniejszy trunek. Reżyser snuje
swoje opowieści w rytmie kapryśnym, nie zważając na jakiekolwiek reguły dobrze
opowiedzianej anegdoty. Wszystko zdaje się tu spontaniczne, lekkie, nieoczywiste. Pewnie
dlatego ten całkowicie apolityczny twórca tak źle przyjmowany był przez radziecką władzę.
Nic tak bardzo nie wzbudzało wówczas podejrzeń, jak bezkompromisowy indywidualizm -
nawet gdyby miał się on przejawiać jedynie w swobodnym, jazzującym stylu opowiadania.
Również bohaterowie Joselianiego zawsze odstawali z szeregu komunistycznych gierojów:
outsiderzy, idący przez życie pod prąd, manifestujący swoją wolność w małych
gestach. Każdy z nich: czy to młody inżynier, czy muzyk z filharmonii był wcieleniem
samego reżysera, który w swych pozornie błahych filmach przemycał sensy iście
wywrotowe.
Nieuświadomiona tęsknota
| OTAR JOSELIANI, gruzińsko-francuski reżyser filmowy, wielka indywidualność współczesnego
kina, urodził się w 1934 roku w Tbilisi, gdzie ukończył konserwatorium muzyczne w
klasie fortepianu, dyrygentury i kompozycji. Jego pierwsze filmy kręcone w Związku
Radzieckim: debiutanckie "Cierpkie wino" (1968), "Był sobie drozd"
(1970) czy "Pastorałka" (1975), miały problemy z komunistyczną cenzurą. Po
zatrzymaniu na pólkach tego ostatniego, na początku lat 80. Joseliani wyemigrował do
Francji, gdzie mieszka i tworzy do dziś. Jego pierwszy film zagraniczny, "Ulubieńcy
księżyca" (1984) otrzymał Nagrodę Specjalną Jury na festiwalu w Wenecji.
Znakomicie przyjmowane były także kolejne tytuły: nakręcony w Afryce surrealistyczny
dramat "I stała się światłość" (1989), "Polowanie na motyle"
(1992) czy "Żegnaj, stały lądzie" (1999). W 1996 roku Joseliani odwiedził
niepodległą Gruzję, gdzie zrealizował "Zbójów" (1996), filmowy traktat o
obecności zła w historii. Najnowszy jego film, "W poniedziałek rano" (2002),
otrzymał na ostatnim festiwalu w Berlinie Srebrnego Niedźwiedzia za reżyserię oraz
nagrodę FIPRESCI. Joseliani jest także scenarzystą i aktorem. |
|
Co najważniejsze, opuściwszy radziecką Gruzję, Joseliani przez cały czas pozostaje
sobą. Wszystkie jego filmy nakręcone we Francji rozwijają w zasadzie ten sam wątek.
Obserwując zwykłą codzienność: rozpędzone ulice, ludzi pochłoniętych powtarzanymi
w nieskończoność czynnościami i oddających się swoim dziwactwom, chłonąc zmysłową
urodę świata, szuka Joseliani niewidocznych szczelin, w których kryje się nieuświadomiona
tęsknota.
Za czym? Gdyby wiedzieli to bohaterowie jego filmów, gdybyśmy wiedzieli to my, zapewne
filmy gruzińskiego reżysera nie miałyby tej cudownej aury nieprzewidywalności i
cierpkiej melancholii. O melancholii mówi się często, powtarzając za klasykiem, że to
nic innego jak "złe uszczęśliwienie". Niektórzy z bohaterów Joselianiego
trwają w tym stanie przez lata. Inni zaś porzucają bezpieczny stały ląd i ruszają na
spotkanie nowego. Być może tylko po to, by powrócić do punktu wyjścia - jak Vincent,
bohater najnowszego filmu "W poniedziałek rano", który właśnie wchodzi na
nasze ekrany. Ale taki gest również ma swój sens.
Vincent (w tej roli debiutujący przed kamerą znany francuski producent Jacques Bidou)
mieszka na wsi i pracuje jako spawacz w pobliskiej fabryce chemicznej. Joseliani ma
podobny epizod w swoim życiorysie: pozbawiony przez władze radzieckie możliwości kręcenia
filmów, zatrudnił się jako hutnik w zakładach metalurgicznych.
Przedstawia więc codzienny rytuał robotnika pierwszej zmiany: pobudka o szóstej, dojazd
do pracy i ten krótki moment wolności, kiedy po wyjściu z autobusu każdy z robotników
zapala papierosa, by zaciągnąć się choć kilka razy przed wejściem do fabryki. Dalej
już tylko monotonna praca i powrót do domu, w którym każdy z domowników zajęty jest
wyłącznie sobą. Pan domu potrzebny jest tylko do naprawienia rynny, ale u Joselianiego
spawacz po godzinach woli oddawać się całkiem innym zajęciom - na przykład
bezinteresownej malarskiej pasji. Zdolności te odziedziczył po nim starszy syn, który w
miejscowym kościele maluje obraz ze świętym Jerzym. Za model smoka posłuży mu...
krokodyl wypuszczony na wolność przez wędrujących Cyganów.
Z pobłażliwym uśmiechem pokazuje reżyser niewinne grzeszki pozostałych mieszkańców
wioski: księdza, który podgląda nadobne niewiasty, listonosza, co to rozkleja nad parą
cudze listy, czarnoskórego służącego, który nonszalancko poczyna sobie ze swym
sparaliżowanym panem. Egzystencja to nader spokojna, ale przewidywalna i nudna. Nic więc
dziwnego, że gdy nadchodzi kolejny podobny do innych poniedziałkowy ranek, Vincent
nieoczekiwanie zawraca spod fabrycznej bramy. Odwiedza w mieście starego ojca i wspomożony
pokaźnym plikiem banknotów, nie mówiąc najbliższym ani słowa, postanawia jechać do
Wenecji.
Wenecja hochsztaplerów
Nikt tak bezceremonialnie nie pokazał dotychczas tego miasta. Bohater włóczy się po
zapuszczonych uliczkach niespecjalnie przejęty ich po tylekroć opiewanym chorobliwym
urokiem. Serenissima jawi się jako miasto dziwaków i hochsztaplerów. Już na wejściu
kieszonkowiec kradnie Vincentowi portfel. Stary markiz, dawny przyjaciel ojca (w tej roli
sam Joseliani) okazuje się zmumifikowanym snobem, a sympatyczny tubylec - takim samym
robotnikiem jak Vincent, pracującym w identycznej fabryce.
Jednak włócząc się po Wenecji, spotykając przypadkowych ludzi, bohater odkrywa na
moment świat trochę inny niż ten, do którego przywykł. Jest radosny piknik na plaży,
cmentarz, gdzie rytualnie polewa się groby winem, jest leniwa przejażdżka gondolą - i
gorzka uwaga, że tam, skąd przybył, nikt już spontanicznie nie śpiewa, a wino używa
się do celów wyłącznie gastronomicznych, pomijając wymiar duchowy.
Mimo to Vincent wraca do domu. Nie wiemy, jak długo go nie było - o prawdziwym rozmachu
tej podróży świadczą jedynie wysyłane kartki pocztowe, niszczone systematycznie przez
żonę, oraz stojący na podwórzu zapuszczony samochód. W domu rodzina wita go tak, jak
gdyby po prostu wrócił z pracy. Następnego dnia o szóstej znów zadzwoni budzik. Czas
zatoczył pełne koło.
Joseliani opowiada tę historię prawie obywając się bez słów - płynnym obrazem, układającym
się w muzyczne niemal sekwencje. Od lat niezmienny, bardzo indywidualny charakter pisma
reżysera triumfuje tu niepodzielnie: zdumiewający realizm drobnych obserwacji, swobodna
kamera, konsekwentne unikanie zbliżeń i wszelakich ornamentów tworzą styl czysty i pełen
dystansu.
Figlarnym spojrzeniem i pełnym absurdu humorem łagodzi reżyser obraz świata daleki od
sielskiego landschaftu. Swoją nową ojczyznę postrzega dziś tak samo krytycznie jak
niegdyś ponurą i duszną rzeczywistość komunistycznej Gruzji. Owa diagnoza była
znacznie bardziej drapieżna we wcześniejszych francuskich filmach Joselianiego: w
"Ulubieńcach księżyca" czy "Żegnaj, stały lądzie", rozgrywających
się w środowisku miejskim. To tam pokazywał znudzone luksusem biedne bogate dzieci czy
zniedołężniałych dziadków zamykanych w osobnych pokojach na czas wykwintnego przyjęcia.
Tam pokazywał poniżenie i samotność, których doświadczają dzisiejsi mieszkańcy
mitycznej Europy.
Odpowiedź Joselianiego na ten stan rzeczy jest od zawsze taka sama. Pozwala swoim
bohaterom na niewinne szaleństwa, toleruje ich niegroźne fanaberie. Wyraża tym samym
bunt przeciwko całej naszej zuniformizowanej cywilizacji, opartej na bezmyślnym
konsumowaniu i kulcie młodości. Pozwala swoim staruszkom śpiewać i pić wino.
Przekonuje, że Wenecja jest w nas.
"W PONIEDZIAŁEK RANO" ("Lundi matin") scen. i reż. Otar Joseliani,
zdj. William Lubtchansky, muz. Nicholas Zourabichvili, wyst. Jacques Bidou, Anne Kravs -
Tarnavsky, Narda Blanchet, Radslav Kinski, Dato Tarielachvili, Adrien Pachod i inni. Prod
Francja / Włochy 2002. Dystryb. Gutek Film.
|