dotb.gif

„TP”, Nr 21 (2811), 25 maja 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2811/wiara02.php

Właśnie została ogłoszona świętą, ale z jej tekstów wyłania się żywy człowiek


Nic nadzwyczajnego

Anna Mateja


Pierwsze pytanie, jakie zadaje się kandydatce do zgromadzenia szarych urszulanek, dotyczy pracy. Czy odstawi ambicje, tytuły i wykształcenie, żeby schylać się nad grządkami w ogrodzie, zmywać talerze w kuchni albo pracować z trudnymi dziećmi w świetlicy? Musi być gotowa do podjęcia każdego zajęcia. Bez poczucia "poświęcania się", zwyczajnie, jakby to robiła od zawsze. Z uśmiechem, bo ponuractwem nie zmieni się świata, jak mówiła założycielka zgromadzenia - matka Urszula Ledóchowska.


"Nie było w niej nic nadzwyczajnego" - mówią starsze siostry, pamiętające założycielkę.

Szczupła, niewysoka, siwe włosy zaczesane pod czarny czepek, błękitne oczy. Łagodne rysy twarzy i taki sposób mówienia. Nieugięta siła woli.


Boży pionek

Gdy w czasie I wojny światowej jeździła po krajach skandynawskich z prelekcjami, kwestując na rzecz sienkiewiczowskiego Komitetu Pomocy dla Ofiar Wojny w Polsce, wystarczał jej tobołek z bielizną na zmianę, kilka kromek chleba i kawałek czekolady. Polską hrabinę z koneksjami na najważniejszych dworach Europy, także w Watykanie, zadowalało miejsce w czwartej klasie pociągu obok robotników i handlarek.

Mówiła o sobie, że jest Bożym pionkiem. Instrumentem w rękach Stwórcy, co wyklucza przypadki. "Jezus psuje czasem moje plany, naprawia je sam, więc ufam Mu całym sercem" - mówiła, nie mając chyba w zwyczaju rozpamiętywać upokorzeń i klęsk.

Jak poddawała się "wyrokom Bożym", tak nie godziła się z sądami ludzkimi. W 1909 r. podjęła starania o otwarcie w Petersburgu kaplicy dla katolików rosyjskich, nie zważając na opinie polskiej mniejszości, oburzonej możliwością posłużenia się w liturgii językiem rosyjskim.

Pracą Ledóchowskiej kierowały potrzeby ludzi. Tak samo musi je traktować każda szara urszulanka. Stąd pytanie: czy jesteś gotowa do każdej pracy? No bo skąd wiadomo, przed czym postawi kandydatkę Ten, co lubi "psuć ludzkie plany"?


Za murami, ale blisko

"Chcę wstąpić do klasztoru, ale nie tego" - odpowiedziała stanowczo rekolekcjoniście Julia (to jej świeckie imię) Ledóchowska. Była wiosna 1886 r. 21-letnia dziewczyna siedziała w rozmównicy krakowskiego klasztoru urszulanek przy ul. Starowiślnej po zakończonych właśnie tygodniowych rekolekcjach. Myślała o wyjeździe na misje. Nie chciała zamykać się w murach.

Wiedziała, że w domu, kilkunastopokojowym dworze w Lipnicy Murowanej pod Bochnią, czeka na nią matka, która nie chciała słyszeć o wyjeździe na misje. Rok wcześniej młodszy brat Julii - Włodzimierz, wstąpił do seminarium duchownego w Tarnowie (został jezuitą, a w 1915 r. wybrano go przełożonym generalnym Towarzystwa Jezusowego), natomiast starsza siostra - Maria Teresa została właśnie damą dworu książąt toskańskich w Salzburgu. W 1885 r., zaledwie dwa lata po przeprowadzce z Sankt-Pölten w Dolnej Austrii, gdzie mieszkali kilkanaście lat, zmarł jej ojciec - Antoni Ledóchowski. Matka - Józefina Salis-Zizers urodziła dziewięcioro dzieci. Żyło sześcioro i trzech synów z pierwszego małżeństwa męża. Duma z powołania dzieci mieszała się z lękiem. Dzieci miały być wsparciem, a Józefina musiała patrzeć, jak od niej odchodzą.

