|
Właśnie została ogłoszona świętą, ale z jej tekstów wyłania się żywy człowiek
Nic nadzwyczajnego
Anna Mateja
Pierwsze pytanie, jakie zadaje się kandydatce do zgromadzenia szarych urszulanek, dotyczy
pracy. Czy odstawi ambicje, tytuły i wykształcenie, żeby schylać się nad grządkami w
ogrodzie, zmywać talerze w kuchni albo pracować z trudnymi dziećmi w świetlicy? Musi
być gotowa do podjęcia każdego zajęcia. Bez poczucia "poświęcania się",
zwyczajnie, jakby to robiła od zawsze. Z uśmiechem, bo ponuractwem nie zmieni się świata,
jak mówiła założycielka zgromadzenia - matka Urszula Ledóchowska.
"Nie było w niej nic nadzwyczajnego" - mówią starsze siostry, pamiętające
założycielkę.
Szczupła, niewysoka, siwe włosy zaczesane pod czarny czepek, błękitne oczy. Łagodne
rysy twarzy i taki sposób mówienia. Nieugięta siła woli.
Boży pionek
 |
 Urszula Ledóchowska na podwórzu domu urszulanek w Pniewach |
|
Gdy w czasie I wojny światowej jeździła po krajach skandynawskich z prelekcjami,
kwestując na rzecz sienkiewiczowskiego Komitetu Pomocy dla Ofiar Wojny w Polsce,
wystarczał jej tobołek z bielizną na zmianę, kilka kromek chleba i kawałek czekolady.
Polską hrabinę z koneksjami na najważniejszych dworach Europy, także w Watykanie,
zadowalało miejsce w czwartej klasie pociągu obok robotników i handlarek.
Mówiła o sobie, że jest Bożym pionkiem. Instrumentem w rękach Stwórcy, co wyklucza
przypadki. "Jezus psuje czasem moje plany, naprawia je sam, więc ufam Mu całym
sercem" - mówiła, nie mając chyba w zwyczaju rozpamiętywać upokorzeń i klęsk.
Jak poddawała się "wyrokom Bożym", tak nie godziła się z sądami ludzkimi.
W 1909 r. podjęła starania o otwarcie w Petersburgu kaplicy dla katolików rosyjskich,
nie zważając na opinie polskiej mniejszości, oburzonej możliwością posłużenia się
w liturgii językiem rosyjskim.
Pracą Ledóchowskiej kierowały potrzeby ludzi. Tak samo musi je traktować każda szara
urszulanka. Stąd pytanie: czy jesteś gotowa do każdej pracy? No bo skąd wiadomo, przed
czym postawi kandydatkę Ten, co lubi "psuć ludzkie plany"?
Za murami, ale blisko
"Chcę wstąpić do klasztoru, ale nie tego" - odpowiedziała stanowczo
rekolekcjoniście Julia (to jej świeckie imię) Ledóchowska. Była wiosna 1886 r.
21-letnia dziewczyna siedziała w rozmównicy krakowskiego klasztoru urszulanek przy ul.
Starowiślnej po zakończonych właśnie tygodniowych rekolekcjach. Myślała o wyjeździe
na misje. Nie chciała zamykać się w murach.
Wiedziała, że w domu, kilkunastopokojowym dworze w Lipnicy Murowanej pod Bochnią, czeka
na nią matka, która nie chciała słyszeć o wyjeździe na misje. Rok wcześniej młodszy
brat Julii - Włodzimierz, wstąpił do seminarium duchownego w Tarnowie (został jezuitą,
a w 1915 r. wybrano go przełożonym generalnym Towarzystwa Jezusowego), natomiast starsza
siostra - Maria Teresa została właśnie damą dworu książąt toskańskich w Salzburgu.
W 1885 r., zaledwie dwa lata po przeprowadzce z Sankt-Pölten w Dolnej Austrii, gdzie
mieszkali kilkanaście lat, zmarł jej ojciec - Antoni Ledóchowski. Matka - Józefina
Salis-Zizers urodziła dziewięcioro dzieci. Żyło sześcioro i trzech synów z
pierwszego małżeństwa męża. Duma z powołania dzieci mieszała się z lękiem. Dzieci
miały być wsparciem, a Józefina musiała patrzeć, jak od niej odchodzą.
