dotb.gif

„TP”, Nr 22 (2812), 1 czerwca 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2812/kraj02.php

Historia Iraku to także historia szyickiej rodziny z Al Hilli


"A najwięcej, proszę pana, smutku"

Jan Strzałka


Dawno temu żyło w Iraku sześciu braci. Najmłodszy miał na imię Lejt, czyli Lew. Allah nie skąpił im łask, żyli szczęśliwie i dostatnio, ale szczęście nie trwa wiecznie. Hussein uciekł do Polski, a Lejt przepadł bez wieści po klęsce szyickiego powstania przeciw Saddamowi w 1991 r. Dwanaście lat później Lejt się odnalazł: w jednej z odkrytych właśnie zbiorowych mogił, pośród 15 tysięcy pochowanych w niej przeciwników reżimu.

- Zaraz pokażę jego zdjęcie - mówi Hussein. Chwilę szpera w szafie, i oto jest. - Taki był, kiedy ostatni raz go widziałem.

Na fotografii Lejt wygląda na dwanaście, góra trzynaście lat. Sympatyczny, miły chłopak, o żywych i inteligentnych oczach. Życie przed nim? Niestety, kiedy zginął, ledwo skończył dwadzieścia sześć lat. - Tak go kochałem, taki byłem z niego dumny - powiada Hussein. - Wszyscy go kochaliśmy, wiadomo: najmłodszy, oczko w głowie.

Skakali koło niego rodzice i pięciu braci, zwłaszcza najstarszy Dżuad (starszy o 20 lat); skakały trzy siostry. Ostatni raz Hussein i Lejt widzieli się w 1977 roku. Lejt przyjechał do Krakowa, pojechali razem do Zakopanego. Po paru dniach oświadczył, że wraca, bo nie może zostawić ojca i matki. Miał wtedy szesnaście lat. - Ale wyglądał jak na tym zdjęciu, zawsze wyglądał jak chłopiec - mówi Hussein.

Choć o śmierci brata dowiedział się kilka dni temu, Hussein jest opanowany. Rok, dwa, pięć lat wierzył, że Lejt żyje. A potem... Potem też wierzył, choć tuż przed atakiem wojsk koalicji na Irak, ogarnęła go zła myśl, że brata nie ma pomiędzy żywymi. Ale ją odegnał. Potem już tylko matka nie traciła nadziei: że kiedy padnie reżim i otworzą się bramy więzień, Lejt wróci. Może nie taki jak na fotografii, ale choćby i zmieniony, to czy matka go nie pozna? Aż w końcu... Kiedy ludzie zaczęli rozkopywać kolejne mogiły - ocenia się, że spoczywa w nich najmniej sto tysięcy, a może nawet trzysta tysięcy ofiar Saddama - nie chciała uwierzyć, że w jednej z nich spoczywa syn. Jej Lejt. Może to nie on? Nie, na pewno nie on, łudziła się do ostatniej chwili, jeszcze stojąc nad grobem. No bo jak zidentyfikować człowieka, gdy zostało po nim kilka kości? Po zbutwiałym ubraniu? Ale takie ubrania noszą tysiące młodych Irakijczyków. Po tej kartce papieru znalezionej przy zwłokach? Przecież kiedy syn jest w niebezpieczeństwie, każda matka daje mu modlitwę z błogosławieństwem Allaha! To nie Lejt, powtarzała.

To był Lejt: miał przy sobie fotografię. Jej fotografię - matki.


Spod ruin Babilonu

Czego się Hussein w życiu nie imał? Wszystkiego, byle utrzymać żonę i dzieci. Najpierw pracował jako geodeta, zgodnie z wykształceniem (miał dyplom krakowskiej Akademii Górniczo-Hutniczej), ale długo nie zagrzał miejsca w biurze: - Powiedziano mi, że plany geodezyjne to tajemnica państwowa, a ja jestem obcokrajowcem, więc...

Więc poszedł na swoje. Ale, podkreśla, to jedyny raz, kiedy poczuł, że jest w Polsce obcy. Potem nikt nigdy nie okazał mu nieufności czy wrogości.

Pomogła mu rodzina z Iraku. Wtedy jeszcze było ich na to stać, handlowali środkami do produkcji rolnej, mieli dziewięć sklepów w centrum miasta Al Hilla - sto kilometrów na południe od Bagdadu, pięć kilometrów od ruin starożytnego Babilonu - tam, gdzie wkrótce pojadą polscy żołnierze.

Al Hilla była bogatym miastem nad Eufratem. - Irackie bogactwo to nie tylko ropa, ale także woda - opowiada Hussein. - Kuwejt i Arabia Saudyjska mają ropę, ale poza tym tylko piach, a my mamy Eufrat i Tygrys, tu ziemie są urodzajne.

Rolnicy i kupcy z Al Hilli mogli wyżywić nie tylko swoje rodziny. Zaopatrywali czteromilionowy Bagdad i inne miasta. Rodzina Husseina była zamożna. Kupcy z dziada pradziada. Ojciec zbudował dwunastopokojowy dom. O zamożności świadczył też grobowiec w Al Nadżaf, który kupił dziadek Husseina: Nadżaf to święte miasto szyitów [patrz tekst na stronie 6 - red.]. Tam, na szyickim cmentarzu zajmującym 50 km kwadratowych, spoczywają dziadkowie, stryjowie i inni krewni Husseina. Każdy iracki szyita, a nawet irański, pragnie spocząć w świętym mieście.

95 proc. mieszkańców Al Hilli to właśnie szyici. Od wieków żyli tu także iraccy chrześcijanie, z którymi Hussein chodził do szkoły, oraz Żydzi, ale większość emigrowała do Izraela. Tolerancja skończyła się, gdy Irakiem zaczął rządzić Saddam i jego partia Baas. Żydów z Al Hilli oskarżono o szpiegostwo, wykonano dwadzieścia cztery wyroki śmierci.

Ojciec Husseina dbał o przyszłość synów. Posłał ich więc na europejskie uczelnie: Odeja do Sarajewa, gdzie się doktoryzował, Kusaja do Szwecji. Kiedy w 1979 r. Hussein skończył szkołę średnią, Saddam sprawował już władzę absolutną i przymierzał się do likwidacji politycznych przeciwników. Hussein wyjechał na studia do Belgradu, nie widząc dla siebie miejsca w kraju rządzonym przez dyktatora. Nie należąc do Baas, miał marne szanse dostać się na studia. Partia faworyzowała ,,swoich".


Belgrad-Budapeszt-Kraków

Kiedy Hussein odszedł z biura geodezyjnego, za pieniądze ojca kupił samochód i transportował towary po Polsce. Jakie? Różne, bo wtedy w PRL brakowało wszystkiego. Czasami wyskoczył po towar do Niemiec. I jakoś się żyło. Ale kiedy nastąpił stan wojenny, Husseinowi powodziło się kiepsko. Najpierw urodziła się Ilona, potem Adam, który na drugie imię ma Ali. Hussein postanowił wyjechać z rodziną z Polski. Do Iraku nie mógł i nie chciał wracać. Więc do Algierii, bo tam są krewni, zresztą gdzie ich nie ma: Kusaj w Szwecji, bratanek w Holandii, drugi w Australii, o kuzynach w Anglii nie wspominając. Miał kontrakt na pracę w Algierii, ale musiałby zrezygnować z prawa stałego pobytu w Polsce, poza tym żona i dzieci nie otrzymali paszportu (są polskimi obywatelami). Więc Hussein został w Krakowie. - I dobrze się stało - wspomina - bo jak zaczęła się transformacja, pomyślałem, że zacznie się prawdziwe życie.

Istotnie: częściej wyskakiwał do Niemiec, skąd przywoził już nie odzież czy żywność - teraz to on eksportował polską żywność na Zachód, np. fasolę jaś do Szwecji - ale np. opony, flizy, komputery. Dorobił się. - Lubię handel - przyznaje. - Mam do tego żyłkę rodzinną.

Dziś Hussein ma się czym pochwalić: jest właścicielem kilku trafik. Zatrudnia sześciu pracowników. Płaci podatki, ba!, głosuje: od 1991 r. ma obywatelstwo polskie. Dziś zastanawia się, czy Unia będzie dobrym rozwiązaniem dla Polski: - Jeśli głos Polski będzie się liczył w Unii, to warto - rozważa. - Poza tym otworzą się rynki. Ważne, by Zachód nie zalał nas byle jakim towarem, bo ja np. eksportuję zdrową polską żywność na Zachód, a Polacy wolą sztuczną marchew z Holandii. A mój jaś idzie na Zachodzie jak woda!

Kiedy w 1974 r. wyjeżdżał z Iraku, miał dziewiętnaście lat. W Polsce przeżył już dwadzieścia sześć, a wszystko przez tę sympatyczną panią, która właśnie krząta się po kuchni i przed chwilą, wkładając brytfankę do piecyka, skaleczyła się w palec. Poznali się w pociągu na Węgrzech, gdy jeszcze studiował w Belgradzie. Pobrali się, studia Hussein kończył już w Polsce.

- Nie było łatwo, gdy tu przyjechałem - powtarza. Normalne kłopoty młodego małżeństwa: mieszkanie, ,,przejściowe braki w zaopatrzeniu". Ale nie tylko: ambasada Iraku czuwała. I to wcale nie dyskretnie.


Cień dyktatora

Kiedy w 1980 r. wybuchła wojna iracko-irańska, ambasada wezwała wszystkich mieszkających w Polsce Irakijczyków, aby oświadczyli, że gotowi są wrócić do kraju i walczyć z Iranem. - Żądali deklaracji lojalności wobec Saddama - wspomina Hussein. - A ja nie zamierzałem jej składać. Miałem walczyć z muzułmanami? Powiedziałem: jeśli Saddam rozpętał wojnę, niech śle na nią swoich synów.

Ci, co podpisali lojalkę, i tak zostali w Polsce, ale w nagrodę dostali irackie stypendia. Drugi raz ambasada przypomniała sobie o nim, gdy w Iraku ,,naród wybierał prezydenta" - kandydat był jeden. Podczas kolacji wydanej dla krakowskich Irakijczyków przedstawiciele ambasady zażądali, aby wszyscy goście poparli Saddama. Hussein nie przyjął zaproszenia na to spotkanie, więc urzędnicy pofatygowali się do niego osobiście: szantażowali, że ściągnie nieszczęście na rodzinę w Iraku: - Odpowiedziałem, że w życiu boję się tylko Boga. I do widzenia!

Ambasada uznała go za wroga i pozbawiła paszportu irackiego, czyli możliwości powrotu do ojczyzny. Przez lata nie utrzymywał z rodziną kontaktów. Nawet listownych czy telefonicznych: bał się ich narażać. Pierwszych wieści o bliskich dostarczył kilka lat później brat żony, który z polską firmą wyjechał do Iraku: wszyscy żyli, w interesach powodziło się im nieźle, choć nie tak jak dawniej. Czasami w ich firmie - jak w wielu innych - pojawiali się liczni krewni Saddama albo funkcjonariusze partii Baas z propozycją nie do odrzucenia: wchodzimy do waszej spółki, jeśli nie - przejmujemy całość. Zamożne rodziny wolały więc interesy prowadzić po cichu i na małą skalę. Ale szwagier wyjechał z Iraku i kontakty znów się urwały, na lata.

Ojca Hussein ujrzał dopiero w 1996 r., w Polsce. Było to ich ostatnie spotkanie: wkrótce po powrocie do Iraku ojciec zmarł. Spoczął w grobowcu w Nadżafie. Jeszcze dłużej czekał na spotkanie z matką. Ujrzeli się dopiero w 2001 r. - po dwudziestu czterech latach, pierwszy raz od jego wyjazdu na studia. Spędzili razem dwa tygodnie w Damaszku. Matka jest za stara, by podróżować do Europy. Do Syrii przyjechał też Kusaj ze Szwecji i jedna z sióstr, która została w Iraku.

Hussein nienawidził dyktatora. Oburza go, że świat latami przymykał oczy na jego zbrodnie. Choć wiedział o nich. Wiedzieli też polscy Irakijczycy: razem z kurdyjskimi i irackimi przyjaciółmi mieszkającymi w Polsce, Hussein zdobył kiedyś kasetę o zbrodniach popełnionych na Kurdach i szyitach. Pokazał ją w regionalnej telewizji krakowskiej. Spotykając się czasami z innymi Arabami, w Polsce i na Zachodzie, musiał odpierać ich zarzuty, że demonizuje Saddama i bezpiekę. - Saddam był jak wirus, który mógł zniszczyć cały Bliski Wschód - mówi dziś.


Kto przegrał, kto zdradził

Szesnastoletni Lejt nie zabawił długo w Krakowie. Tęsknił za domem. Wrócił więc do Al Hilli, zamieszkał z rodzicami. Po maturze dostał się na studia inżynieryjne we Włoszech, później planował przenieść się na AGH - Hussein załatwił mu niezbędne formalności - ale nie dotarł do Krakowa. Postanowił, że wróci do rodziców, by być im podporą na starość.

Wrócił w 1980 r. Dwa tygodnie później wybuchła wojna iracko-irańska. Lejt uniknął powołania na front, przez trzy lata ukrywając się u krewnych w Bagdadzie. Groziła za to kara śmierci. Ale Lejt jako szyita nie chciał zabijać irańskich współwyznawców. W 1986 r. dyktator ogłosił amnestię. Lejt przestał się ukrywać, ale choć wojna z Iranem praktycznie się skończyła - zginęło w niej ponad milion ludzi - został powołany do wojska. Rodzina dała łapówkę, aby Lejt nie trafił na front. Nie trafił.