Julia pomagała matce prowadzić kilkudziesięciohektarowy majątek. Była zorganizowana, opiekuńcza, bystra. Józefina obserwowała z zadowoleniem, jak córka wstaje o czwartej, by znaleźć czas na wszystkie obowiązki. Jak bycie hrabianką nie przeszkadza jej w zajmowaniu się wiejską biedotą. A tu nagle te misje! Wyjedzie daleko, może już nigdy jej nie zobaczy. Niech lepiej pójdzie do urszulanek w Krakowie. Będzie za murami, ale blisko.

W sierpniu 1886 r. Julia jest już w klasztorze. W 1889 r. składa profesję wieczystą i przyjmuje imię zakonne Marii Urszuli. "Mój rozkład dnia: wstawanie o godzinie 5., następnie idziemy na chór, potem śniadanie, nauka, obiad, nauka, chór, różaniec, rekreacja, czasem rekreacja z wychowankami - wyobraź to sobie - o 9.50 należy już spać. Tak mija dzień po dniu, prędko i spokojnie! Z żadnym człowiekiem na świecie nie chciałabym się zamienić..." - pisze w liście z października 1886 r. do korespondencyjnej przyjaciółki, poszukującej protestantki, Ilse von Düring. W taki sposób przeżyła 21 lat.

Gdy w 1905 r. wybucha w Rosji rewolucja, Urszula postanawia tam jechać. Robi to niecałe dwa lata później, korzystając z zaproszenia ks. Konstantego Budkiewicza, proboszcza kościoła św. Katarzyny w Petersburgu. Razem z kilkoma siostrami ma prowadzić internat dla uczennic w przykościelnym gimnazjum.

Na początku działalności misyjnej (Kościół traktował wówczas Cesarstwo Rosyjskie jak teren misyjny), której tak pragnęła 20 lat wcześniej, ceruje pończochy i uczy się języka.


Różowe sukienki

W Rosji, mimo wielu ograniczeń nakładanych na katolików (zakazana była m.in. działalność zakonów katolickich; Ledóchowska oficjalnie nie występowała jako zakonnica), wyraźnie dawało się odczuć zainteresowanie Kościołem rzymskim. Urszula pisze więc prośbę do rosyjskiej administracji o pozwolenie na otwarcie prywatnej kaplicy "dla rosyjskiej, katolickiej publiczności" obrządków łacińskiego i greckiego. Rosjanie - rozradowani. Polacy - przeciwnie. Mówią o "niekatolickości" języka rosyjskiego. "Polacy swoim szowinizmem wyrządzają prawdziwą krzywdę nie tylko Rosjanom, ale jeszcze bardziej naszemu narodowi. Dziś jeszcze, dzięki religii, mogłoby nastąpić pewne załagodzenie, pojednanie" - pisze rozgoryczona Urszula do siostry - Marii Teresy w lutym 1909 r. (Maria Teresa była już wówczas założycielką zgromadzenia misyjnego św. Piotra Klawera).

Rosyjski rząd pozwolił otworzyć kaplicę, ale zakazał tego katolicki biskup - Apolinary Wnukowski. Argumentację Ledóchowskiej odparł stwierdzeniem, że Rosjanom powinna wystarczyć adoracja Najświętszego Sakramentu i francuskie książki (nie było jeszcze katolickiego tłumaczenia Ewangelii na rosyjski). "Później może Bóg da inne światło" - godzi się zrezygnowana, choć echa jej zdecydowanej dyskusji z metropolitą długo jeszcze słychać, nawet w Watykanie.

Tam zresztą znajduje silne oparcie. Pius X nie tylko nie daje się prosić o błogosławieństwa, ale wydaje szereg nadzwyczajnych pozwoleń, które mają ułatwić prowadzenie działalności zakonnej w państwie carów. "Możecie chodzić i w różowych sukienkach, byleście tylko pracowały w Rosji" - usłyszała od papieża, gdy konieczne stało się zdjęcie habitów. Na jej prośbę, po uzgodnieniu sprawy z urszulankami krakowskimi, erygował samodzielny klasztor w Petersburgu.

Oficjalnie Ledóchowska jest tylko nauczycielką francuskiego, poza gronem zainteresowanych nikt nie wie, że przyjmuje nowe kandydatki. Chcąc zejść z oczu carskich urzędników kupuje w 1911 r. willę w Karelii, nad brzegiem Zatoki Fińskiej. Nazwie ją jednym z określeń Maryi - Merentähti, po polsku - Gwiazda Morza. Zakłada tam gimnazjum dla dziewcząt i nowy dom zakonny (nadal nieoficjalny). Rozpoczyna życie na "fińskiej pustyni", jak nazwała to w napisanej na początku lat 20. historii zgromadzenia szarych urszulanek, jeden z najszczęśliwszych okresów życia. Docenia ciszę, zapach lasu, bliskość morza, także 20-kilometrowe oddalenie od najbliższej stacji kolejowej. Nowe życie rozpoczyna od nauki fińskiego. Chce lepiej zrozumieć miejscową ludność, dla której też zamierza pracować.

Ledóchowska nie chce nawracać. Cieszy się, że w jej kaplicy pojawiają się Finowie--protestanci. Czują się opuszczeni - w ich Kościele brakuje pastorów. Przychodzą do kaplicy w Merentähti, choć katolicka, bo hrabina Ledóchowska, jak ją nazywają, specjalnie dla nich prowadzi nabożeństwa po fińsku i osobiście w tym języku uczy pieśni. Widzi ich zagubienie, ale nie usiłuje ich skłonić do konwersji. Nie szuka też dla tych ekumenicznych spotkań modlitewnych (pół wieku przed Vaticanum Secundum) teologicznych uzasadnień. Dzięki nim czuje, co to znaczy, że ma z tymi ludźmi "stanowić jedno".

Gdy po wybuchu wojny w 1914 r. Urszula dowie się od carskich urzędników, że jej osoba stwarza zagrożenie dla imperium i wyemigruje do Szwecji, kolejny etap życia rozpocznie dokładnie tak samo. Znajdzie nauczyciela i rozpocznie intensywną naukę szwedzkiego. W takich okolicznościach pozna jeszcze duński i norweski.


Po śladach Urszuli

Siostra Anna Majerczyk lubi wygrzewać się w słońcu. Wyniosła krzesło między rabaty, usiadła, żeby w ciszy kontemplować urodę ogrodu w Pniewach (tam właśnie, niedaleko Poznania, szare urszulanki mają dom macierzysty). Patrzy na kwitnące jabłonie, potem pobliski warzywnik i zagajnik za ogrodzeniem. Czego chcieć więcej? Można modlić się i zebrać rozgonione z powodu wielu prac myśli.

- Był 1978 r. Na Uniwersytecie im. Marii Curie-Skłodowskiej rozpoczęłam drugi rok asystentury na chemii. Do szarych urszulanek przy ul. Wiślanej w Warszawie pojechałam z siostrą Józefą Zdybicką. Wypełniłam kwestionariusz kandydatki, gdzie napisałam, że pochodzę z Poronina, jeżdżę na nartach, w ogóle lubię sport. Usłyszałam pytanie: "Chciałabyś pojechać do Finlandii, mamy tam dom". "Choćby dziś" - odpowiedziałam. My to mamy rodzinne, chyba trochę góralskie - szybko podejmujemy decyzje.

Pierwsze 18 lat zakonnego życia spędziłam w Finlandii, ale nie w Merentähti. Z tego, co stworzyła tam matka Urszula, nic już nie zostało. Za to Finowie są bardzo podobni do tych ze wspomnień założycielki. Są luteranami (katolików jest tylko 0,08 proc.), ale uważają, że wartości niesione przez Kościół katolicki są ważne społecznie. To akceptacja absolutna: posyłają dzieci do naszego przedszkola, gdzie prowadzimy wychowanie nie tyle wyznaniowe, ile po prostu - chrześcijańskie, zapraszają siostry do domów, chcą być z nami w kontakcie. Pracowałam w przedszkolu, uczyłam też religii: po polsku i fińsku. Wśród dzieci nie czułam jednak różnic religijnych: podobnie obchodziłyśmy Boże Narodzenie, uczyłyśmy tych samych modlitw. Dzieci są, widać, ekumeniczne.

Siostra Anna chodzi po śladach Urszuli. Czuła jej obecność, gdy biegała na nartach w Finlandii, podobnie, gdy zbiera bieliznę ze sznurów w pniewskim ogrodzie albo pomaga dzieciom odrabiać lekcje w świetlicy środowiskowej. Czasami prawie biega od ogrodów na jednym końcu klasztornej posesji do budynków obok kaplicy po drugiej stronie, ale w jednym miejscu musi się zatrzymać. Za liceum gastronomiczno-hotelarskim, naprzeciw nowego przedszkola jest plac zabaw i boisko. Widzi młodzież z Pniew, która popołudniami przychodzi tu, żeby zagrać w kosza. Siostra Anna zapomina na parę minut o pośpiechu, dołącza do którejś z drużyn. Kilka kozłów, podanie - kosz. Dopiero teraz może się dalej spieszyć...

- Czasami mam ochotę powiedzieć: ducha sportowego nie gaście! Powołaniem szarej urszulanki jest wychowywanie dzieci i młodzieży - również przez sport. Pochodzę ze sportowej rodziny: moje dwie siostry uczestniczyły w zimowych olimpiadach, a siostrzenica - Jagna Marczułajtis zajęła czwarte miejsce w Salt Lake City.

Kiedyś zastanawiałam się, dlaczego tak łatwo przywykłam do życia we wspólnocie. Szybko znalazłam odpowiedź: mama mówiła podobne rzeczy, co siostry przełożone. Nic nadzwyczajnego, ale, widać, działa. Rodzice mieli skromny dom bez wody i elektryczności, kilka hektarów ziemi i dziesięcioro dzieci. Jedyne, co mama mogła nam przekazać, to zapał do nauki i sportu. Każdy z nas ma zawód, niektórzy - skończone studia. W zgromadzeniu było podobnie: ciężka praca i pełna akceptacja.


Fin-rewolucjonista i rabin-syjonista

"Jak to bolało!" - wspomina Urszula Ledóchowska w historii kongregacji opuszczenie Merentähti i wyjazd do Szwecji.

Gdy zgnębiona opuszcza statek, na nabrzeżu nikt na nią nie czeka. Nie zna języka, siostry zostawiła w Rosji. W nowym kraju ceruje ubrania, chodzi do kościoła i uczy się szwedzkiego. Chce jechać do Marii Teresy, ta jednak odmawia gościny po tym, jak Urszula nie zgodziła się na połączenie petersburskiego zgromadzenia z jej Sodalicją św. Piotra Klawera. Siostry szybko jednak dochodzą do porozumienia i Maria Teresa na powrót staje się jej oddaną powiernicą.

Zarabia na życie ucząc francuskiego, m.in. synów Esme Howarda - brytyjskiego dyplomaty. Jego żona traktuje Ledóchowską jak płatną guwernantkę - nie zaprasza do stołu, nie przedstawia gościom. Urszula nie pokazuje jednak rogów. Z czasem pani Howard nabiera do niej większego szacunku. Gdy Ledóchowska, na życzenie Henryka Sienkiewicza, rozpoczyna objazd z odczytami po Szwecji, zbierając datki na rzecz ofiar wojny w Polsce, żona posła staje się oddaną przyjaciółką i sprawną organizatorką.

Ledóchowska sprowadza kilka sióstr, nabiera otuchy. Choć są nielicznymi katoliczkami w protestanckim kraju, odważnie otwiera żeńską szkołę języków w Djursholmie niedaleko Sztokholmu. Uczennicami są obojętne religijnie protestantki. Ledóchowska dziwi się "rozhukanym Norweżkom, szastającym pieniędzmi", pannom, których ambicje ograniczają się do kupna kolejnej sukni. "Nie starałam się ich - jak to często za granicą w klasztorach bywało - na katolicyzm nawrócić" - wspomina w historii kongregacji. "Starałam się te płytkie umysły trochę pogłębić - i na tym koniec. (...) Ufam, iż ziarenko rzucone prawie niezauważalnie, swoje z czasem zrobiło".