Julia pomagała matce prowadzić kilkudziesięciohektarowy majątek. Była zorganizowana,
opiekuńcza, bystra. Józefina obserwowała z zadowoleniem, jak córka wstaje o czwartej,
by znaleźć czas na wszystkie obowiązki. Jak bycie hrabianką nie przeszkadza jej w
zajmowaniu się wiejską biedotą. A tu nagle te misje! Wyjedzie daleko, może już nigdy
jej nie zobaczy. Niech lepiej pójdzie do urszulanek w Krakowie. Będzie za murami, ale
blisko.
W sierpniu 1886 r. Julia jest już w klasztorze. W 1889 r. składa profesję wieczystą i
przyjmuje imię zakonne Marii Urszuli. "Mój rozkład dnia: wstawanie o godzinie 5.,
następnie idziemy na chór, potem śniadanie, nauka, obiad, nauka, chór, różaniec,
rekreacja, czasem rekreacja z wychowankami - wyobraź to sobie - o 9.50 należy już spać.
Tak mija dzień po dniu, prędko i spokojnie! Z żadnym człowiekiem na świecie nie chciałabym
się zamienić..." - pisze w liście z października 1886 r. do korespondencyjnej
przyjaciółki, poszukującej protestantki, Ilse von Düring. W taki sposób przeżyła 21
lat.
Gdy w 1905 r. wybucha w Rosji rewolucja, Urszula postanawia tam jechać. Robi to niecałe
dwa lata później, korzystając z zaproszenia ks. Konstantego Budkiewicza, proboszcza kościoła
św. Katarzyny w Petersburgu. Razem z kilkoma siostrami ma prowadzić internat dla
uczennic w przykościelnym gimnazjum.
Na początku działalności misyjnej (Kościół traktował wówczas Cesarstwo Rosyjskie
jak teren misyjny), której tak pragnęła 20 lat wcześniej, ceruje pończochy i uczy się
języka.
Różowe sukienki
W Rosji, mimo wielu ograniczeń nakładanych na katolików (zakazana była m.in. działalność
zakonów katolickich; Ledóchowska oficjalnie nie występowała jako zakonnica), wyraźnie
dawało się odczuć zainteresowanie Kościołem rzymskim. Urszula pisze więc prośbę do
rosyjskiej administracji o pozwolenie na otwarcie prywatnej kaplicy "dla rosyjskiej,
katolickiej publiczności" obrządków łacińskiego i greckiego. Rosjanie -
rozradowani. Polacy - przeciwnie. Mówią o "niekatolickości" języka
rosyjskiego. "Polacy swoim szowinizmem wyrządzają prawdziwą krzywdę nie tylko
Rosjanom, ale jeszcze bardziej naszemu narodowi. Dziś jeszcze, dzięki religii, mogłoby
nastąpić pewne załagodzenie, pojednanie" - pisze rozgoryczona Urszula do siostry -
Marii Teresy w lutym 1909 r. (Maria Teresa była już wówczas założycielką
zgromadzenia misyjnego św. Piotra Klawera).
Rosyjski rząd pozwolił otworzyć kaplicę, ale zakazał tego katolicki biskup -
Apolinary Wnukowski. Argumentację Ledóchowskiej odparł stwierdzeniem, że Rosjanom
powinna wystarczyć adoracja Najświętszego Sakramentu i francuskie książki (nie było
jeszcze katolickiego tłumaczenia Ewangelii na rosyjski). "Później może Bóg da
inne światło" - godzi się zrezygnowana, choć echa jej zdecydowanej dyskusji z
metropolitą długo jeszcze słychać, nawet w Watykanie.
Tam zresztą znajduje silne oparcie. Pius X nie tylko nie daje się prosić o błogosławieństwa,
ale wydaje szereg nadzwyczajnych pozwoleń, które mają ułatwić prowadzenie działalności
zakonnej w państwie carów. "Możecie chodzić i w różowych sukienkach, byleście
tylko pracowały w Rosji" - usłyszała od papieża, gdy konieczne stało się zdjęcie
habitów. Na jej prośbę, po uzgodnieniu sprawy z urszulankami krakowskimi, erygował
samodzielny klasztor w Petersburgu.
Oficjalnie Ledóchowska jest tylko nauczycielką francuskiego, poza gronem
zainteresowanych nikt nie wie, że przyjmuje nowe kandydatki. Chcąc zejść z oczu
carskich urzędników kupuje w 1911 r. willę w Karelii, nad brzegiem Zatoki Fińskiej.
Nazwie ją jednym z określeń Maryi - Merentähti, po polsku - Gwiazda Morza. Zakłada
tam gimnazjum dla dziewcząt i nowy dom zakonny (nadal nieoficjalny). Rozpoczyna życie na
"fińskiej pustyni", jak nazwała to w napisanej na początku lat 20. historii
zgromadzenia szarych urszulanek, jeden z najszczęśliwszych okresów życia. Docenia ciszę,
zapach lasu, bliskość morza, także 20-kilometrowe oddalenie od najbliższej stacji
kolejowej. Nowe życie rozpoczyna od nauki fińskiego. Chce lepiej zrozumieć miejscową
ludność, dla której też zamierza pracować.
Ledóchowska nie chce nawracać. Cieszy się, że w jej kaplicy pojawiają się
Finowie--protestanci. Czują się opuszczeni - w ich Kościele brakuje pastorów.
Przychodzą do kaplicy w Merentähti, choć katolicka, bo hrabina Ledóchowska, jak ją
nazywają, specjalnie dla nich prowadzi nabożeństwa po fińsku i osobiście w tym języku
uczy pieśni. Widzi ich zagubienie, ale nie usiłuje ich skłonić do konwersji. Nie szuka
też dla tych ekumenicznych spotkań modlitewnych (pół wieku przed Vaticanum Secundum)
teologicznych uzasadnień. Dzięki nim czuje, co to znaczy, że ma z tymi ludźmi
"stanowić jedno".
Gdy po wybuchu wojny w 1914 r. Urszula dowie się od carskich urzędników, że jej osoba
stwarza zagrożenie dla imperium i wyemigruje do Szwecji, kolejny etap życia rozpocznie
dokładnie tak samo. Znajdzie nauczyciela i rozpocznie intensywną naukę szwedzkiego. W
takich okolicznościach pozna jeszcze duński i norweski.
Po śladach Urszuli
Siostra Anna Majerczyk lubi wygrzewać się w słońcu. Wyniosła krzesło między rabaty,
usiadła, żeby w ciszy kontemplować urodę ogrodu w Pniewach (tam właśnie, niedaleko
Poznania, szare urszulanki mają dom macierzysty). Patrzy na kwitnące jabłonie, potem
pobliski warzywnik i zagajnik za ogrodzeniem. Czego chcieć więcej? Można modlić się i
zebrać rozgonione z powodu wielu prac myśli.
- Był 1978 r. Na Uniwersytecie im. Marii Curie-Skłodowskiej rozpoczęłam drugi rok
asystentury na chemii. Do szarych urszulanek przy ul. Wiślanej w Warszawie pojechałam z
siostrą Józefą Zdybicką. Wypełniłam kwestionariusz kandydatki, gdzie napisałam, że
pochodzę z Poronina, jeżdżę na nartach, w ogóle lubię sport. Usłyszałam pytanie:
"Chciałabyś pojechać do Finlandii, mamy tam dom". "Choćby dziś" -
odpowiedziałam. My to mamy rodzinne, chyba trochę góralskie - szybko podejmujemy
decyzje.
Pierwsze 18 lat zakonnego życia spędziłam w Finlandii, ale nie w Merentähti. Z tego,
co stworzyła tam matka Urszula, nic już nie zostało. Za to Finowie są bardzo podobni
do tych ze wspomnień założycielki. Są luteranami (katolików jest tylko 0,08 proc.),
ale uważają, że wartości niesione przez Kościół katolicki są ważne społecznie.
To akceptacja absolutna: posyłają dzieci do naszego przedszkola, gdzie prowadzimy
wychowanie nie tyle wyznaniowe, ile po prostu - chrześcijańskie, zapraszają siostry do
domów, chcą być z nami w kontakcie. Pracowałam w przedszkolu, uczyłam też religii:
po polsku i fińsku. Wśród dzieci nie czułam jednak różnic religijnych: podobnie
obchodziłyśmy Boże Narodzenie, uczyłyśmy tych samych modlitw. Dzieci są, widać,
ekumeniczne.
Siostra Anna chodzi po śladach Urszuli. Czuła jej obecność, gdy biegała na nartach w
Finlandii, podobnie, gdy zbiera bieliznę ze sznurów w pniewskim ogrodzie albo pomaga
dzieciom odrabiać lekcje w świetlicy środowiskowej. Czasami prawie biega od ogrodów na
jednym końcu klasztornej posesji do budynków obok kaplicy po drugiej stronie, ale w
jednym miejscu musi się zatrzymać. Za liceum gastronomiczno-hotelarskim, naprzeciw
nowego przedszkola jest plac zabaw i boisko. Widzi młodzież z Pniew, która popołudniami
przychodzi tu, żeby zagrać w kosza. Siostra Anna zapomina na parę minut o pośpiechu,
dołącza do którejś z drużyn. Kilka kozłów, podanie - kosz. Dopiero teraz może się
dalej spieszyć...
- Czasami mam ochotę powiedzieć: ducha sportowego nie gaście! Powołaniem szarej
urszulanki jest wychowywanie dzieci i młodzieży - również przez sport. Pochodzę ze
sportowej rodziny: moje dwie siostry uczestniczyły w zimowych olimpiadach, a siostrzenica
- Jagna Marczułajtis zajęła czwarte miejsce w Salt Lake City.
Kiedyś zastanawiałam się, dlaczego tak łatwo przywykłam do życia we wspólnocie.
Szybko znalazłam odpowiedź: mama mówiła podobne rzeczy, co siostry przełożone. Nic
nadzwyczajnego, ale, widać, działa. Rodzice mieli skromny dom bez wody i elektryczności,
kilka hektarów ziemi i dziesięcioro dzieci. Jedyne, co mama mogła nam przekazać, to
zapał do nauki i sportu. Każdy z nas ma zawód, niektórzy - skończone studia. W
zgromadzeniu było podobnie: ciężka praca i pełna akceptacja.
Fin-rewolucjonista i rabin-syjonista
"Jak to bolało!" - wspomina Urszula Ledóchowska w historii kongregacji
opuszczenie Merentähti i wyjazd do Szwecji.
Gdy zgnębiona opuszcza statek, na nabrzeżu nikt na nią nie czeka. Nie zna języka,
siostry zostawiła w Rosji. W nowym kraju ceruje ubrania, chodzi do kościoła i uczy się
szwedzkiego. Chce jechać do Marii Teresy, ta jednak odmawia gościny po tym, jak Urszula
nie zgodziła się na połączenie petersburskiego zgromadzenia z jej Sodalicją św.
Piotra Klawera. Siostry szybko jednak dochodzą do porozumienia i Maria Teresa na powrót
staje się jej oddaną powiernicą.
Zarabia na życie ucząc francuskiego, m.in. synów Esme Howarda - brytyjskiego dyplomaty.
Jego żona traktuje Ledóchowską jak płatną guwernantkę - nie zaprasza do stołu, nie
przedstawia gościom. Urszula nie pokazuje jednak rogów. Z czasem pani Howard nabiera do
niej większego szacunku. Gdy Ledóchowska, na życzenie Henryka Sienkiewicza, rozpoczyna
objazd z odczytami po Szwecji, zbierając datki na rzecz ofiar wojny w Polsce, żona posła
staje się oddaną przyjaciółką i sprawną organizatorką.
