dotb.gif

„TP”, Nr 21 (2811), 25 maja 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2811/wiara04.php

Dlaczego nasz katolicyzm jest wielkopiątkowy


Paradoksy wiary wielkanocnej

Ks. Jan Kracik


Propozycje duszpasterskie, tak liczne w Wielkim Poście wyraźnie ubożeją po Zmartwychwstaniu. Jakby tylko choroby, biedy i niepowodzenia nadawały się do przeżywania ich z Chrystusem, zaś człowiecze radości, spełnione pragnienia i osiągnięcia miały stanowić jedynie zagrożenie.


W oficjalnych obrzędach wszystko się zgadza: aż przez 40 dni, do Wniebowstąpienia (właściwie jeszcze 10 dni dłużej - do Zesłania Ducha Św.) liturgia rozbrzmiewa echem podstawowej prawdy wiary i największego święta chrześcijan - Zmartwychwstania. Przy ołtarzu świadectwo Ewangelii, Dziejów, Pawłowa teologia, w brewiarzu homilie Ojców Kościoła i hymny, skłaniają do tego, by wielkanocną rzeczywistość chłonąć, komentować, wyśpiewywać, aktualizować. Na ile temu właśnie służą kazania? Trudno powiedzieć. Pozostaje odwołać się do doświadczeń osobistych i ich nie uogólniać.

Jednak propozycje duszpasterskie, tak liczne w Wielkim Poście wyraźnie ubożeją. A przecież rekolekcje, Droga Krzyżowa, Gorzkie Żale miały stanowić przygotowanie - przez refleksję wiary, pokutne oczyszczenie, rozważanie Męki Pańskiej - nie tylko do rezurekcyjnego przywitania Zmartwychwstałego, ale i do jak najdłuższego z Nim wędrowania. Tymczasem kaznodziejskie kształtowanie satysfakcji, jaką dawać ma czynione dobro, wyprowadzanie życiowych wniosków, które winny płynąć z najbardziej optymistycznej prawdy o pokonanej śmierci, słychać jakoś rzadziej niż przedtem wielkopostne nawoływania do wyrzeczeń, spowiedzi i udziału w nabożeństwach pasyjnych. Jakby tylko choroby, biedy, niepowodzenia nadawały się do przeżywania ich z Chrystusem, zaś człowiecze radości, spełnione pragnienia, osiągnięcia stanowić miały jedynie zagrożenie i nie warte były równie usilnej refleksji nad ich możliwymi związkami z nadzieją pełnego i ostatecznego szczęścia, którego nie tylko zapowiedzią, ale i przedsmakiem ma się stać wielkanocne misterium. Jest ono wszak najmocniejszą więzią nieba i ziemi.

Wielkanoc niesie przecież obietnicę nie tylko dla wypreparowanej z ciała duszy, ale dla całego człowieka, łącznie z jego cielesnością, za której zwycięstwo nad śmiercią ręczy. Jest to prawda tak niezwykła, i tak dla chrześcijaństwa podstawowa, że wymaga nie tylko wypowiadania jej w Credo, ale ciągłego do niej nawiązywania. Najpierw, gdy mówi się o krzyżu. Bez tego popada się łatwo jeśli nie w pochwałę cierpiętnictwa, to w takie współczucie umęczonemu Zbawicielowi, które bardziej wypala się w pobożnym wzruszeniu niż rozbudza wrażliwość na męczącego się obok człowieka, w którym tenże Chrystus oczekuje pomocy (,,cokolwiek uczyniliście..."). Krzepiąca życiowa prawda wynikająca z paschalnej tajemnicy sama potrzebuje ciągłej pielęgnacji, by zakorzenić się wystarczająco głęboko w chrześcijańskim myśleniu i postrzeganiu. Już św. Ireneusz, pisarz chrześcijański z II w., zauważył, że to nie nasze życie i świat przemijają, tylko ich obecna postać. Doznawanie kruchości skracanej przez zegary egzystencji i pośpiesznego więdnięcia urody świata ma i chrześcijańskie remedium. Jego sedna nie stanowi (jak bywało w ciągu dziejów) biadanie wraz z Koheletem, że marność nad marnościami, lecz wnikanie w rezurekcyjną obietnicę, ogarniającą nie tylko ludzi, ale i całe stworzenie, dotknięte wprawdzie przemijaniem, lecz również objęte zapowiedzią odrodzenia wtedy, gdy nastanie ,,nowe niebo i nowa ziemia" (Ap 21, 1). Teologia rzeczywistości ziemskiej, a zwłaszcza jej paschalny wymiar, raczej nie należy do często poruszanych wątków kaznodziejskich.