Po wojnie Lejt skończył studia na Uniwersytecie Babilońskim w Al Hilli. Ożenił się, urodziła mu się córka Erem, rok później syn Bilal. Zaczął budować dom. Nim skończył, w 1990 r. Saddam rozpętał kolejną wojnę: o Kuwejt. I tym razem Lejt nie uniknął poboru, choć nie walczył na froncie: jako inżynier został skierowany na tyły.

Choć wojna o Kuwejt skończyła się w 1991 r. klęską Saddama, tyran pozostał u władzy. Wojnę przegrali zwykli ludzie: Irak został obłożony dwunastoletnim embragiem ONZ, które miliony ludzi doprowadziło do nędzy. Ale zanim to się stało, szyici z południa Iraku postanowili wykorzystać klęskę w Kuwejcie i w 1991 r. rozpoczęli powstanie. Uczestniczyli w nim wszyscy bracia i bratankowie Husseina. Powstanie ogarnęło szesnaście prowincji, cały południowy Irak, ale trwało zaledwie trzy tygodnie. Al Hilla została zbombardowana, podobny los spotkał Nadżaf i Karbalę. Saddam krwawo stłumił bunt. Zginęły tysiące powstańców, tysiące Irakijczyków uciekło za granice.

Za swą tragedię szyici do dziś winią także Busha-seniora: prezydent USA wzywał szyitów do buntu przeciw dyktatorowi, a potem ich opuścił - po pierwsze, rezolucja ONZ zezwalała wtedy tylko na wyzwolenie Kuwejtu; po drugie, przeciw atakowi na Bagdad oponowali arabscy sojusznicy USA; po trzecie, Bush bał się, że Irak zamieni się w drugi Iran, ogarnięty islamską rewolucją. - To była zdrada - mówi Hussein. - Dlatego teraz szyici nie witali żołnierzy amerykańskich kwiatami.

Rzeźnik z Bagdadu rozpoczął represje: ofiarami padali nie tylko powstańcy, ale też ich żony i dzieci. Dziś w zbiorowych mogiłach odnajdywane są także kobiety. Hussein: - Saddam nienawidził szyitów, nienawidził cały świat, nawet siebie.


Łapówka za umarłego

Lejt i szwagier Fellah zostali aresztowani kilka dni po klęsce szyitów. Przyszli po nich nocą. Mówili, że będą sądzeni. Ale minął rok, a rozprawa się nie odbyła. Kolejny rok - i nic: ani rozprawy, ani wieści od Lejta i Fellaha. Krążyły pogłoski, że Lejt żyje, ktoś go widział w więzieniu. Pewnego dnia w domu Lejta zjawili się "dobrzy ludzie", urzędnicy z aparatu Saddama: za kilka tysięcy dolarów przyrzekali, że załatwią uwolnienie Lejta. Hussein: - Handlowali nawet zabitymi.

Rodzina zebrała 15 tys. dolarów. I dalej czekała. Kiedy w 1995 r. Hussein zaprosił rodziców do Polski, przyjechał tylko ojciec, matka została: w końcu Lejt miał wrócić lada moment. Ale choć okup wręczyli, nie zjawił się. Fellah też. Nie wrócili też po amnestii, ogłoszonej tuż przed atakiem wojsk koalicji w marcu tego roku. Amnestia miała być powszechna, ale po wielu dniach oczekiwania na Lejta i szwagra rodzina zorientowała się, że Saddam ponownie oszukał naród: uwolnił jedynie kryminalistów. Wtedy Hussein pomyślał przez chwilę, że brat nie żyje.

Dziś wiadomo, że został rozstrzelany tuż po aresztowaniu. Grób z piętnastoma tysiącami zamordowanych szyitów, niektórych grzebano żywcem, znajduje się 20 km od Al Hilli, na terenie koszarach gwardii Saddama. W masowym grobie odnaleziono też szczątki Fellaha.

Rodzina zidentyfikowała szczątki. Lejt został pochowany zgodnie z islamską tradycją: kości obmyto i namaszczono olejami, zawinięto w biały całun, umieszczono w trumnie, odprawiono modły. Spoczął w rodzinnym grobowcu w Nadżafie. Kto jest winien jego śmierci i tysięcy ludzi ze zbiorowych mogił? - Saddam, ale także wszyscy, którzy go popierali i każdy, kto był jego przeciwnikiem, ale nie miał odwagi protestować przeciw reżimowi - mówi Hussein.

