adres: ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków
tel: (0-12) 422 25 18, 422 23 11
fax: (0-12) 421-67-31
e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl
REDAKCJA ARCHIWUM PROMOCJA REKLAMA PRENUMERATA
 
Główna strona

Nowy numer
NR 21 (2811)
25 maja 2003


  Spis treści
  Komentarze
  Obraz tygodnia
  Kronika religijna
  Liturgiczne czytania
  tygodnia

  Medytacja biblijna
  ks. Mieczysław Maliński
  Kobiety w Biblii
  Przegląd prasy krajowej
  Przeglad prasy
  zagranicznej
  Notatki
  Wśród książek
  Z płyty na płytę
  Listy
FELIETONY
  Józefa Hennelowa
  Małgorzata Musierowicz
  Ewa Szumańska
  Andrzej Dobosz
  Michał Komar
  Marcin Król
  Jacek Podsiadło
  Stanisław Lem

  Tematy miesiąca

DODATKI TEMATYCZNE

UNIA DLA CIEBIE

KSIĄŻKI W TYGODNIKU

FILM W TYGODNIKU

APOKRYF

KONTRAPUNKT


To jest strona archiwalna.

Aktualna strona internetowa "Tygodnika Powszechnego" znajduje się pod adresem www.TygodnikPowszechny.pl

Projekt, wykonanie, obsługa:
Verbanet
Wersja do druku
Napisz komentarz

U chrześcijan św. Jana w Iraku


Konieczność rzeki

Beata Kowalska


O mandejczykach - ostatnich przedstawicielach starożytnej, gnostyckiej wiary - słyszeliśmy już w Polsce. Kilka dni zajęło nam odnalezienie ich w czteromilionowym Bagdadzie. Pierwsze pytanie, jakie zadali brzmiało: czy w mieście, z którego przybywamy, jest rzeka?



Mandejczycy
Mandejski Nowy Rok przypada na dzień narodzin Jana Chrzciciela. Jak w każde inne religijne święto wspólnota bagdadzka spotyka się o świcie nad Tygrysem, aby uczestniczyć w ceremonii chrztu. Mandejczycy podkreślają z dumą, że ryt tej uroczystości nie zmienił się od czasów św. Jana i że chrzczeni są w taki sam sposób jak Jezus.

Po noworocznych obchodach nad rzeką członkowie gminy zamykają się w domach na trzy dni i trzy noce. Opiekujące się nimi anioły powracają wtedy do nieba, by spotkać się ze swymi rodzinami. W obawie przed złymi mocami mandejczycy nie opuszczają swoich wspólnot, aż do powrotu aniołów na ziemię.


Znad Jordanu nad Tygrys

Początki religii mandejskiej giną w mrokach historii. Skąpe źródła dotyczące jej dziejów pozwalają umieścić wyznawców tej starej wiary pośród podobnych sekt chrzcielnych mieszkających nad wodami Jordanu. I choć naukowcy nie są zgodni, co do przyczyn ich osiedlenia się na terytorium dzisiejszego Iraku i Iranu, to nasi mandejscy rozmówcy jednomyślnie twierdzili, iż żyli niegdyś razem z Żydami w Palestynie. Gdy córka arcykapłana Świątyni Jerozolimskiej, Eleazara przyjęła ich tajemne nauki, wyznawcy religii mojżeszowej zabili wielu z nich. Ci, którzy ocaleli z pogromu, zostali wyprowadzeni znad Jordanu przez archanioła Anosza i dotarli do brzegów Tygrysu i Eufratu.

Jedną z najważniejszych postaci religii mandejskiej jest Jan Chrzciciel, określany tutaj jako prorok Jahia. Dlatego też XVII-

-wieczni misjonarze nazywali wyznawców tej religii chrześcijanami św. Jana. W wierzeniach mandejskich zburzenie Jerozolimy i rozproszenie Żydów po świecie było karą za zamordowanie właśnie Jana, nie Jezusa.

Obydwaj prorocy byli spokrewnieni. Maria, Matka Jiszy (tak nazywa się po mandejsku Jezus), była siostrą matki Jana - Inoszweji. Ojciec Jana władał jednym z królestw niebieskich. Podał Inoszweji świętą wodę, co sprawiło, że poczęła syna. Podobnie ojciec Jezusa był niebiańskiej proweniencji, choć jego królestwo stało niżej w boskiej hierarchii. I on w taki sam cudowny sposób przyczynił się do narodzin swojego potomka.

Kolejnym elementem łączącym wspólnotę mandejczyków z pierwszymi wyznawcami chrześcijaństwa jest język. Mandejski to dialekt aramejskiego - języka, którym posługiwał się Jezus. Niestety stopniowo mowa ta zanika, stając się wyłącznie słowem liturgii znanym jedynie kapłanom. Wielka to strata, bo przez wieki swojej historii społeczność mandejska stworzyła bardzo bogate - zważywszy na swą niewielką liczebność - piśmiennictwo. Dlatego właśnie VI sura Koranu określa ich - obok "chrześcijan i tych, którzy wyznają judaizm" - "posiadaczami księgi", dzięki której "otrzymają nagrodę u swego Pana". Najważniejszym dziełem religijnym jest "Prawa i Lewa Ginza" (Skarb) - mityczne opowieści, teologiczne traktaty oraz liturgie mszy żałobnej. Księga ta traktuje o kwestiach dla myśli mandejskiej najistotniejszych - o boskiej naturze Światła i ludzkiej duszy, która pragnie powrotu do swego niebiańskiego źródła.


Świetliste królestwa

Na północy leży świat światłości, na którego czele stoi władca zwany Wielkim Życiem albo Królem Światła. Otaczają go niezliczone, świetliste królestwa. Odpadły one niegdyś od tej najwyższej istoty, niwecząc tym samym pierwotną jedność. Wraz ze swymi władcami o egzotycznych imionach - Joszamin, Abatur, Olmi Daihuro - głoszą nieustannie chwałę Życia i odprawiają ku jego czci rytualne ceremonie. Spośród nich jeden, ten stojący najniżej, jest szczególnie istotny: Ptahil - Bóg-Stwórca.

To on stworzył niegdyś świat, bez zgody Króla-Światła, a przy pomocy demonicznych mocy królestwa z południa. Został za to na wieki potępiony. Moce świetliste, chcąc ograniczyć działanie sił ciemności, zsyłają Wiedzę Życia (manda): wiedzę o bogu, istocie świata i naturze człowieka.

Ale człowiek też jest dziełem upadłego Ptahila, który wraz z pomocnikami Ciemności stworzył ciało Adama. W pierwszym człowieku nie było jednak życia. Dopiero Król Światła, litując się, tchnął w niego duszę. Jest ona tą boską cząsteczką, która łączy człowieka z boskim światem i dzięki której zjednoczy się on kiedyś ze źródłem Życia. Adam ziemski jest odbiciem swego niebiańskiego imiennika, od którego pochodzą mandejczycy - "plemię Życia". Ich dusze żyły niegdyś w królestwie Światła, ale od czasów pierwszych ludzi muszą tkwić w cielesnym świecie. Ziemia jest dla nich więzieniem, więc mandejska dusza, tęskniąc za boskim Światłem, modli się:


"Jestem samotnym krzewem winnym, który znalazł się w świecie. Nie ma przy mnie najwyższego ogrodnika, nie ma dozorcy, nie ma pomocnika łagodnego, który by przyszedł i pouczył o wszystkim. O, jakże się wtedy radować, ja chora, pełna lęku w świecie złych. Jak długo jeszcze będę wędrować i jak długo pogrążać się we wszystkich tych światach?".


Centralny punkt refleksji stanowi idea wyzwolenia z bezwartościowego ciała i powrót do świata światłości. W chwili śmierci dusza rozpoczyna podróż przez kolejne, pozaziemskie stacje strażnicze. Czyha tam wiele niebezpieczeństw, by zatrzymać ją i na nowo uwięzić w jakiejś formie materii. Tylko mandejczycy, dzięki ich zbawczej wiedzy (manda) dojdą do kresu pośmiertnej drogi.

W tej najważniejszej dla zbawienia podróży pomagają im różnego rodzaju "magiczne przepustki", w które wyposażają ich żałobne ryty ceremonii "wstępowania" - mszy żałobnej w intencji połączenia się duszy ze światem Światłości. Poprzedza ją obmycie wodami Jordanu i przystrojenie gałązką mirtu. Właściwe modlitwy rozpoczynają się trzy dni po śmierci, wtedy bowiem dusza opuszcza ciało. Podróż do świata Życia trwa 45 dni i przez cały ten czas duszy towarzyszą recytacje "Lewej Ginzy" i rytualne posiłki. Oczekująca swego wyzwolenia dusza modli się:


"Nie życie wzniosło ten dom, w którym przebywamy, dlatego wybaw nas z ciemności tego świata, w którą jesteśmy wrzuceni."