Gdy sprawa odzyskania przez Polskę niepodległości zaczyna nabierać aktualności, Ledóchowska posyła siostry do szkół gospodarczych i pielęgniarskich. Zdobyte patenty mają wykorzystać w pracy dla kraju. Szkoły są protestanckie, ale Ledóchowska nie obawia się, że któraś z młodszych sióstr straci przez obce środowisko wiarę.

Komitet dla pomocy Polsce tworzy na przekór przynależnościom wyznaniowym czy narodowym, zapraszając m. in. Nathana Söderbloma, protestanckiego arcybiskupa Uppsali, Selmę Lagerlöf, wybitną szwedzką pisarkę, czy Ivara Bendixona, matematyka, rektora Politechniki Sztokholmskiej, wyznania mojżeszowego.

W 1915 r. poznaje Ignacego Daszyńskiego, niewierzącego socjalistę. Jest pod wrażeniem jego wiary w głoszone idee. Jakiś czas później Michał Łempicki, dawny poseł do rosyjskiej Dumy, prosi ją o zorganizowanie w jej salonie spotkania polskich polityków. I spotkali się: Daszyński, Stanisław Patek z PPS-u, późniejszy przedstawiciel Naczelnika Państwa Józefa Piłudskiego, sam Łempicki, "Fin-rewolucjonista i rabin-syjonista" - opisuje gości Ledóchowska. Po rozmowie odprowadza polityków na stację kolejową. Od Daszyńskiego, zachwyconego jej postawą, usłyszała, że jest jak biblijny Daniel w lwiej jamie - ujarzmiła lwy.

W 1917 r. przyjmuje w Djursholmie metropolitę greckokatolickiego Andrzeja Szeptyckiego, właśnie zwolnionego z rosyjskiego więzienia.

Pod koniec wojny przenosi szkołę i siostry do Aalborga w Danii. Otwiera ochronkę św. Antoniego dla zaniedbanych dzieci polskich robotników, którzy wyjechali tam w czasie wojny. Gdy zgodnie z traktatami wersalskimi ma powstać niepodległe państwo polskie, Ledóchowska chce jak najszybciej wrócić z siostrami do kraju.


Praca i ofiary

Siostra Joanna myje podłogę w Domu Pielgrzyma w Pniewach. Zajęcie prawie mechaniczne, można myśleć o czym innym, np. o luźnych kartkach, na których wypisała fragmenty z listów matki Ledóchowskiej.

- Niczego o niej nie wiedziałam, gdy w 1965 r., od razu po maturze, zapukałam do furty w Pniewach. Przez lata uczyłam religii w szkole. Teraz jestem na wcześniejszej emeryturze, oprowadzam pielgrzymki i myślę o tym, jak matka Urszula w liście ze Szwecji prosiła przyjaciela o pomoc. Ciągłe podróże, masa odczytów i spotkań, prowadzenie szkoły dla dziewcząt. "Pracy ani ofiar się nie lękam" - pisała, prosząc o przysłanie kogoś do pomocy. Za kilkanaście dni zostanie ogłoszona świętą, ale w tekstach, jakie zostawiła, znajduję żywego człowieka, co nie krył rozczarowania, tęsknoty, zmęczenia czy miłości.

Myję te podłogi albo oprowadzam pielgrzymów i myślę o tym, jak matce Urszuli przed powrotem do Krakowa postawiono warunki. Może wrócić, ale bez sióstr, które wstąpiły do zgromadzenia w Petersburgu i Skandynawii. Ledóchowska nie zostawia towarzyszek. Pisze konstytucje nowego zgromadzenia, jedzie do Rzymu i prosi Benedykta XV o zgodę na jego powstanie. Nie ukrywa, że jest przyjęta niechętnie, a papież traktuje ją jak osobę o nieuporządkowanych ambicjach. Akceptuje jednak konstytucje i... pozwala się pocałować w stopę. To dowód wyjątkowej niełaski. Innych za taką pracę honoruje się orderami, jej nawet nie podziękowano. Po tym wszystkim prosiła nas w testamencie, żebyśmy chciały być małe, bardzo małe...

Posłuszeństwo Urszuli wobec Kościoła nigdy nie było kwestionowane. Benedykt XV przysłał jej zresztą pod konie życia swoje błogosławiństwo. O domu w Krakowie zawsze mówiła jak o rodzinnym. Nowe zgromadzenie nazywała nową gałęzią wyrosłą z pnia urszulańskiego.

W obliczu końca wojny matka Ledóchowska zaczyna w Skandynawii kwestę na kupno domu w Polsce. Chce tam przeprowadzić siostry wraz z polskimi dziećmi, którymi zajmowała się w Danii. Znalazła majątek na sprzedaż - w Pniewach. Przed jedną z prelekcji o planowanej działalności w Polsce, podeszła do niej żona konsula norweskiego w Danii - Stolt-Nielsena z zapewnieniem, że mąż przekaże 20 tys. koron. Kilka miesięcy później, w trakcie wojny polsko-bolszewickiej, Ledóchowska przyjeżdża do Pniew z pierwszą grupą dzieci. W ciągu paru najbliższych lat rozsyła siostry do Warszawy, Wilna, Sieradza, ale też do ubogiej ludności z Polesia.
Umiera w Rzymie, w maju 1939 r.


Bez egzaltacji

Starsze urszulanki mówią kandydatkom, szczególnie tym od razu po maturze: "poczekaj, przemyśl, skończ studia, dorośnij - zdecyduj się za kilka lat". Taką wstrzemięźliwość praktykowano zarówno w czasach, gdy tworzono dwa nowicjaty po 30 osób, jak teraz, gdy powołań jest dużo mniej. Oddalenie ze zgromadzenia jest bolesne dla obu stron.

- Pierwsza szara urszulanka, jaką spotkałam w życiu, opowiadała o swoim zgromadzeniu prosto, jasno i zwyczajnie - wspomina siostra Anna Renkiewicz, opiekująca się w Pniewach młodzieżą zakonną. - To było 15 lat temu w toruńskim kościele akademickim. Nie pamiętam, co konkretnie mówiła, ale wrażenie pozostało. Dokładnie takie mamy być: zwyczajne, nie egzaltowane, otwarte na innych.

Wśród kandydatek jest coraz więcej dziewczyn z rozbitych rodzin albo z problemem alkoholowym. Czy takie osoby nauczą się okazywania miłości wobec zaniedbanych dzieci, jeśli same nigdy tego uczucia nie doświadczyły? Jest i inny problem. Dzisiaj dziewczyna nie musi wstępować do zakonu, żeby pomagać innym. Może zostać wolontariuszem organizacji pozarządowej, a potem wrócić do życia świeckiego - po co jej śluby wieczyste?

Kiedyś siostry prowadziły gospodarstwo rolne. Założycielka powtarzała, że każda musi tak pracować, żeby utrzymać siebie i przynajmniej jedno dziecko. Teraz ziemię wydzierżawiono - świat oczekuje od sióstr czegoś innego.

W Pniewach mieszka siostra Irena, która śluby wieczyste złożyła 55 lat temu. Po upaństwowieniu ziemi pracowała wraz z innymi siostrami w PGR-ze. Teraz zajmuje się najmłodszymi dziećmi w przedszkolu. Kładzie je spać w czasie sjesty, sadza na nocniki, rozdaje układanki, cały czas z nimi rozmawia. Gdy w kaplicy trwa adoracja (dzieci mają wtedy sjestę) siada "po turecku" przy oszklonych drzwiach wychodzących do ogrodu i modli się ze współsiostrą na różańcu.

Urszula Ledóchowska chciała, żeby siostry patrzyły na ludzi i służyły im. Czasami przez wyrywanie buraków w PGR-ze, czasami przez zmienianie pampersów. Na pewno - przez bycie z najmniejszymi.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl