|
Czy zagrabione w czasie II wojny światowej niemieckie dobra kultury powrócą z Rosji?
Szlak bursztynowy Berlin - Moskwa
Nawojka Cieślińska
Jak w wielkiej misce jajecznicy" - tak zapamiętała Bursztynową Komnatę moja Mama,
która widziała ją w 1942 r. w Królewcu, będąc tam na robotach przymusowych. Może
niepochlebny sąd był skutkiem okoliczności. Być może jednak sława zabytku brała się
bardziej z bogactwa materiału niż z jego artystycznej wartości. Wątpliwość tę będzie
można rozstrzygnąć już 31 maja, kiedy to prezydent Rosji Władimir Putin i kanclerz
Niemiec Gerhard Schröder dokonają wspólnie uroczystego otwarcia repliki legendarnej
komnaty.
Uroczystość odbędzie się w Pałacu Jekaterinskim w Puszkinie pod Petersburgiem przy
okazji obchodów 300-lecia metropolii nad Newą i stanowić ma apogeum "królewskiego"
spotkania kilkudziesięciu prezydentów i premierów, którzy potem przeniosą się do
pobliskiego Pałacu Konstantynowskiego, odrestaurowanego na tę okoliczność za sumę 230
milionów dolarów.
Dwie legendy
 |
 Bursztynowa Komnata |
|
Bursztynowa Komnata - wykonana na początku XVIII w. przez królewieckich i gdańskich
rzemieślników dla berlińskiej rezydencji króla Prus Fryderyka I - już w 1716 r.
skazana została na symboliczną rolę w stosunkach niemiecko-rosyjskich. Fryderyk Wilhelm
I podarował ją wówczas carowi Piotrowi Wielkiemu dla przypieczętowania
rosyjsko-pruskiego sojuszu. W Petersburgu, nowej stolicy cara, dębowe panele o łącznej
powierzchni większej niż 100 metrów kwadratowych, inkrustowane 6 tonami wysokiej klasy
bursztynu, zainstalowano najpierw w Pałacu Zimowym. W 1760 r. zamontowano je trwale w
rezydencji znajdującej się w podmiejskim Carskim Siole. Wzbogacone o lustrzane pilastry,
florenckie mozaiki z kamieni szlachetnych, złocony fryz i rokokowe supraporty - trwały w
tej formie przez niemal dwa wieki, obrastając legendą Ósmego Cudu Świata.
Rewolucja Październikowa nieco ten bursztynowy cud naruszyła, ale o jego losach
zdecydowała dopiero jesień 1941 r. Wtedy to (zgodnie z życzeniem Hitlera, który widział
w sobie kontynuatora pruskich królów, a w Bursztynowej Komnacie wcielenie pruskiego
geniuszu) specjalna jednostka Wehrmachtu zdemontowała dzieło w Pałacu Jekaterinskim i
przetransportowała je do Królewca. Rosjanie zdołali jedynie usunąć odpowiednio wcześnie
ponad 100 obiektów z wyposażenia Komnaty, oczywiście także wykonanych z bursztynu: stołów,
komód, pudeł i kompletów szachów, które w większości przetrwały, ukryte na
Syberii. W 1942 r. na zamku królewieckim udostępniono Komnatę zwiedzającym. Tam też
widziano ją po raz ostatni w 1943 r. Potem ślad po niej zaginął.
I zaczęła się druga legenda Bursztynowej Komnaty. Żadne inne dzieło zaginione podczas
II wojny światowej nie animowało w takim stopniu fantazji, pomysłowości, a i środków
tylu ludzi oraz instytucji. Szukali jej Rosjanie, alianci zachodni, służby specjalne
NRD, a po zjednoczeniu także RFN, i setki poszukiwaczy skarbów.
Mieszkający od dziesięcioleci w Lichtensteinie niemiecko-rosyjski baron Eduard von
Falz-Fein wyznaczył nagrodę 500 tys. dolarów za znalezienie Bursztynowej Komnaty i
wspierał latami klub jej poszukiwaczy. Do pasjonatów tematu należy także obecny
redaktor naczelny tygodnika "Der Spiegel" Stefan Aust. Niedawno nawet nasza
"Rzeczpospolita" patronowała superpoważnej próbie odnalezienia zabytku w
Bolkowie na Dolnym Śląsku.
Jednocześnie Komnata stała się w powojennej historii ZSRR i Rosji symbolem grabieżczej
polityki Trzeciej Rzeszy. Symbol był nośny, prawdziwy, nasycony emocjami, a jednocześnie
niezwykle skutecznie instrumentalizowany przez polityków i propagandę, tak w stosunkach
międzynarodowych, jak, jeszcze silniej, w odniesieniu do własnego społeczeństwa.
O Komnacie słyszeli wszyscy, ale o setkach tysięcy dzieł sztuki i rzemiosła
artystycznego, milionach książek i kilometrach archiwaliów - ciągle ukrywanych w
tajnych magazynach rosyjskich muzeów, bibliotek i archiwaliów z petersburskim Ermitażem
i moskiewskim Muzeum Puszkina na czele - świat dowiedział się po raz pierwszy w 1991 r.
Wtedy też dopiero wyszło na jaw, że ich "zabezpieczeniem" na terenach należących
i podbitych przez III Rzeszę zajmowały się z rozkazu Stalina specjalne
"trofiejne" brygady Armii Czerwonej. A do rosyjskiej opinii publicznej, dla której
Komnata jest jedną z ikon Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, nigdy, nie tylko w latach
komunizmu, ale i obecnie, nie dotarła świadomość, że w latach 1945-1952 Stany
Zjednoczone zwróciły z Niemiec do ZSRR ponad pół miliona dóbr kultury zagrabionych
przez hitlerowców. Stanowi to zdecydowaną większość zrabowanych podczas wojny i
zachowanych ruchomych dóbr kultury z terytorium b. ZSRR.
Dlatego, zanim w końcu maja rozbłysną w Petersburgu pałacowe światła, a w
filharmonii zabrzmią odrestaurowane z niemiecką pomocą organy, warto zapytać, czy
obydwa - tak serdecznie sprzymierzone dziś rządy - dokonały rzeczywistego postępu w
procesie restytucji dóbr kultury przemieszczonych w czasie ostatniej wojny.
To ten cel, nie zaś paradna, choć zdradliwa symbolika Komnaty, skłoniły Berlin do
politycznego zaangażowania się w rekonstrukcję obiektu, który najpewniej rzeczywiście
spłonął w Królewcu w 1945 r. Bez tego niemiecki koncern Ruhrgas, należący do największych
importerów rosyjskiego gazu, nie wyasygnowałby w 1999 r. sumy 3,5 mln. dolarów, umożliwiającej
zakończenie prac rozpoczętych przez rosyjskich szlifierzy bursztynu w początku lat 80.
i wstrzymanych w 2. poł. lat 90. ze względu na brak funduszy z Moskwy. Ruhrgas postawił
Ministerstwu Kultury Rosji dwa warunki: zakończenie prac do 2003 r. oraz zachowanie przez
firmę wyłączności w sponsorowaniu przedsięwzięcia.
Pięćdziesięciu znakomitych fachowców w oparciu o stare fotografie, rysunki i
osiemdziesiąt zachowanych autentycznych detali wykonało na czas niesłychaną robotę.
Dzięki niej - historyczne - zbliżenie Rosji i Niemiec znów opromienione zostanie
bursztynowym blaskiem.
Zgodna współpraca?
Nie ma to jednak wiele wspólnego z faktycznym postępem, a już z pewnością nie oznacza
przełomu w opornej niemiecko--rosyjskiej materii restytucyjnej.
Nie jest bowiem tak, jak sugerował minister kultury Rosji Michaił Szwydkoj na
konferencji 13 maja br. zorganizowanej z okazji oficjalnego zakończenia prac nad repliką
Bursztynowej Komnaty. Jego zdaniem linia demarkacyjna biegnie między zgodnie współpracującymi
przedstawicielami stron rosyjskiej i niemieckiej a grupą, która nie rozumie, że zimna
wojna jest już przeszłością. Ministrowi chodziło o niedawne zatrzymanie przez rosyjską
Prokuraturę Generalną 362 rysunków starych mistrzów ze zbiorów Bremeńskiej
Kunsthalle, znanych jako kolekcja Bałdina, które miały w końcu marca wrócić do
Niemiec i być eksponowane w Bremie.
Gdyby przełożyć słowa Szwydkoja na fakty, to za zgodną współpracę należało by
uznać wytrwałe wkupywanie się Niemców w możliwość dotarcia, a potem odzyskiwania -
każdorazowo z klauzulą wzajemności lub stosownego zadośćuczynienia - pojedynczych dóbr
kultury. Niemieckie zasoby w Rosji szacowane są na ok. 200 tys. dzieł sztuki, ponad 2
miliony książek i ponad 3 kilometry archiwaliów.
Dodajmy, że po ponad 13 latach od niemiecko-rosyjskiego traktatu z 1990 r., literalnie
zobowiązującego obie strony do wzajemnego zwrotu przemieszczonych dóbr kultury,
kolekcja Bałdina stanowiłaby dopiero drugi przykład takiej restytucji. Pierwszym były
zwrócone jesienią ubiegłego roku z Ermitażu gotyckie witraże kościoła we
Frankfurcie nad Odrą. W zamian za nie Niemcy zobowiązali się do finansowania
rekonstrukcji zniszczonej cerkwi w Nowogrodzie. Wcześniej miały miejsce drobne, dające
się policzyć na palcach jednej ręki "zwroty" z Rosji, zawsze obwarowane
warunkiem wzajemności.
Wszystkie je łączy to, że miały miejsce już za prezydentury Putina i po wejściu w życie
ustawy Dumy dotyczącej dóbr kultury, przemieszczonych w wyniku II wojny na teren
Federacji Rosyjskiej. Ustawa ta stanowi, że państwo rosyjskie jest właścicielem tych dóbr
zdobytych przez Armię Czerwoną, które stanowiły własność Trzeciej Rzeszy, jej
instytucji, organizacji i obywateli, z nielicznymi wyjątkami (gdy posiadaczami były
ofiary hitlerowskich prześladowań, organizacje kościelne i charytatywne).
Praw tych nielicznych wyjątków, podobnie jak zwrotu dóbr kultury przez państwa
trzecie, które nie należały do osi (np. Polskę), można dochodzić, ale w drodze
skomplikowanego i kosztownego postępowania. Ustawa dopuszcza zresztą wobec państw
(dawniej) wrogich szczególne postępowanie w przypadku obiektów dla ich kultury szczególnie
cennych, co oznacza tyle, że odzyskanie tych dóbr będzie jeszcze trudniejsze i jeszcze
droższe.
Bo też Rosjanie uznali zdecydowaną większością głosów swoich deputowanych, że zabór
dóbr kultury na terenach dawnej Trzeciej Rzeszy był prawnie uzasadnioną kompensacją za
zniszczenia radzieckiego i rosyjskiego zasobu kulturowego, a tym samym zdobyte obiekty -
jako restytucja zastępcza - przechodzą na własność Rosji. Na takie postawienie sprawy
nie zdobył się nawet Związek Radziecki, który swe trofea wstydliwie ukrył, a kiedy w
połowie lat 50. zdecydował się zwrócić część dóbr kultury pochodzących z terenów
NRD, dokonał tego "w geście braterskiej przyjaźni", co (niezależnie od
ideologicznej oprawy) odbyło się bez ekwiwalentów rzeczowych czy materialnych.
"New deal"
Tymczasem Ustawa Dumy stoi w sprzeczności z obowiązującym Rosję traktatem z RFN
podpisanym w 1990 r., podobnie zresztą jak z analogicznymi traktatami zawartymi z Polską
i innymi krajami. Kłóci się też ze zobowiązaniem podjętym przez Federację Rosyjską
przy przyjęciu jej do Rady Europy w 1996 r. Inna jest też wykładnia i praktyka
restytucyjna aliantów zachodnich, przede wszystkim Amerykanów, którzy założyli
bezwarunkowy zwrot przemieszczonych dóbr kultury, hołdując zasadzie, że na grabież
nie odpowiada się grabieżą.
Innymi słowy: zgodnie z Konwencją Haską z 1907 r. oraz odpowiednimi ustaleniami w
procesach norymberskich, dobra kultury w czasie wojny nie podlegają zaborowi i nie mogą
być przedmiotem restytucji zastępczej. To obowiązujący dziś w prawie międzynarodowym
standard. Tyle że, jak widać po interwencji w Iraku, prawo międzynarodowe można
interpretować na różne sposoby.
Niemcy w sprawie restytucji stoją oczywiście po stronie amerykańskiej. Jednocześnie z
nadzwyczajną determinacją próbują dotrzeć do swego zamrożonego w Rosji dziedzictwa.
Prowadzi się robocze negocjacje w kilku grupach i na różnych szczeblach, zdarzają się
wysokie interwencje polityczne, ćwiczono strategie kija i marchewki.
Troje kolejnych ministrów kultury w rządzie Schrödera wypracowało nową formułę. Zakłada
ona, że proces restytucyjny należy wpisać w kontekst intensywnie rozwijanych
bilateralnych stosunków społeczno-kulturalnych. I dopiero w ich obrębie załatwiać
zwroty, cierpliwie, krok po kroku. Nie wyklucza się też niemieckiej pomocy materialnej
przy odbudowie lub rewaloryzacji zniszczonych rosyjskich zabytków (tyle że ma się ona
dokonywać za pośrednictwem niemieckiej gospodarki, a nie napiętego budżetu
federalnego).
Słowem: polityka "new deal". Już nawet media RFN przestały udawać, że to
jedynie "uciążliwy dialog polityczny", a wszelkie podobieństwo do wymiany czy
transakcji wiązanych pozostaje przypadkowe. Trudno się więc dziwić, że i prezydent
Putin, i proeuropejski minister Szwydkoj oceniają tę politykę jako pomyślną. A
Rosjanie przebąkiwali niedawno w Berlinie, że może uda się zmienić treść
"zimnowojennej" Ustawy Dumy.
Jest wreszcie coś, co budzi największą zazdrość wszystkich obserwatorów problematyki
restytucji. Oto Niemcy z absolutną konsekwencją i z użyciem znacznych środków od
samego początku lat 90. wysyłają do Rosji swoich fachowców i stypendystów, którzy
zajmują się (gdy tylko strona rosyjska do tego dopuszcza) identyfikacją i opracowaniem
na miejscu odkrywanego po latach dziedzictwa. Finansuje się niemiecko--rosyjskie projekty
badawcze, opłaca wykonywanie dokumentacji, organizuje się pobyty stypendialne Rosjan w
Niemczech, specjalistyczne konferencje, ostatnio nawet otwarte debaty polityków, wspiera
działalność wydawniczą. Korzyści z gromadzonej w ten sposób wiedzy stają się udziałem
wszystkich zainteresowanych.
Paradoksalnie wygląda jednak na to, że to właśnie pieniądze (a może raczej tryb ich
wydawania) są źródłem błędów w polityce strony niemieckiej. Mści się podjęta
pochopnie w 1992 r. decyzja rządu niemieckiego o zapłaceniu wysokiego odszkodowania za
zwrot skradzionego w czasie wojny przez amerykańskiego żołnierza ewangeliarza z
Kwedlinburga. W świetle prawa amerykańskiego ewangeliarz i tak musiałby wrócić do
Niemiec. Nadto Moskwa, wcześniej skłonna do restytucji, usztywniła wtedy swoje
stanowisko.
A skoro zaczęło się płacić, niełatwo się od tego uwolnić. I płacąc jednemu, nie
można się dziwić, że inni zainteresowani oczekują tego samego. Nie zwiodą ich
zapewnienia, że nie ma mowy o wymianie czy zadośćuczynieniu. Co gorsza, w grupie
adwersarzy powstaje przekonanie, że o jednych się zabiega, a innym stawia się warunki.
Lepiej może przyjąć względnie przejrzyste i konsekwentne reguły postępowania, w
oparciu o nie budować sojusze interesów, niż układać samotne scenariusze, rzekomo
oszczędniejsze, a w istocie nie tylko kosztowne, ale i mało efektywne.
Decydujące rozdanie
Nowe i zapewne decydujące rozdanie w restytucyjnej grze zaczęło się w końcu lutego
tego roku. I dotyczy wszystkich państw, instytucji i osób, które mają podstawy sądzić,
że ich dobra kultury w końcu II wojny światowej mogły zostać przemieszczone na teren
b. ZSRR i odpowiednio, dzisiejszej Rosji.
Ruszyła właśnie oficjalna rosyjska restytucyjna strona internetowa www.resitution.ru,
na której do 2005 r. (zdaniem ministra Szwydkoja) albo do 2010 (zdaniem jego współpracowników)
ma się znaleźć ok. pół miliona obiektów niejasnego pochodzenia. Zgodnie z Ustawą
Dumy dla każdego obiektu, niezależnie od jego statusu własnościowego, wyznacza się
okres osiemnastu miesięcy na złożenie wniosku restytucyjnego, przy czym obowiązek pełnego
uzasadnienia spoczywa na wnioskodawcy.
Nadto Federacja Rosyjska będzie rozpatrywała jedynie wnioski składane formalnie przez
inne państwa, a cała dokumentacja musi być przygotowana w języku rosyjskim. Po upływie
18 miesięcy niezidentyfikowane obiekty przechodzą na własność Rosji, zasilając
specjalny fundusz restytucyjny.
Strona internetowa jest (jak na razie) informatycznie żenująco prymitywna. W stopniu na
tyle utrudniającym korzystanie z niej, że rodzi zawstydzające podejrzenie, iż nie jest
to przypadek. Tak czy owak, najważniejsze i decydujące dla wszystkich zainteresowanych
jest to, że strona już funkcjonuje, choć na razie znajduje się na niej praktycznie
kilkaset obiektów. A przecież już udało się dzięki niej zidentyfikować kilka obrazów
z polskich zbiorów, o czym zresztą poinformowała przed kilku tygodniami prasa
codzienna.
Zapewne przyjdzie nieraz wracać do tego tematu. Na dziś można sformułować jeden
pewnik. Im więcej będzie solidarnego działania wszystkich państw, instytucji i osób
zainteresowanych restytucją z Rosji znajdujących się tam od 1945 roku dzieł sztuki,
książek i archiwaliów, tym większe dla wszystkich szanse ich odzyskania. W tej sprawie
"stara" i "nowa" Europa powinny być bez wątpienia sprzymierzone. A z
uwagi na to, gdzie operowały "trofiejne" brygady Armii Czerwonej, Niemcom i
Polsce przypada tu miejsce szczególne.
I w tym kontekście czas poważnie przemyśleć sprawę krakowskiej "Berlinki".
Nawojka Cieślińska jest historykiem i krytykiem sztuki, kuratorem wystaw. W latach
1991-1995 była radcą ambasady RP w Kolonii i dyrektorem Instytutu Polskiego w Düsseldorfie,
w latach 1996-1997 dyrektorem Muzeum Sztuki w Łodzi. Współzałożyciel Forum Doradczego
ds. Rozproszonych Dzieł Sztuki.
|