Na koniec zostaje jeszcze jedna próba - odmierzająca dobre uczynki waga. Jeśli wynik tej decydującej kontroli wypadnie pozytywnie, dusza zjednoczy się ze swym niebiańskim źródłem. Pozostaje jeszcze tylko przejście przez graniczne rzeki oraz przywdzianie szaty i wieńca na znak zwycięstwa.

Co jednak z tymi, którzy nie przedostali się przez pułapki strażniczych stacji? Czy na zawsze pozostaną w niebiańskich piekłach? Otóż dana im będzie jeszcze jedna szansa. W "wielkim dniu sądu" wrzuceni zostaną w ogień i przeżyją w ten sposób swą drugą śmierć. I albo powrócą wraz z innymi odpadłymi istotami świetlistymi do źródła Życia, albo zostaną wraz z niewiernymi i wszelkimi mocami ciemności unicestwieni na wieki. Wtedy "światło wzniesie się do góry, a ciemność powróci na swe miejsce".


Nowoczesność starożytnej wspólnoty

Datą krytyczną dla mandejskiej religii ostatnich wieków był rok 1831, kiedy epidemia cholery stała się przyczyną śmierci wszystkich mandejskich kapłanów i wyższych duchownych (ocalało jedynie dwóch diakonów). Wraz z nimi odeszła część ustnej tradycji, a za gminę stali się odpowiedzialni jej świeccy członkowie. Przez kilka następnych dziesięcioleci społeczność zmagała się z brakiem duchownych, zanikiem języka i obyczajów. Jednak w ciągu ostatnich dwudziestu lat zaobserwować można renesans zainteresowania własną tradycją.

Mandejczycy podkreślają z dumą, że spośród "religii księgi" to oni są grupą najstarszą. Stąd próba wskrzeszenia starożytnego języka, działalność wydawnicza udostępniająca mandejskie teksty w arabskich tłumaczeniach. Centrum pracy organizacyjnej powstało w Bagdadzie. Ma ono służyć nie tylko kultywowaniu tradycji i języka (od dziewięciu lat funkcjonuje tu szkoła), ale i udostępniać prace europejskich uczonych dotyczące mandeizmu.

Nowoczesność wkroczyła w rytualne życie tej starożytnej wspólnoty. Jej członkowie nie spotykają się już w małej glinianej świątyni nad brzegami rzeki. Basen chrzcielny wyłożony jest kafelkami (choć woda, by nie traciła swych rytualnych właściwości doprowadzana jest nie rurociągiem, a specjalnym kanałem), a świątynia przypomina nowoczesne budowle chrześcijańskie, od których odróżnia ją tylko zatknięty na szczycie proporzec św. Jana. W głównej sali spotkań na honorowym miejscu znajduje się egzemplarz "Ginzy", a na ścianach wiszą gobeliny przedstawiające wędrówkę duszy przez graniczne rzeki, bardzo przypominające mitologiczne wyobrażenia Styksu - greckiej rzeki zapomnienia.

Wśród wiernych możemy znaleźć wielu irackich absolwentów wyższych uczelni, nauczycieli, naukowców. Jednak większość nadal kultywuje profesję od wieków bardzo wśród mandejczyków popularną - złotnictwo. Nic więc dziwnego, że ekskluzywny sklep jubilerski w hotelu Nazar w Bagdadzie jest miejscem, gdzie można uzyskać informacje o aktualnych wydarzeniach tutejszej wspólnoty. Przed embargiem pełno było tutaj klientów z całego świata, dziś zagranicznych gości nie ma w ogóle, a Irakijczyków nie interesuje wykwintna biżuteria, skoro ich głównym problemem jest przeżycie miesiąca za dwa i pół dolara.

Dziś, by przetrwać, mandejczycy wolą podkreślać swoje pokrewieństwo z islamem czy chrześcijaństwem, choć w dawnej literaturze wątki antychrześcijańskie bywały obecne. Osłabieniu uległy także antyświatowe i dualistyczne wątki ich ideologii. Z islamem łączą ich - jak czytamy w mandejskiej broszurze religijnej - ablucje, doniosłe znaczenie modlitwy, postu i jałmużny oraz zakaz picia alkoholu; z chrześcijaństwem zaś - bliskie pokrewieństwo między Janem a Jezusem, świętowanie niedzieli i religijne znaczenie chrztu.

Jak wielu mieszkańców Bliskiego Wschodu, także i mandejczycy mają nonszalancki stosunek do liczb. Wielkość wspólnoty raz oceniali na 100 tysięcy, innym razem na 160 tysięcy. Dane te wydają się znacznie zawyżone. W noworocznej ceremonii nad Tygrysem nie uczestniczyło więcej niż kilkaset osób. Niemiecki religioznawca Hans Rudolph, który prowadził badania wśród mandejczyków w 1969 roku pisał o 15 tysiącach wyznawców tej religii w Iraku i Iranie. Zważywszy na straty w wojnie z Iranem, które musiały dotknąć także tej społeczności, liczba jej członków prawdopodobnie nieznacznie przekracza 20 tysięcy.

By móc kultywować swoje chrzcielne rytuały, wyznawcy tej religii żyją zawsze w pobliżu rzek, przede wszystkim w Iraku i Iranie. Istnieją również niewielkie wspólnoty mandajskich emigrantów w Europie, Ameryce i Australii. Klasa kapłańska liczy obecnie 25 duchownych: czterech w Iranie, 21 w Iraku (pięciu spośród nich sprawuje teraz opiekę nad wspólnotami w diasporze). W zarządzaniu wspólnotą mandejską pomaga im Generalna Rada Społeczności, w skład której wchodzą reprezentanci mandejskich rodów oraz Rada ds. Ogólnych (spośród najważniejszych jej jednostek wymienić trzeba mandejski sąd, departament młodzieży czy centrum mandejskich studiów).

*

Podczas naszych spotkań z mandejczykami ciągle nasuwało się pytanie, czy społeczność ta zachowa tożsamość w obcym otoczeniu, z niewielką grupą kapłanów, którzy z trudem pomagają zachować starożytne tradycje. Świat rzadko sobie o nich przypomina. W literaturze polskiej publikacje na temat tej gnostyckiej wiary można policzyć na palcach jednej ręki.

Mandejczycy trwają mocno w przekonaniu, że to oni są depozytariuszami prawdziwej wiedzy, która doprowadzi ich do Boga. W świętej "Ginzie" czytamy:


Od dnia gdy ujrzeliśmy Ciebie,
od dnia gdy usłyszeliśmy Twe słowo,
serca nasze napełnił pokój.
Uwierzyliśmy w Ciebie, o Dobry,
Zobaczyliśmy Twą światłość i nie
zapomnimy Ciebie,
Z serc nie wygnamy ani na chwilę.
Bo zaprawdę, serca nasze nie oślepną,
I nic naszych dusz nie powstrzyma
.


A skoro tak, to czy mogą nie przetrwać?

PS. W czasie inwazji na Irak wielu mandejczyków opuściło Bagdad w obawie przed bombardowaniami i do tego czasu nie wróciło. Jak każda mała wspólnota religijna, odmienna od otaczającej ich muzułmańskiej większości, mandejczycy obawiają się o przyszłość. Z niechęcią odnosili się do pytania o opinie na temat najnowszych wydarzeń. W ich przypadku nazbyt stanowcze opowiedzenie się po jednej stronie mogłoby ich wiele kosztować. Taktyką, która pozwoliła im przetrwać wieki było podkreślanie - pomimo istotnych różnic doktrynalnych - pokrewieństwa z religiami monoteistycznymi i społecznościami mieszkającymi w Iraku.


Beata Kowalska jest socjologiem, pracuje na Uniwersytecie Jagiellońskim. Prowadziła badania w pięciu krajach Bliskiego Wschodu.

Fragmenty tłumaczenia Ginzy pochodzą z książki Hansa Jonasa " Religia gnozy", Kraków 1994, tłum. Marek Klimowicz


Archiwum | Redakcja | Prenumerata | Reklama | Ludzie Tygodnika | Archiwum felietonów | Historia pisma
Archiwum Jerzego Turowicza | Unia dla Ciebie | Książki w Tygodniku | Film w Tygodniku |
Jazz w Tygodniku | Apokryf | Kontrapunkt

© 2000 Tygodnik Powszechny