A przecież można sobie wyobrazić wielkanocny odpowiednik tak popularnych nabożeństw pasyjnych. Wszak spotkanie z Tomaszem czy uczniami zdążającymi do Emaus to wydarzenia dające znacznie szersze możliwości medytacji niż niektóre stacje Drogi Krzyżowej, eksploatowane na wszelkie możliwe sposoby. Narosłymi w ciągu wieków powodami, dla których katolicyzm stał się bardziej wielkopiątkowy niż wielkanocny, warto się zająć osobno.
Powielkanocna aktywność wokalna organisty i wiernych także odznacza się ograniczoną raczej wiernością wobec liturgii. Dostojne ,,Chrystus zmartwychwstan jest" i pozostałe, również przeważnie tchnące teologiczną głębią pieśni wielkanocne nader łatwo ustępują miejsca innym śpiewom, zwłaszcza maryjnym, gdy od Wielkanocy (najpóźniej 25 kwietnia) niedaleko już do maja. Oczywiście, cześć dla Matki Najświętszej i świętych to nie samoistny kult, lecz wielbienie Chrystusa za to, że Jego paschalna moc okazała się tak czytelnie zwycięska w życiu tych ludzi. Kto jednak o tym mówi w dniu 3 czy 8 maja? Na ile chrystocentryczny charakter mają rozbrzmiewające wtedy pieśni o Świętych Patronach? Tkwiąc w nieoblężonym konfesjonale ksiądz czyta dzień w dzień w brewiarzu:

Dnia trzeciego zmartwychwstał
Zwycięzca zła i śmierci,
Odtąd żyje na wieki
I trwa w Kościele swoim.


Równocześnie zaś zgromadzeni w świątyni intonują ,,Chwalcie łąki umajone" czy ,,Po górach, dolinach". Wielkanocne wątki, mówione czy śpiewane, cichną tak łatwo, jakby były najmniej ważne.

Z pasyjnymi było przeciwnie. Chociaż liturgia wielkopostna skupia się wpierw na nawróceniu serc, a dopiero przez 2 ostatnie tygodnie rozważa Mękę Pańską, piątkowa Droga Krzyżowa zaczyna się po kościołach zaraz po Popielcu, a co niedzielę są śpiewane Gorzkie Żale. Wiem, że to paraliturgia, ale jakże promowana. Śpiewana, barokowa medytacja pasyjna nadaje ton 40 dniom Postu. Podobnie jak kolędy, które nie milkną, choć niedziela po święcie Objawienia Pańskiego (Trzech Króli, 6 stycznia) uroczystością Chrztu Chrystusa rozpoczyna towarzyszenie Mu w publicznej działalności.

Za niezmordowane śpiewanie zachęt do lulania Jezunia np. po Ewangelii o weselu w Kanie Galilejskiej, odpowiada jednak częściowo podwójna rachuba czasu w kalendarzu kościelnym. Parę dni lub tygodni czasem oznacza tu kilka lat (np. dzieciństwa Jezusa) czy całą epokę (historyczne oczekiwania Chrystusa - Adwent), kiedy indziej zaś czas z historii zbawienia jest odwzorowywany w skali 1:1. Dlatego w 40 dni po Bożym Narodzeniu, 2 lutego, wypada uroczystość Ofiarowania w świątyni (Gromniczna), zaś na 9 miesięcy przed Bożym Narodzeniem, 25 marca - Zwiastowanie. To święto Wcielenia przystawałoby bardziej do Adwentu niż - jak to ma miejsce - do Wielkiego Postu czy dni tuż po Wielkanocy (wtedy jest przesuwane, by minęła oktawa wielkanocna), w których stanowi 24-godzinną enklawę, wymagającą duchowej gimnastyki. Gdyby trzymać się konsekwentnie takich powtórek czasowych, to między każdym Bożym Narodzeniem a Wielkanocą winny by upłynąć 33 lata!

A wracając do odstającego od liturgii śpiewania. Przy najwcześniejszej Wielkanocy, czyli 22 marca, Popielec wypada 4 lutego. Wtedy ostatnie ,,Do szopy hej pasterze" do pierwszej Drogi Krzyżowej dzielą raptem 4 dni! Takie są efekty samowolnej pobożności, która mimo liturgii w języku narodowym wywiera nie mniejszy od niej wpływ na kształtowanie atmosfery poszczególnych okresów roku kościelnego, z których charakterem się kłóci przez znaczną część tegoż roku.

Wszystko to razem jest wyłącznie stwierdzeniem istniejących paradoksów, zastanych i zasiedziałych, do których się przywyka. Inercja tych, którzy mogliby tu niejedno zmienić, jest bezdyskusyjna. Ponieważ tego nie chcą, a w krytyce interesują ich nie racje, lecz doszukiwanie się jej ukrytych jakoby celów, powyższy tekst krytyką być nie ma. Jest jedynie czystą konstatacją stanu rzeczy, któremu trudno zaprzeczyć. Ocena jego konsekwencji należy do Czytelników.

Kilkaset osób wzięło udział w I Akademickiej Drodze Światła, zorganizowanej w Krakowie (10 V) w ramach Chrześcijańskich Dni Żaka. Droga Światła (Via Lucis) to coraz bardziej popularne w Kościele zachodniej Europy wielkanocne nabożeństwo, wzorowane na Drodze Krzyżowej (Via Crucis). Polega ono na przeżywaniu czternastu stacji - spotkań Chrystusa Zmartwychwstałego z uczniami. Krakowska Droga Światła odbywała się późnym wieczorem przy blasku świec i prowadziła z Wawelu na Skałkę. Jej organizatorem było Duszpasterstwo Akademickie Krakowa (z duszpasterzem ks. Piotrem Iwankiem). Autorem rozważań był ks. Sabino Palumbieri SDB. Już dziś wiadomo, że Droga Światła, prowadząca ulicami Krakowa, będzie odbywać się co roku. Stały udział w niej zapowiedział kard. Franciszek Macharski, który w tym roku nie mógł wziąć udziału w nabożeństwie z powodu uroczystości ku czci św. Stanisława, odbywających się w Szczepanowie. jpo

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl