|
Krzysztof Burnetko
Łapiński i s-ka: sukces po czasie
Sprawa ex-ministra zdrowia Mariusza Łapińskiego i jego kolegów od interesów jest
sukcesem polskich mediów: zwróciły uwagę na kolejną ciemną sferę styku polityki i
biznesu, doprowadziły do dymisji Aleksandra Naumana, polityka, którego dotyczą
podejrzenia. Nadto - dzięki wymuszeniu na SLD, by nakłoniło Łapińskiego do
przeproszenia dziennikarzy - przypomniały rolę mediów w demokracji.
Ale sprawa ta jest również porażką mediów: nie podjęły bowiem na czas i odpowiednio
głośno tematu manipulacji legislacyjnych wokół Urzędu Rejestracji Leków - kluczowej
instytucji w tej aferze. Najpierw przecież, podczas poselskiej dyskusji nad ustawą o URL
pojawił się pomysł, by nadać mu taką formułę organizacyjną, by nie trzeba było
stosować w nim rygorów i standardów służby cywilnej. Potem komisja sejmowa złagodziła
nieznacznie wymogi wobec prezesa URL - co pozwoliło następnie szefowi komisji
konkursowej (Naumanowi właśnie) przeforsować swojego kandydata (nie objął on
stanowiska jedynie wskutek sprzeciwu ówczesnego ministra Marka Balickiego).
Dziennikarstwo śledcze jest trudne, ale i sukcesy w nim są spektakularne - sensacyjny
artykuł o aferze ma pewne miejsce na pierwszych stronach każdej gazety. Dziennikarstwo
polegające na tropieniu legislacyjnych detali, które mogą stać się furtkami do
wielkich machlojek, jest równie żmudne - a redakcje rzadko są zainteresowane takimi
tematami. Póki nie wybuchnie skandal, uchodzą one za czytelniczo nieatrakcyjne i nikt
alarmu nie podniesie.
Mateusz Flak
Od Al-Kaidy do ONZ
Co łączy Al-Kaidę, Bliski Wschód, Irak, rezolucję ONZ oraz konferencję w Warszawie?
Wbrew pozorom, wiele.
Dwa tygodnie temu krwawe zamachy w Arabii Saudyjskiej i Maroku dowiodły, że Al-Kaida,
organizacja, którą miały złamać operacje w Afganistanie i Iraku, ma się dobrze i
daleko do obwieszczenia jej zgonu. Kiedy kilkadziesiąt godzin później wybuchy wstrząsnęły
Jerozolimą i Tel Awiwem, przez chwilę wydawało się, że triumf terroru jest niepodważalny,
a społeczność międzynarodowa - bezradna.
Odpowiedź terrorystom należy głównie do Stanów Zjednoczonych. Amerykanie muszą poważniej
"zatroszczyć się" o Irak, gdzie brak doświadczenia i nieudolność powinni
szybko zastąpić kompetencją, zdecydowaniem i - wreszcie - porządkiem (to nie
przypadek, że gen. Jaya Garnera tak szybko zmieniono na nowego cywilnego administratora,
Paula Bremera). Zniecierpliwienie Irakijczyków budzi też przekładanie konferencji, na
której ma zostać wyłoniony rząd tymczasowy, nie mówiąc o sprawach tak podstawowych
jak zapewnienie wody i elektryczności.
Punkt drugi to przekonanie przywódców Izraela i Palestyny, którzy zaakceptowali
"mapę drogową" - projekt utworzenia niepodległej Palestyny do 2005 r., do
zgodnego przestrzegania jej postanowień. Nie będzie pokoju na Bliskim Wschodzie, jeśli
Ariel Szaron nie zrezygnuje z akcji odwetowych i osiedli na Terytoriach Okupowanych, a
Mahmud Abbas, nowy premier palestyński, nie "uciszy" rodaków z Hamasu. Na
razie obie strony są temu niechętne.
Od postawy USA na Bliskim Wschodzie i w Zatoce Perskiej zależy dużo, ale nie wszystko;
islamski fundamentalizm zagraża nie tylko znienawidzonemu Zachodowi, ale i - jak pokazały
zamachy w Rijadzie - własnej "kolebce". Krokiem w dobrym kierunku było przyjęcie
przez ONZ rezolucji, która oznacza początek zasypywania podziałów między Europą a
Ameryką: Rada Bezpieczeństwa jednogłośnie uznała, że do chwili wyłonienia władz
irackich państwami okupującymi Irak są Stany Zjednoczone i Wielka Brytania (czyli zwycięzcy
wojny z Husajnem) i autoryzowała misję międzynarodowych sił stabilizacyjnych (w tym
Polski). Decyzja ONZ zapadła, gdy w warszawskiej Cytadeli trwała międzynarodowa
konferencja na temat składu sił w polskiej strefie. Konferencja zakończona sukcesem.
Tylko taka polityka międzynarodowa - świadoma, subtelna, ale odważna i prowadzona
solidarnie - może doprowadzić do pokoju na Bliskim Wschodzie i tym samym zmniejszenia
zagrożenia dla świata. Warunkiem jest powstanie akceptującej Izrael Palestyny i
prosperującego, demokratycznego Iraku.
|
|
Anna Mateja
Czerwone flagi na placu Bastylii
Francuskie związki zawodowe wyprowadziły ponad milion ludzi na ulice. W całym kraju
protestowali: pracownicy komunikacji i poczty, lekarze, nauczyciele, policjanci,
pracownicy telekomunikacji, gazowni i elektrowni. Co ich zjednoczyło? Rząd chce, by
Francuzi pracowali dłużej (nie 37,5 lat, ale 40, a docelowo 42), płacili wyższe składki,
ale dostawali niższe świadczenia. Przewiduje też wprowadzenie minimalnej emerytury w
wysokości 85 proc. minimalnej płacy.
Francuskie społeczeństwo się starzeje, brakuje osób w wieku produkcyjnym, dzięki którym
możliwe byłoby wypłacanie emerytur na dotychczasowym poziomie, a to zmusza budżet państwa
do miliardowych dopłat: bez reformy w 2020 r. dziura w kasie ubezpieczeń społecznych może
osiągnąć nawet 50 mld euro.
Czy z protestów francuskich pracowników sektora publicznego (z tych samych powodów
protestowali też Austriacy i Niemcy) coś wynika dla Polaków? Tak. Za kilkanaście lat
wiek emerytalny osiągnie powojenny wyż demograficzny, a w 2050 r. - dzisiejsi maturzyści.
Jednak już około 2020 r. większością wśród osób w wieku nieprodukcyjnym będą
ludzie starsi, a nie np. dzieci czy młodzież przygotowująca się do wejścia na rynek
pracy. Jeśli tak, kto zapracuje na emerytury tych, którzy podejmą właśnie pierwszą
pracę? O ile ją znajdą - 600 tys. młodych zamiast pomnażać dochód narodowy,
bezskutecznie szuka zatrudnienia. Równocześnie trudno wymagać od młodych ludzi
licznego potomstwa (które kiedyś zapracowałoby na ich emerytury), jeśli trudno im
znaleźć źródło stałych dochodów. Wysokość dopłat do systemu emerytalno-rentowego
stanowi ponad 50 proc. budżetowych wydatków społecznych i są to dopłaty nieporównywalnie
wyższe od sum przeznaczanych na edukację czy ochronę zdrowia. Aby nie łudzić się, że
Polacy nauczyli się liczyć tylko na siebie także, gdy chodzi o zapewnienie godnej starości,
warto zwrócić uwagę na badania CBOS-u (marzec 2003 r.): 81 proc. Polaków oczekuje od
państwa wysokiego poziomu świadczeń społecznych.
Wystarczy przypomnieć np. wysokość zasiłków macierzyńskich, socjalnych czy pomocy
dla bezrobotnych, żeby uświadomić sobie, że polskie państwo opiekuńcze nie istnieje.
Żyje za to jego mit. Niewykluczone, że w jego obronie Polacy byliby tak zdeterminowani,
jak Francuzi, Austriacy czy Niemcy.
Andrzej Brzeziecki
Alleluja - i do Unii
Czy po tym, co powiedział Papież, Episkopat i czego już nie mówi o. Rydzyk, partia, która
za podstawę działalności uznaje naukę Kościoła, może być wrogiem UE? Owszem. Taką
postawę przyjęła Liga Polskich Rodzin. Ale tak naprawdę LPR też jest za integracją z
Europą. Bzdura? Niekoniecznie.
W referendum na Słowacji problemem był nie wynik, ale frekwencja. Mimo wielu zabiegów
wyniosła ona raptem 52 proc. Ważność głosowania zapewnili przeciwnicy integracji:
gdyby zostali w domach, nie miałoby ono mocy. I w Polsce gra też toczy się o frekwencję.
Dlatego LPR, tak zdecydowanie nawołując do pójścia do urn i głosowania
"nie", zasługuje na uznanie. Działacze Ligi wiedzą, że Unia i im wyjdzie na
dobre. Już dziś samorządowcy tej partii, np. w sejmikach, nauczyli się odróżniać
Unię Europejską od... funduszy z UE, a sam Roman Giertych przygotowuje się do międzynarodowej
kariery, zapowiadając kandydowanie do Parlamentu Europejskiego. Czy nie logiczniej byłoby
poprzeć Unię? Ale czym wtedy Liga różniłaby się od PiS? Przeciwnicy UE to około 25
proc. To elektorat, o który walczy LPR, kalkulując, że referendum unijne jest
jednorazowe, a wybory do różnych szczebli władzy są średnio co dwa lata.
|