Dla pozostałych braci i bratanków los okazał się łaskawszy: w 1991 r., zdążyli ukryć się przed aresztowaniem i zbiegli do Jordanii - w czym finansowo pomógł im Hussein - a stamtąd do Holandii, Szwecji...

Lejt pozostawił po sobie niewiele: nieskończony dom, żonę i dwoje sierot. Hussein: - A najwięcej, proszę pana, smutku.


W co wierzyć?

Hussein pokazuje pamiątkę z Mekki. Nie, nie był u grobu Mahometa, choć kiedyś wybierze się na pielgrzymkę. Pielgrzymował Kusaj, ten ze Szwecji, i to on podarował Husseinowi drzewo genealogiczne Proroka - ludzkie dzieje zaczynają się od Adama, potem był prorok Noe, potem prorok Abraham, który wyszedł z babilońskiej ziemi Ur. Abraham miał dwie żony: potomstwo spłodzone z jedną dało początek rodowi, w którym narodził się prorok Jezus, potomstwo z drugiej rodowi, który wydał Mahometa. - Ostatniego z proroków - mówi Hussein. Zielone promienie rozchodzące się od imienia Proroka oświetlają ziemię, pośrodku której wyrasta drzewo przodków każdego człowieka, bo Adam był naszym praojcem, a Abraham ojcem trzech monoteizmów. Hussein: - Jeden Bóg, Bóg muzułmanów, żydów i chrześcijan. Czy to nie piękne?

Hussein pozostał wierny tradycji. Modli się regularnie, studiuje Koran, przestrzega Ramadanu, w każdy piątek spotyka się z innymi muzułmanami, by wspólnie czcić Allaha - kiedyś modlili się w akademiku, teraz wynajmują salę.

Dzieciom zostawia wybór. Adam, który na drugie imię ma Ali, jak zięć Proroka, jest dziś studentem. Zna kilka słów arabskich, ale ojciec nie zmusza go do wyznawania islamu. Choć cieszy się, gdy przed egzaminem Adam-Ali pomodli się do Allaha. Ilona, też studentka, również czasami prosi Allaha o błogosławieństwo. Dzieci mają same wybrać przyszłość zawodową. Choć Hussein nie skrywa, że marzy, by Ilona po studiach zaczęła praktykę lekarską w Iraku. Albo żeby Adam pracował przy odbudowie kraju.

A sam co zamierza zrobić dla Iraku? Kiedy alianci bombardowali irackie miasta, cierpiał, bo ,,to przecież mój naród". Na szczęście Al Hilla nie była bombardowana, mieszkańcy mają nawet prąd: kilka godzin w ciągu dnia, dobre i to, za Saddama mieli tylko godzinę dziennie - za karę, że się zbuntowali przeciw tyranowi. Wkrótce Hussein zamierza pojechać do ojczyzny. Pierwszy raz od blisko trzydziestu lat.

Wczoraj zamówił rozmowę z matką. Opowiadała, że w ich dzielnicy nie ma domu, w którym nie opłakiwano by czyjejś śmierci: jedni stracili synów na wojnach, inni w katowniach. Zewsząd rozlega się więc wołanie o sprawiedliwość. Ludzie sami próbują ją wymierzać: tłum chciał rozszarpać człowieka, który rządził prowincją Babilon i miał asystować przy mordowaniu więźniów, także tych z Al Hilli. Żeby uniknąć linczu, sam oddał się Amerykanom. - Sprawiedliwość musi być - twardnieje Hussein.

W końcu spotka się z rodziną. Odszuka przyjaciół, rozglądnie się, kto żyje. Zbada, czy będzie mógł tam prowadzić działalność gospodarczą. Irakijczycy potrzebują dziś wszystkiego, może będzie eksportować do Iraku polskie towary? Rozmawia o tym z irackimi przyjaciółmi z Polski i polskimi biznesmenami. Jakie towary? - Różne... No i przywiozę doświadczenie, jakie zdobyłem w Polsce podczas transformacji. Irak, jak Polska w 1989 r., zaczyna dziś od zera.

I pokłoni się przed grobem ojca i brata. Pierwszy raz zobaczy jego dzieci. Bilal, syn Lejta, ma dziś tyle lat, ile miał Lejt, gdy Hussein widział go po raz ostatni. Może jest podobny do ojca?

- Może, byle był od niego szczęśliwszy - mówi Hussein - bo ja wierzę w Boga i w swój naród.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl