adres: ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków
tel: (0-12) 422 25 18, 422 23 11
fax: (0-12) 421-67-31
e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl
REDAKCJA ARCHIWUM PROMOCJA REKLAMA PRENUMERATA
 
Główna strona

Nowy numer
NR 22 (2812)
1 czerwca 2003


  Spis treści
  Komentarze
  Obraz tygodnia
  Kronika religijna
  Liturgiczne czytania
  tygodnia

  Medytacja biblijna
  ks. Mieczysław Maliński
  Kobiety w Biblii
  Przegląd prasy krajowej
  Przeglad prasy
  zagranicznej

  Notatki
  Wśród książek
  Z płyty na płytę
  Listy
FELIETONY
  Józefa Hennelowa
  Małgorzata Musierowicz
  Ewa Szumańska
  Andrzej Dobosz
  Michał Komar
  Marcin Król
  Jacek Podsiadło
  Stanisław Lem

  Tematy miesiąca

DODATKI TEMATYCZNE

UNIA DLA CIEBIE

KSIĄŻKI W TYGODNIKU

FILM W TYGODNIKU

APOKRYF

KONTRAPUNKT


To jest strona archiwalna.

Aktualna strona internetowa "Tygodnika Powszechnego" znajduje się pod adresem www.TygodnikPowszechny.pl

Projekt, wykonanie, obsługa:
Verbanet
Wersja do druku
Napisz komentarz

Czy zagrabione w czasie II wojny światowej niemieckie dobra kultury powrócą z Rosji?


Szlak bursztynowy Berlin - Moskwa

Nawojka Cieślińska


Jak w wielkiej misce jajecznicy" - tak zapamiętała Bursztynową Komnatę moja Mama, która widziała ją w 1942 r. w Królewcu, będąc tam na robotach przymusowych. Może niepochlebny sąd był skutkiem okoliczności. Być może jednak sława zabytku brała się bardziej z bogactwa materiału niż z jego artystycznej wartości. Wątpliwość tę będzie można rozstrzygnąć już 31 maja, kiedy to prezydent Rosji Władimir Putin i kanclerz Niemiec Gerhard Schröder dokonają wspólnie uroczystego otwarcia repliki legendarnej komnaty.

Uroczystość odbędzie się w Pałacu Jekaterinskim w Puszkinie pod Petersburgiem przy okazji obchodów 300-lecia metropolii nad Newą i stanowić ma apogeum "królewskiego" spotkania kilkudziesięciu prezydentów i premierów, którzy potem przeniosą się do pobliskiego Pałacu Konstantynowskiego, odrestaurowanego na tę okoliczność za sumę 230 milionów dolarów.


Dwie legendy


Bursztynowa Komnata
Bursztynowa Komnata - wykonana na początku XVIII w. przez królewieckich i gdańskich rzemieślników dla berlińskiej rezydencji króla Prus Fryderyka I - już w 1716 r. skazana została na symboliczną rolę w stosunkach niemiecko-rosyjskich. Fryderyk Wilhelm I podarował ją wówczas carowi Piotrowi Wielkiemu dla przypieczętowania rosyjsko-pruskiego sojuszu. W Petersburgu, nowej stolicy cara, dębowe panele o łącznej powierzchni większej niż 100 metrów kwadratowych, inkrustowane 6 tonami wysokiej klasy bursztynu, zainstalowano najpierw w Pałacu Zimowym. W 1760 r. zamontowano je trwale w rezydencji znajdującej się w podmiejskim Carskim Siole. Wzbogacone o lustrzane pilastry, florenckie mozaiki z kamieni szlachetnych, złocony fryz i rokokowe supraporty - trwały w tej formie przez niemal dwa wieki, obrastając legendą Ósmego Cudu Świata.

Rewolucja Październikowa nieco ten bursztynowy cud naruszyła, ale o jego losach zdecydowała dopiero jesień 1941 r. Wtedy to (zgodnie z życzeniem Hitlera, który widział w sobie kontynuatora pruskich królów, a w Bursztynowej Komnacie wcielenie pruskiego geniuszu) specjalna jednostka Wehrmachtu zdemontowała dzieło w Pałacu Jekaterinskim i przetransportowała je do Królewca. Rosjanie zdołali jedynie usunąć odpowiednio wcześnie ponad 100 obiektów z wyposażenia Komnaty, oczywiście także wykonanych z bursztynu: stołów, komód, pudeł i kompletów szachów, które w większości przetrwały, ukryte na Syberii. W 1942 r. na zamku królewieckim udostępniono Komnatę zwiedzającym. Tam też widziano ją po raz ostatni w 1943 r. Potem ślad po niej zaginął.

I zaczęła się druga legenda Bursztynowej Komnaty. Żadne inne dzieło zaginione podczas II wojny światowej nie animowało w takim stopniu fantazji, pomysłowości, a i środków tylu ludzi oraz instytucji. Szukali jej Rosjanie, alianci zachodni, służby specjalne NRD, a po zjednoczeniu także RFN, i setki poszukiwaczy skarbów.

Mieszkający od dziesięcioleci w Lichtensteinie niemiecko-rosyjski baron Eduard von Falz-Fein wyznaczył nagrodę 500 tys. dolarów za znalezienie Bursztynowej Komnaty i wspierał latami klub jej poszukiwaczy. Do pasjonatów tematu należy także obecny redaktor naczelny tygodnika "Der Spiegel" Stefan Aust. Niedawno nawet nasza "Rzeczpospolita" patronowała superpoważnej próbie odnalezienia zabytku w Bolkowie na Dolnym Śląsku.

Jednocześnie Komnata stała się w powojennej historii ZSRR i Rosji symbolem grabieżczej polityki Trzeciej Rzeszy. Symbol był nośny, prawdziwy, nasycony emocjami, a jednocześnie niezwykle skutecznie instrumentalizowany przez polityków i propagandę, tak w stosunkach międzynarodowych, jak, jeszcze silniej, w odniesieniu do własnego społeczeństwa.

O Komnacie słyszeli wszyscy, ale o setkach tysięcy dzieł sztuki i rzemiosła artystycznego, milionach książek i kilometrach archiwaliów - ciągle ukrywanych w tajnych magazynach rosyjskich muzeów, bibliotek i archiwaliów z petersburskim Ermitażem i moskiewskim Muzeum Puszkina na czele - świat dowiedział się po raz pierwszy w 1991 r.

Wtedy też dopiero wyszło na jaw, że ich "zabezpieczeniem" na terenach należących i podbitych przez III Rzeszę zajmowały się z rozkazu Stalina specjalne "trofiejne" brygady Armii Czerwonej. A do rosyjskiej opinii publicznej, dla której Komnata jest jedną z ikon Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, nigdy, nie tylko w latach komunizmu, ale i obecnie, nie dotarła świadomość, że w latach 1945-1952 Stany Zjednoczone zwróciły z Niemiec do ZSRR ponad pół miliona dóbr kultury zagrabionych przez hitlerowców. Stanowi to zdecydowaną większość zrabowanych podczas wojny i zachowanych ruchomych dóbr kultury z terytorium b. ZSRR.

Dlatego, zanim w końcu maja rozbłysną w Petersburgu pałacowe światła, a w filharmonii zabrzmią odrestaurowane z niemiecką pomocą organy, warto zapytać, czy obydwa - tak serdecznie sprzymierzone dziś rządy - dokonały rzeczywistego postępu w procesie restytucji dóbr kultury przemieszczonych w czasie ostatniej wojny.

To ten cel, nie zaś paradna, choć zdradliwa symbolika Komnaty, skłoniły Berlin do politycznego zaangażowania się w rekonstrukcję obiektu, który najpewniej rzeczywiście spłonął w Królewcu w 1945 r. Bez tego niemiecki koncern Ruhrgas, należący do największych importerów rosyjskiego gazu, nie wyasygnowałby w 1999 r. sumy 3,5 mln. dolarów, umożliwiającej zakończenie prac rozpoczętych przez rosyjskich szlifierzy bursztynu w początku lat 80. i wstrzymanych w 2. poł. lat 90. ze względu na brak funduszy z Moskwy. Ruhrgas postawił Ministerstwu Kultury Rosji dwa warunki: zakończenie prac do 2003 r. oraz zachowanie przez firmę wyłączności w sponsorowaniu przedsięwzięcia.

Pięćdziesięciu znakomitych fachowców w oparciu o stare fotografie, rysunki i osiemdziesiąt zachowanych autentycznych detali wykonało na czas niesłychaną robotę. Dzięki niej - historyczne - zbliżenie Rosji i Niemiec znów opromienione zostanie bursztynowym blaskiem.


Zgodna współpraca?

Nie ma to jednak wiele wspólnego z faktycznym postępem, a już z pewnością nie oznacza przełomu w opornej niemiecko--rosyjskiej materii restytucyjnej.

Nie jest bowiem tak, jak sugerował minister kultury Rosji Michaił Szwydkoj na konferencji 13 maja br. zorganizowanej z okazji oficjalnego zakończenia prac nad repliką Bursztynowej Komnaty. Jego zdaniem linia demarkacyjna biegnie między zgodnie współpracującymi przedstawicielami stron rosyjskiej i niemieckiej a grupą, która nie rozumie, że zimna wojna jest już przeszłością. Ministrowi chodziło o niedawne zatrzymanie przez rosyjską Prokuraturę Generalną 362 rysunków starych mistrzów ze zbiorów Bremeńskiej Kunsthalle, znanych jako kolekcja Bałdina, które miały w końcu marca wrócić do Niemiec i być eksponowane w Bremie.

Gdyby przełożyć słowa Szwydkoja na fakty, to za zgodną współpracę należało by uznać wytrwałe wkupywanie się Niemców w możliwość dotarcia, a potem odzyskiwania - każdorazowo z klauzulą wzajemności lub stosownego zadośćuczynienia - pojedynczych dóbr kultury. Niemieckie zasoby w Rosji szacowane są na ok. 200 tys. dzieł sztuki, ponad 2 miliony książek i ponad 3 kilometry archiwaliów.

Dodajmy, że po ponad 13 latach od niemiecko-rosyjskiego traktatu z 1990 r., literalnie zobowiązującego obie strony do wzajemnego zwrotu przemieszczonych dóbr kultury, kolekcja Bałdina stanowiłaby dopiero drugi przykład takiej restytucji. Pierwszym były zwrócone jesienią ubiegłego roku z Ermitażu gotyckie witraże kościoła we Frankfurcie nad Odrą. W zamian za nie Niemcy zobowiązali się do finansowania rekonstrukcji zniszczonej cerkwi w Nowogrodzie. Wcześniej miały miejsce drobne, dające się policzyć na palcach jednej ręki "zwroty" z Rosji, zawsze obwarowane warunkiem wzajemności.

Wszystkie je łączy to, że miały miejsce już za prezydentury Putina i po wejściu w życie ustawy Dumy dotyczącej dóbr kultury, przemieszczonych w wyniku II wojny na teren Federacji Rosyjskiej. Ustawa ta stanowi, że państwo rosyjskie jest właścicielem tych dóbr zdobytych przez Armię Czerwoną, które stanowiły własność Trzeciej Rzeszy, jej instytucji, organizacji i obywateli, z nielicznymi wyjątkami (gdy posiadaczami były ofiary hitlerowskich prześladowań, organizacje kościelne i charytatywne).

Praw tych nielicznych wyjątków, podobnie jak zwrotu dóbr kultury przez państwa trzecie, które nie należały do osi (np. Polskę), można dochodzić, ale w drodze skomplikowanego i kosztownego postępowania. Ustawa dopuszcza zresztą wobec państw (dawniej) wrogich szczególne postępowanie w przypadku obiektów dla ich kultury szczególnie cennych, co oznacza tyle, że odzyskanie tych dóbr będzie jeszcze trudniejsze i jeszcze droższe.
Bo też Rosjanie uznali zdecydowaną większością głosów swoich deputowanych, że zabór dóbr kultury na terenach dawnej Trzeciej Rzeszy był prawnie uzasadnioną kompensacją za zniszczenia radzieckiego i rosyjskiego zasobu kulturowego, a tym samym zdobyte obiekty - jako restytucja zastępcza - przechodzą na własność Rosji. Na takie postawienie sprawy nie zdobył się nawet Związek Radziecki, który swe trofea wstydliwie ukrył, a kiedy w połowie lat 50. zdecydował się zwrócić część dóbr kultury pochodzących z terenów NRD, dokonał tego "w geście braterskiej przyjaźni", co (niezależnie od ideologicznej oprawy) odbyło się bez ekwiwalentów rzeczowych czy materialnych.


"New deal"

Tymczasem Ustawa Dumy stoi w sprzeczności z obowiązującym Rosję traktatem z RFN podpisanym w 1990 r., podobnie zresztą jak z analogicznymi traktatami zawartymi z Polską i innymi krajami. Kłóci się też ze zobowiązaniem podjętym przez Federację Rosyjską przy przyjęciu jej do Rady Europy w 1996 r. Inna jest też wykładnia i praktyka restytucyjna aliantów zachodnich, przede wszystkim Amerykanów, którzy założyli bezwarunkowy zwrot przemieszczonych dóbr kultury, hołdując zasadzie, że na grabież nie odpowiada się grabieżą.

Innymi słowy: zgodnie z Konwencją Haską z 1907 r. oraz odpowiednimi ustaleniami w procesach norymberskich, dobra kultury w czasie wojny nie podlegają zaborowi i nie mogą być przedmiotem restytucji zastępczej. To obowiązujący dziś w prawie międzynarodowym standard. Tyle że, jak widać po interwencji w Iraku, prawo międzynarodowe można interpretować na różne sposoby.

Niemcy w sprawie restytucji stoją oczywiście po stronie amerykańskiej. Jednocześnie z nadzwyczajną determinacją próbują dotrzeć do swego zamrożonego w Rosji dziedzictwa. Prowadzi się robocze negocjacje w kilku grupach i na różnych szczeblach, zdarzają się wysokie interwencje polityczne, ćwiczono strategie kija i marchewki.

Troje kolejnych ministrów kultury w rządzie Schrödera wypracowało nową formułę. Zakłada ona, że proces restytucyjny należy wpisać w kontekst intensywnie rozwijanych bilateralnych stosunków społeczno-kulturalnych. I dopiero w ich obrębie załatwiać zwroty, cierpliwie, krok po kroku. Nie wyklucza się też niemieckiej pomocy materialnej przy odbudowie lub rewaloryzacji zniszczonych rosyjskich zabytków (tyle że ma się ona dokonywać za pośrednictwem niemieckiej gospodarki, a nie napiętego budżetu federalnego).

Słowem: polityka "new deal". Już nawet media RFN przestały udawać, że to jedynie "uciążliwy dialog polityczny", a wszelkie podobieństwo do wymiany czy transakcji wiązanych pozostaje przypadkowe. Trudno się więc dziwić, że i prezydent Putin, i proeuropejski minister Szwydkoj oceniają tę politykę jako pomyślną. A Rosjanie przebąkiwali niedawno w Berlinie, że może uda się zmienić treść "zimnowojennej" Ustawy Dumy.

Jest wreszcie coś, co budzi największą zazdrość wszystkich obserwatorów problematyki restytucji. Oto Niemcy z absolutną konsekwencją i z użyciem znacznych środków od samego początku lat 90. wysyłają do Rosji swoich fachowców i stypendystów, którzy zajmują się (gdy tylko strona rosyjska do tego dopuszcza) identyfikacją i opracowaniem na miejscu odkrywanego po latach dziedzictwa. Finansuje się niemiecko--rosyjskie projekty badawcze, opłaca wykonywanie dokumentacji, organizuje się pobyty stypendialne Rosjan w Niemczech, specjalistyczne konferencje, ostatnio nawet otwarte debaty polityków, wspiera działalność wydawniczą. Korzyści z gromadzonej w ten sposób wiedzy stają się udziałem wszystkich zainteresowanych.

Paradoksalnie wygląda jednak na to, że to właśnie pieniądze (a może raczej tryb ich wydawania) są źródłem błędów w polityce strony niemieckiej. Mści się podjęta pochopnie w 1992 r. decyzja rządu niemieckiego o zapłaceniu wysokiego odszkodowania za zwrot skradzionego w czasie wojny przez amerykańskiego żołnierza ewangeliarza z Kwedlinburga. W świetle prawa amerykańskiego ewangeliarz i tak musiałby wrócić do Niemiec. Nadto Moskwa, wcześniej skłonna do restytucji, usztywniła wtedy swoje stanowisko.

A skoro zaczęło się płacić, niełatwo się od tego uwolnić. I płacąc jednemu, nie można się dziwić, że inni zainteresowani oczekują tego samego. Nie zwiodą ich zapewnienia, że nie ma mowy o wymianie czy zadośćuczynieniu. Co gorsza, w grupie adwersarzy powstaje przekonanie, że o jednych się zabiega, a innym stawia się warunki.

Lepiej może przyjąć względnie przejrzyste i konsekwentne reguły postępowania, w oparciu o nie budować sojusze interesów, niż układać samotne scenariusze, rzekomo oszczędniejsze, a w istocie nie tylko kosztowne, ale i mało efektywne.


Decydujące rozdanie

Nowe i zapewne decydujące rozdanie w restytucyjnej grze zaczęło się w końcu lutego tego roku. I dotyczy wszystkich państw, instytucji i osób, które mają podstawy sądzić, że ich dobra kultury w końcu II wojny światowej mogły zostać przemieszczone na teren b. ZSRR i odpowiednio, dzisiejszej Rosji.

Ruszyła właśnie oficjalna rosyjska restytucyjna strona internetowa www.resitution.ru, na której do 2005 r. (zdaniem ministra Szwydkoja) albo do 2010 (zdaniem jego współpracowników) ma się znaleźć ok. pół miliona obiektów niejasnego pochodzenia. Zgodnie z Ustawą Dumy dla każdego obiektu, niezależnie od jego statusu własnościowego, wyznacza się okres osiemnastu miesięcy na złożenie wniosku restytucyjnego, przy czym obowiązek pełnego uzasadnienia spoczywa na wnioskodawcy.

Nadto Federacja Rosyjska będzie rozpatrywała jedynie wnioski składane formalnie przez inne państwa, a cała dokumentacja musi być przygotowana w języku rosyjskim. Po upływie 18 miesięcy niezidentyfikowane obiekty przechodzą na własność Rosji, zasilając specjalny fundusz restytucyjny.

Strona internetowa jest (jak na razie) informatycznie żenująco prymitywna. W stopniu na tyle utrudniającym korzystanie z niej, że rodzi zawstydzające podejrzenie, iż nie jest to przypadek. Tak czy owak, najważniejsze i decydujące dla wszystkich zainteresowanych jest to, że strona już funkcjonuje, choć na razie znajduje się na niej praktycznie kilkaset obiektów. A przecież już udało się dzięki niej zidentyfikować kilka obrazów z polskich zbiorów, o czym zresztą poinformowała przed kilku tygodniami prasa codzienna.

Zapewne przyjdzie nieraz wracać do tego tematu. Na dziś można sformułować jeden pewnik. Im więcej będzie solidarnego działania wszystkich państw, instytucji i osób zainteresowanych restytucją z Rosji znajdujących się tam od 1945 roku dzieł sztuki, książek i archiwaliów, tym większe dla wszystkich szanse ich odzyskania. W tej sprawie "stara" i "nowa" Europa powinny być bez wątpienia sprzymierzone. A z uwagi na to, gdzie operowały "trofiejne" brygady Armii Czerwonej, Niemcom i Polsce przypada tu miejsce szczególne.

I w tym kontekście czas poważnie przemyśleć sprawę krakowskiej "Berlinki".


Nawojka Cieślińska jest historykiem i krytykiem sztuki, kuratorem wystaw. W latach 1991-1995 była radcą ambasady RP w Kolonii i dyrektorem Instytutu Polskiego w Düsseldorfie, w latach 1996-1997 dyrektorem Muzeum Sztuki w Łodzi. Współzałożyciel Forum Doradczego ds. Rozproszonych Dzieł Sztuki.


Archiwum | Redakcja | Prenumerata | Reklama | Ludzie Tygodnika | Archiwum felietonów | Historia pisma
Archiwum Jerzego Turowicza | Unia dla Ciebie | Książki w Tygodniku | Film w Tygodniku |
Jazz w Tygodniku | Apokryf | Kontrapunkt

© 2000 Tygodnik Powszechny