|
28 maja mija 120. rocznica śmierci Norwida
O sumieniu romantycznym słów kilka
Ks. Józef Tischner
Mamy się zająć ,,sumieniem norwidowskiego słowa". Ale Norwid to dziecko
romantyzmu. Czym jest u Norwida ,,sumienie słowa"? Jest samym Norwidem.
 |
 Cyprian Kamil Norwid |
|
Przypomnijmy najpierw kilka podstawowych prawd o romantyzmie w ogóle. Pisze Georges
Gusdorf: ,,Wiek romantyczny - z psychologicznego, moralnego, estetycznego i religijnego
punktu widzenia - jest czasem pierwszej osoby, czasem Ja, które może być związane z Ty
i które po zespoleniu z innymi Ja, może ukonstytuować My, które z kolei rodzi nowe
zabarwienie przestrzeni społecznej i politycznej" ("L'homme romantique",
Paris 1984).
A więc: odkrycie i radykalny zwrot ku Ja. Pierwsza osoba zajmuje należne jej miejsce. W
tym punkcie romantyzm najwyraźniej przeciwstawia się tradycji oświecenia, a pośrednio
również całej tradycji religijnej, dla której Ja miało wartość wyłącznie jako część
obejmującej wszystko całości. Powstaje pytanie: co to Ja znaczy?
W roku 1987 prof. Józef Fert (w owym czasie doktor filologii polskiej KUL) złożył
Wydawnictwu Ossolineum ofertę opracowania do serii "Biblioteka Narodowa" wyboru
wierszy lirycznych Norwida. Po kilku latach, w marcu 1991, autor pomysłu postanowił
zmienić koncepcję tomiku, zastępując Norwidowskie liryki wyborem myśli poety,
zawartych w tekstach dyskursywnych. Tomik miał nosić tytuł "Norwidowski
Alwar", który wkrótce zmieniono na "Sumienie Norwidowskiego słowa".
Po wpłynięciu maszynopisu do Wydawnictwa, w marcu 1992 r., prof. Jan Błoński, redaktor
naukowy ,,Biblioteki Narodowej" zwrócił się do zaprzyjaźnionego ks. prof. Józefa
Tischnera o napisanie recenzji i wstępu filozoficznego. Recenzja Księdza Profesora została
przedłożona Ossolineum w sierpniu 1992, zaś wstęp - w lutym 1993.
Jednakże połączenie filozoficznego tekstu Tischnera z krytycznoliterackim wstępem
Ferta i jego wyborem myśli Norwida wymagało szeregu zmian kompozycyjnych, co wynikało z
tradycyjnych założeń serii, o których respektowanie tak bardzo dbali kolejni
redaktorzy naukowi. Zwracał na to uwagę prof. Błoński: ""Biblioteka
Narodowa" nie może być miejscem analizy całej świadomości moralnej Norwida. To
ponad siły każdego autora wstępu i wyboru. Wstęp winien zatem - z jednej strony -
sytuować te myśli literacko, to znaczy wskazać źródła, umieścić historycznie,
wskazać na związek z określonymi gatunkami (...). Z drugiej strony wstęp winien porządkować
tę ogromną masę myśli. Ale nie porządkować filozoficznie..."
W wyniku tych uwag tekst całej pracy trafił ponownie do prof. Ferta, który miał dokonać
niezbędnych zmian. W tym czasie Wydawnictwu przyszło zmagać się z poważnymi trudnościami
finansowymi. W połowie lat 90. z funkcji redaktora naukowego ,,Biblioteki Narodowej"
zrezygnował prof. Jan Błoński, a później prof. Mieczysław Klimowicz. Nowym
redaktorem naukowym serii został prof. Andrzej Zawada. Jednakże wobec powstałych zaległości
w planie wydawniczym o tomiku myśli Norwidowskich niemalże zapomniano. Powrócono doń
dopiero w 1999 roku przy okazji wznowienia współpracy z prof. Fertem w związku z
kolejnym wydaniem "Vade-mecum" Norwida. Redaktor naukowy serii musiał wówczas
rozstrzygnąć dylemat, jak pogodzić "Sumienie słowa" z poetyką i tradycją
,,Biblioteki Narodowej", zwłaszcza że wstęp ks. Tischnera oceniano jako napisany
zbyt prostym językiem jak na wymogi edycji krytycznej. Pojawiły się też zastrzeżenia
w kwestii komentarzy, które w serii są nieodzowne, choć - zdaniem prof. Ferta - ich
przydatność w odniesieniu do wyboru myśli Norwida była problematyczna. Ostatecznie
prof. Fert zrezygnował z wydania "Sumienia słowa" w zasłużonej serii.
Będąc uczestnikiem tegorocznych Dni Tischnerowskich, miałem okazję przekonać się,
jak ogromnym autorytetem jest dla młodzieży postać ks. Tischnera. Dlatego też
postanowiłem powrócić do "niechcianego" tomiku i zachęcić prof. Józefa
Ferta, pomysłodawcę i autora koncepcji "Sumienia słowa" - do wydania go w
Ossolineum poza serią ,,Biblioteka Narodowa", oczywiście ze wstępem ks. Tischnera.
Książka trafi do księgarń przed Bożym Narodzeniem, a z tekstem ks. Tischnera
Czytelnicy "TP" mogą się zapoznać już dziś.
Wojciech Karwacki
dyrektor Wydawnictwa Ossolineum |
|
Zanim spróbujemy odpowiedzieć na to pytanie, posłuchajmy raz jeszcze cytowanego
historyka kultury: ,,Poczynając od niemieckiego wybuchu w ostatnich latach wieku - za
początek można uznać publikację Ateneum braci Schlegel (1798-1800) - romantyzm daje się
definiować jako oddanie należnego hołdu Ja. Chrześcijańska tradycja Ja, które
powinno budzić odrazę zgodnie z zasadami pokory, podobnie jak uniwersalizm oświecenia
spychały lub neutralizowały pierwszą osobę, która teraz w wyniku przewrotu wartości
staje się miejscem zakotwiczenia wszelkiej prawdy. Odwrócenie pierwszeństwa dotyczy nie
tylko jednostki; oświecenie mówiło nie tylko o człowieku, lecz również o Bogu.
Upadek teologii szedł w parze z upadkiem antropologii, którego wyrazem jest wyblakła
postać człowieka Locke'a, Condillaca i Destutta de Tracy. Wszelka prawda zostaje
przykrojona do wzorca legalności i obiektywności naukowej; deizm proponuje minimalny
stopień istnienia Boga. Bóg d'Alemberta i Condorceta, Bóg deistów angielskich lub
liberalnych teologów luterańskich w Niemczech nie jest niczym więcej, jak pozbawionym
substancji bytem lingwistycznym, ogołoconym z realnej tożsamości. Epoka oświecenia
jest wiekiem eutanazji boskości, związanej zresztą z eutanazją indywidualności".
Odzyskanie przez romantyków Ja oznacza odzyskanie ludzkiej tożsamości. Romantycy
protestują przeciwko podziałowi człowieka na duszę i ciało, na rozum i uczucie, na
zewnętrzność i wewnętrzność - w imię zasadniczej spoistości bytu ludzkiego, w imię
harmonii. Pociąga to za sobą przemianę teorii poznawania człowieka. Nie to jest
istotne, co ma do powiedzenia o człowieku zewnętrzny obserwator, ale to jest istotne, co
sam człowiek ma o sobie do powiedzenia. ,,Ja mówię" jest ważniejsze od ,,on mówi
o mnie". Ale mowa jest tu pojęta dość szeroko, nie tylko jako mowa ,,o czymś",
ale przede wszystkim jako ,,mowa podmiotowa", jako w y r a ż a n i e siebie tańcem,
śpiewem, płaczem, uśmiechem, bluźnierstwem, modlitwą. Człowiek mówi, gdy wyraża
siebie. Nie wystarczy opis, potrzeba wyrazu. Dotyczy to nade wszystko etyki. Czym jest
etyka? Jest najpierw i przede wszystkim sposobem bycia człowieka.
Mamy się zająć ,,sumieniem norwidowskiego słowa". Ale Norwid to dziecko
romantyzmu. Czym jest u Norwida ,,sumienie słowa"? Jest samym Norwidem. Norwid
pozwala, by strumień życia przepływał przez jego wnętrze i znalazł tam swój sąd,
jeśli nie ostateczny, to jednak nieodwołalny. Szukamy u Norwida definicji sumienia. Czym
było? Jak je rozumieć? Oto definicja: sumieniem jest sam Cyprian Kamil Norwid.
Spróbujmy zrozumieć myślenie Norwida-sumienia, rzucając je na nieco szersze tło
romantyzmu. Wybierzmy w tym celu kilka cytatów z klasyków romantyzmu i pozwólmy im oświetlić
naszą postać. Nie chodzi jednak o śledzenie wpływu jednego myśliciela na drugiego,
lecz raczej o pokazanie, w jaki sposób te same idee podstawowe urzeczywistniają się w
konkretnych przypadkach.
Promień sumienia
Nie jest prawdą, jakoby romantyzm - podnosząc znaczenie Ja - absolutyzował jednostkowość
i czynił z niej ,,monadę bez okien". Prawdą jest natomiast, że odrzucał taką
koncepcję wspólnoty, w której nie było miejsca dla Ja. Ja romantyczne wychodzi z
siebie i wchodzi w intymne związki z Ty, ma też nadzieję, że na tej drodze osiągnie
nowe My - nową wspólnotę. Jak wygląda droga od Ja do Ty i My? Oto jeden z klasyków
francuskiego romantyzmu Maine de Biran. Czy Norwid znał jego prace? Trudno na to pytanie
odpowiedzieć. Zdumiewające jest jednak podobieństwo dróg.
Wychowany w tradycji empiryzmu, którego rzecznikami byli Condillac oraz Destutt de Tracy,
staje się Maine de Biran wielkim odkrywcą wymiaru Ja i jego związków z Ty i My. Pisze
on o trzech poziomach stosunku człowieka do człowieka. Poziom pierwszy jest wspólny człowiekowi
i zwierzętom, zwłaszcza zwierzętom społecznym. Istota żywa - człowiek, zwierzę -
,,współodczuwa" drugą istotę żywą. Stąd możliwe są wspólne zachowania:
zabawa, rozmnażanie, budowanie gniazd, karmienie potomstwa. Autor cytuje Rousseau: ,,czuję,
że w nim jestem i aby samemu nie cierpieć, nie chcę, aby on cierpiał". Już na
tym poziomie natrafiamy na jakiś zarodek ,,zmysłu moralnego". Ogniskiem jest
cierpienie. Cierpienie jest ciężarem, ale zarazem jedynym w swoim rodzaju
wtajemniczeniem. Mój ból łączy się z bólem innego, ból innego łączy się z moim bólem.
Jeden nosi ciężar drugiego. Jeden drugiego wyzwala z jego ciężaru.
Poziom drugi jest poziomem specyficznie ludzkim. ,,Współodczuwanie" - consensus -
staje się ,,współodczuwaniem osobowym". Człowiek odkrywa i uznaje w drugim coś,
co odkrywa w sobie: ,,wolną aktywność, osobową własność, a w następstwie tego również
prawa podobne do swoich". Można przeniknąć we wnętrze drugiego, można rozmawiać
z nim, można nawet przemówić do niego jego własnymi słowami. Czytamy: ,,Jak przez
consensus sympatyzujący, człowiek współodczuwa afekty, jakich drugi doznaje, tak przez
consensus osobowy, czynnościowy, poznaje razem z nim jego wrażenia, a umiejscowiony
jakby w centrum inteligencji oraz woli, która jest zarazem w nim i z nim, osądza z tego
wyższego miejsca jego uczucia, jego najbardziej intymne chcenia, jego skryte działania:
jako bezstronny świadek pochwala je i potępia, i jest przekonany, że słyszy
rozbrzmiewający w swej duszy głos, jak echo odbite, na które odpowiada słowami
drugiego; jednostka wie wraz z drugim, co się w niej dzieje, i poprzez siebie wie, co się
dzieje w drugim" (Maine de Biran "Oeuvres choisies", Paris 1942).
Człowiek przekracza mur dzielący go od drugiego człowieka. Nie niszczy jednak człowieka.
Romantyzm zadaje kłam metodologii pozytywistycznej, która - próbując poznać człowieka
- poddaje go schematom zewnętrznym, obiektywnym, rzeczowym. Poznanie pozytywistyczne
reifikuje. Jest przykładem tego, jak można poznać i jednocześnie nie rozumieć. Aby
rozumieć, trzeba wyjść poza swą skorupę i otworzyć się na słuchanie. Jest w duszy
przestrzeń, w której odbija się, jak echo, mowa drugiego. Mogę swoim głosem wypowiadać
jego prawdę. I drugi może swoim głosem wypowiadać moją prawdę.
Myślę, że całe myślenie Norwida znajduje się na tej linii. Jego pozorny
,,obiektywizm" jest w gruncie rzeczy ,,subiektywizmem w wielości". ,,Sumienność
słowa" znaczy nie tylko po prostu trafność. Znaczy wydobywanie znaczenia słów z
treści sumienia. Osadzanie ich na sumieniu. To stara sokratejska zasada: tak mówić, by
stać się akuszerem prawdy. Dać słowo i... odejść. Odtąd słowo samo dookreśli,
uformuje sumienie. I kiedy człowiek obdarowany takim słowem zechce w jakiejś chwili
zrobić sobie rachunek sumienia, nawet nie będzie wiedział, że robi go za pomocą słowa,
które kiedyś zasiał w nim poeta.
Ale dopiero na trzecim poziomie świadomość staje się pełną świadomością moralną.
Rości ona sobie pretensje do wypowiadania sądów absolutnych. Świadomość moralna jest
sądzeniem absolutnym - sądzeniem siebie i innego, innego i siebie. Od takiego sądu nie
będzie już odwołania. Wzmianka o sądzie ,,absolutnym" nie powinna dziwić,
ponieważ dla Maine de Birana ,,nie ma nauki, jak tylko nauka o absolucie, o tym, co trwa,
mimo zmienności". Rzetelna wiedza jest współ-wiedzą z Bogiem. Człowiek, który
osiąga taką wiedzę, wznosi się do punktu widzenia Boga i ogląda to, co konieczne, to,
co jest. Nie jest już w czasie, jest w wieczności i widzi prawdy wieczne. Oczywiście,
ideał ten nie jest łatwy do osiągnięcia. Ale jest możliwy. Przede wszystkim w
dziedzinie moralnej.
Pisze Maine de Biran: ,,Aby człowiek zmysłowy i zarazem obdarzony inteligencją mógł
być podmiotem działań moralnych, trzeba, żeby mógł przenieść swe Ja we wnętrze każdej
sobie podobnej formy, uznając w niej takie samo Ja, przyznając wolę, moc działania,
czucia, uczucia i prawa, jakie sam posiada. Tak więc nie może on zamykać się w sobie,
nie może działać wyłącznie w sobie i dla siebie, jakby stanowił jedyne centrum świata
zmysłowego, lecz musi odnaleźć siebie we wszystkich bytach sobie podobnych. Przypisując
drugiemu wrażenie bólu i przyjemności, człowiek podziela w jakimś stopniu jego
uczucia lub zgadza się na nie; a gdy próbuje ulżyć w bólu i słabości innemu, to
jakby sam siebie wyzwalał za zło, jakiego doznaje".
Granice zostały przekroczone. Powstała świadomość moralna jako świadomość szczególnej
wspólnoty - świadomość ,,moralnego zjednoczenia", jak się wyrażał Norwid.
Pisze Maine de Biran: ,,Tak rodzi się świadomość moralna w sensie właściwym, nie będąca
niczym innym jak świadomością Ja, która się podwaja i widzi siebie w drugim, jak w ożywionym
zwierciadle, które odbija mu jego obraz".
Kluczem do moralności pozostaje nadal cierpienie. Jak ulżyć w cierpieniu? Jak podtrzymać
w słabości? Jak wyzwolić spod zła, które zabija? Odpowiedzią nie jest zachowanie
takiego lub innego przykazania, odpowiedzią nie jest ,,uczynek" - odpowiedzią jest
cały sposób bycia człowieka.
Rozważmy jeszcze jeden charakterystyczny fragment z Maine de Birana: ,,Silny mierzy swe
prawa wedle swych sił; słaby podlega prawu konieczności. Wyposażcie jednak silnych
uczuciem sympatii i miłości, a wtedy jego względna siła rozciągnie się nad słabym w
celu podtrzymania go a nie uciskania, ponieważ ucisk i nieszczęście kogoś podobnego
jest dla uciskającego źródłem cierpienia, a nadużycie siły widziane od strony
silnego jednocześnie go rani i porusza; natomiast spiesząc z pomocą słabemu i nieszczęśliwemu
zaspokaja pierwszą potrzebę swej ekspansywnej wrażliwości i słucha pierwszego krzyku
swego sumienia, poddaje się pierwszemu prawu swej moralnej natury, władającej nim
powinności, której złamanie sprawia ból".
Wydaje się, że romantyczna propozycja rozwiązuje stary dylemat świadomości moralnej:
jak, nie będąc samemu świętym, można pouczać o świętości innych? Bohater
romantyczny nie kryje swoich wad. Boleje nad nimi. Mimo to świadomość znikomości
moralnej nie zwalnia go od ,,poprawiania" innych. Wymagania, jakie stawia innym, są
zarazem wymaganiami, jakie stawia samemu sobie. Jego krytyka innych jest bardziej z
pozycji wiedzącego niż z pozycji świętszego.
Z tym istotnym uzupełnieniem, że ,,wiedzący" nie znaczy ,,lepiej
poinformowany", lecz ,,głębiej wtajemniczony" - wtajemniczony przez
cierpienie. Bo są prawdy i prawdy - prawdy, do których można dojść przez czytanie książek
i prawdy, do których dochodzi się przez pracę przy pługu, przez modlitwę u stóp krzyża,
przez cichy płacz w chwilach zupełnej bezradności. Kto posiadł taką prawdę, ma prawo
sądzić wedle niej świat nie wyłączając siebie samego.
Subiektywność romantyczna
Refleksje nad ,,romantyczną subiektywnością" natrafiają na podstawowe trudności
terminologiczne. Większość kłopotów wiąże się z pojęciem ,,Gemüt", które
okazuje się niemożliwe do przetłumaczenia. Słowo to wskazuje na ,,jądro człowieka"
- człowieka romantyzmu. W miejscu, gdzie myśliciele oświecenia chcieli widzieć rozum,
a więc w samym środku człowieka, romantyzm odkrywa ,,Gemüt". Człowiek romantyzmu
nie chce być istotą rozumną w sensie, jaki pojęciu temu nadał racjonalizm oświeceniowy,
co jednak nie znaczy, że chce on pozostać ,,istotą nierozumną". Jego nadzieją
jest mądrość. Aby osiągnąć ideał mądrości, nie wystarczy umiejętność
manipulacji pojęciami, lecz potrzeba wglądu w tajemnicę cierpienia i odwagi ryzykownego
wyboru. Nie jest prawdą, że romantycy - przynajmniej klasycy romantyzmu - mieli w
pogardzie rozum, prawdą jest natomiast, że wzywali do ,,reformy rozumu".
Jeśli oświecenie głosiło, że - jak pisał Hegel - człowiek jest rozumem, to
romantyzm modyfikował ten pogląd głosząc, że człowiek ma rozum. Kim zatem jest ten,
kto ma rozum? Kim jest człowiek? Pytaniu temu można nadać charakter pytania o
transcendentalne warunki możliwości: jak musi być zbudowana romantyczna subiektywność,
aby był dla niej możliwy taki a nie inny ,,odbiór" świata. Czy może być wyłącznie
kalkulującym rozsądkiem? Czy może być samym zapatrzonym w idee rozumem? Czy może być
samą zmysłowością, bawiącą się pięknem tego świata? Wiadomo, że musi być czymś
więcej? Czym?
Odpowiedź zawiera słowo ,,Gemüt". Co ono znaczy?
Pisze Gusdorf: ,,Gemüt w przeciwieństwie do władz, dzięki którym jest możliwa budowa
systemów rozsądku, wprawia w ruch władzę pragnienia, wrażliwości uczuciowej,
sentymentu, innych niż racjonalne źródeł egzystencji i poznania. Mobilizuje impulsy męskiej
wspaniałomyślności, charakterystycznej dla animus, jak również aktywnej i pasywnej
czułości, charakterystycznej dla anima - drugiego żeńskiego głosu ludzkiej
rzeczywistości, siły i słabości sentymentów i miłości. Romantyczne po-znanie
(,,co-naissance", dosłownie ,,współrodzenie", przyp. J.T.) nadaje spotkaniu
bytu ludzkiego z bytami i rzeczami wartość symboliczną zaślubin mistycznych, powoduje,
że drogi i środki analiz dyskursywnych, równań wedle technik aksjomatycznych, stają
się śmiesznie niewystarczające. Gemüt oznacza zanurzenie człowieka we wszechświecie;
dzięki niemu byt ludzki odnajduje swe miejsce w obrotach Bytu, w ogromie zmienności
znaczeń, w łonie których poruszamy się i jesteśmy, bez możliwości ostatecznego
wydobycia się z nich i zapanowania nad całością, zredukowaną do poziomu posługi pojęciu
spekulatywnemu".
,,Gemüt" jest otwarciem na cały romantyczny świat i jest zarazem sposobem
smakowania tego świata. ,,Smakowanie" oznacza również zaangażowanie. Można zatem
powiedzieć: ,,Gemüt" jest zasadą, jest podstawą, jest fundamentem.
Rozważanie tajemnicy człowieka od strony jego ,,podstawy" jest dziedzictwem
mistycyzmu. Romantyzm jawnie przyznawał się do tego dziedzictwa. Może więc nie od
rzeczy będzie przypomnieć tutaj myśl Mistrza Eckharta, jednego z praojców romantyzmu.
Oto, co pisze na temat ,,podstawy" u Eckharta jeden ze znakomitych jego znawców,
Erwin Waldschutz: ,,Myślenie (...) ujawnia się w perspektywie myślenia podstawowego
jako pomyślenie; następuje ono po pierwszym jako drugie, jest wobec podstawy tym, co już
podwajające, co podwojone. Podstawa udziela się więc myśleniu jako to, co jest do myślenia,
co dla Eckharta jest "najbardziej godne myślenia"; sama podstawa nie jest
jednak myśleniem, lecz udziela się myśleniu na sposób doświadczenia. Doświadczenie
jest dostosowanym do podstawy sposobem dania".
Zobaczmy to bardziej konkretnie. Myślenie jest nie tylko ,,czyimś" myśleniem, lecz
również ,,myśleniem komuś", ,,dla kogoś". Podstawą myślenia jest nie
tylko ten, kto myśli, ale i ten, komu myśli. U Kanta podmiotem myślenia racjonalnego
jest ,,czysty podmiot świadomości", ,,apercepcja transcendentalna", o której
nie możemy powiedzieć nic oprócz tego, że jest ,,formą", która ,,musi móc"
towarzyszyć przedstawieniom. Romantyzm nie niszczy tego podmiotu. W każdym razie nie
potrzebuje tego. Umiejscawia go jednak w innym kontekście, zakorzenia w nową ,,podstawę".
W wyniku tej zmiany - mówiąc obrazowo - podstawa znalazła się na dachu. Gemüt jest świadomością
podstawy. Podstawa jest tu dana, dana w doświadczeniu, specyficznym, niemniej doświadczeniu.
Dopiero w wyniku tego ,,dania" podstawa może ,,być myślana". Nie jest jednak
myślana tak, jak się myśli o rzeczach - przedmiotowo, rzeczowo. Prawdę rzekłszy, nie
myśli się ,,o" podstawie. Myśli się podstawą. Podstawę się wyraża. Wchodząc
w świat, wyrażamy jednocześnie nasz sposób przeżywania świata - sposób ,,karmienia
się" światem. W tym sposobie ukazuje się ten, kto myśli, razem z tym, komu myśli.
I znów powraca problem nazwania. Francuzi próbują tłumaczyć przez ,,serce", mając
za sobą ,,serce Pascala", które ,,ma swoje racje". Pewną wskazówką jest również
Biblia: ,,zbłądzić w sercu", ,,czcić Boga w sercu", przechowywać ,,w
sercu" prawdę. Tak czy owak ,,serce" to tylko metafora. Czy można postąpić
krok do przodu w rozumieniu tej metafory?
Spójrzmy od drugiej strony - od strony ,,nastroju". Romantyczny ,,nastrój"
jest drugą stroną ,,serca". ,,Serce" nastraja człowieka na odbiór określonych
,,głosów" tego świata. Z ,,winy serca" człowiek pewne głosy pomija, a pewne
przyswaja. ,,Nastrój" jest jednak nie tylko sposobem odbioru świata, lecz również
sposobem odbioru siebie - własnego ,,serca". Można powiedzieć: troska o świat i o
innych splata się z troską o siebie - o los ,,swojego serca". Tak bowiem jest, że
trzeba przyznać ,,sercu" prawo do ,,bycia sercem". Nie wolno przeistaczać
,,serca" w rozum, w zmysły, nawet w wolę. Troska o własne ,,serce" pozostaje
jednak w ścisłym związku z troską o cudze serce. Serce sercem. Inaczej z rozumem. Tu
można kształcić własny rozum bez troski o cudzy. Los ,,serca" jest wspólnym
losem ,,serc". Ale nastrój jest zawsze nastrojem radykalnie indywidualnym. Nastrój
to ,,klimat duszy". Każda dusza ma swój ,,klimat": są dusze gorące, chłodne,
zimne, dusze pogodne i pochmurne, dusze burzliwe i spokojne, dusze kojące i niepokojące.
Poprzez ,,klimat" odgadujemy ,,wrażliwość serca".
Poprzez ,,serce" romantyzm stara się odzyskać dla człowieka zapomnianą sferę życia
emocjonalnego. Nie oznacza to jednak przekreślenia rozumu. Idzie raczej o ,,reformę
rozumu". Rozum to władza ,,smakowania" świata. Świat ma wiele ,,smaków"
i każda niemal ,,władza" człowieka służy do jakiegoś ,,smakowania" świata.
,,Smakowanie" przez rozum ma szczególny charakter. Oddaje go łacińskie słowo
sapere. ,,Sapere" przechodzi w ,,sapiens" - w ,,homo sapiens". Mieć
,,rozum", znaczy tak ,,smakować" (sapere) świat, by mógł z tego rosnąć
homo sapiens - naprawdę mądry człowiek.
Niewątpliwie można w szerokim nurcie romantyzmu natrafić na skrajne, w których krytyka
rozumu pójdzie jeszcze dalej. Przykładem jest choćby ,,idealizm magiczny"
Novalisa. Nie sądzę jednak, by trzeba było do nich zaliczyć Norwida. Widzę Norwida
nie jako krytyka rozumu, lecz jako jego reformatora.
Co u Norwida może być odpowiednikiem ,,Gemüt" i ,,serca"? Wydaje mi się, że
jest nim s u m i e n i e. Jego ,,sumienny mąż" to człowiek, który odpowiedzialnie
odpowiada na swoiste doświadczenie świata - doświadczenie bólu, niewoli, ofiary składanej
na próżno. Norwida różni od całego zachodnioeuropejskiego romantyzmu ból, jakiego
doznaje on i inni jemu podobni. Jest to ból zniewolonego człowieka, zniewolonego narodu.
Inna więc musi też być jego sapientia - jego mądrość. Mądrość ta pragnie świadomie
stać się częścią mądrości narodowej. Ocena ludzi miesza się w niej z ocenami całego
narodu i wszystkiego, czym naród żyje, z religią łącznie. U Norwida natrafiamy na coś,
czego na próżno szukalibyśmy w romantyzmie francuskim czy niemieckim - myśli o pracy
ludzkiej. Czy to zapowiedź nadchodzącego pozytywizmu? Jeśli nawet tak, to myślenie o
pracy u Norwida jest myśleniem ,,wedle sumienia", a więc wedle tego, co dla
romantycznego człowieka podstawowe. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze ,,nastrój".
Sumienie Norwida jest sumieniem ,,nastrojonym" na określony odbiór świata. Jest w
tym nastroju wiele goryczy, ironii, szyderstwa. Czy można opowiedzieć bliżej o tym,
jaki to ,,nastrój"? Najczęściej mówimy: ,,cały Norwid", jest w tym nastroju
,,cały Norwid".
I tak powraca do nas ,,definicja" norwidowskiego sumienia: Cyprian Kamil Norwid.
|