Ledóchowska sprowadza kilka sióstr, nabiera otuchy. Choć są nielicznymi katoliczkami w
protestanckim kraju, odważnie otwiera żeńską szkołę języków w Djursholmie
niedaleko Sztokholmu. Uczennicami są obojętne religijnie protestantki. Ledóchowska
dziwi się "rozhukanym Norweżkom, szastającym pieniędzmi", pannom, których
ambicje ograniczają się do kupna kolejnej sukni. "Nie starałam się ich - jak to
często za granicą w klasztorach bywało - na katolicyzm nawrócić" - wspomina w
historii kongregacji. "Starałam się te płytkie umysły trochę pogłębić - i na
tym koniec. (...) Ufam, iż ziarenko rzucone prawie niezauważalnie, swoje z czasem zrobiło".
Gdy sprawa odzyskania przez Polskę niepodległości zaczyna nabierać aktualności, Ledóchowska
posyła siostry do szkół gospodarczych i pielęgniarskich. Zdobyte patenty mają
wykorzystać w pracy dla kraju. Szkoły są protestanckie, ale Ledóchowska nie obawia się,
że któraś z młodszych sióstr straci przez obce środowisko wiarę.
Komitet dla pomocy Polsce tworzy na przekór przynależnościom wyznaniowym czy narodowym,
zapraszając m. in. Nathana Söderbloma, protestanckiego arcybiskupa Uppsali, Selmę
Lagerlöf, wybitną szwedzką pisarkę, czy Ivara Bendixona, matematyka, rektora
Politechniki Sztokholmskiej, wyznania mojżeszowego.
W 1915 r. poznaje Ignacego Daszyńskiego, niewierzącego socjalistę. Jest pod wrażeniem
jego wiary w głoszone idee. Jakiś czas później Michał Łempicki, dawny poseł do
rosyjskiej Dumy, prosi ją o zorganizowanie w jej salonie spotkania polskich polityków. I
spotkali się: Daszyński, Stanisław Patek z PPS-u, późniejszy przedstawiciel
Naczelnika Państwa Józefa Piłudskiego, sam Łempicki, "Fin-rewolucjonista i
rabin-syjonista" - opisuje gości Ledóchowska. Po rozmowie odprowadza polityków na
stację kolejową. Od Daszyńskiego, zachwyconego jej postawą, usłyszała, że jest jak
biblijny Daniel w lwiej jamie - ujarzmiła lwy.
W 1917 r. przyjmuje w Djursholmie metropolitę greckokatolickiego Andrzeja Szeptyckiego, właśnie
zwolnionego z rosyjskiego więzienia.
Pod koniec wojny przenosi szkołę i siostry do Aalborga w Danii. Otwiera ochronkę św.
Antoniego dla zaniedbanych dzieci polskich robotników, którzy wyjechali tam w czasie
wojny. Gdy zgodnie z traktatami wersalskimi ma powstać niepodległe państwo polskie, Ledóchowska
chce jak najszybciej wrócić z siostrami do kraju.
Praca i ofiary
Siostra Joanna myje podłogę w Domu Pielgrzyma w Pniewach. Zajęcie prawie mechaniczne,
można myśleć o czym innym, np. o luźnych kartkach, na których wypisała fragmenty z
listów matki Ledóchowskiej.
- Niczego o niej nie wiedziałam, gdy w 1965 r., od razu po maturze, zapukałam do furty w
Pniewach. Przez lata uczyłam religii w szkole. Teraz jestem na wcześniejszej emeryturze,
oprowadzam pielgrzymki i myślę o tym, jak matka Urszula w liście ze Szwecji prosiła
przyjaciela o pomoc. Ciągłe podróże, masa odczytów i spotkań, prowadzenie szkoły
dla dziewcząt. "Pracy ani ofiar się nie lękam" - pisała, prosząc o przysłanie
kogoś do pomocy. Za kilkanaście dni zostanie ogłoszona świętą, ale w tekstach, jakie
zostawiła, znajduję żywego człowieka, co nie krył rozczarowania, tęsknoty, zmęczenia
czy miłości.
Myję te podłogi albo oprowadzam pielgrzymów i myślę o tym, jak matce Urszuli przed
powrotem do Krakowa postawiono warunki. Może wrócić, ale bez sióstr, które wstąpiły
do zgromadzenia w Petersburgu i Skandynawii. Ledóchowska nie zostawia towarzyszek. Pisze
konstytucje nowego zgromadzenia, jedzie do Rzymu i prosi Benedykta XV o zgodę na jego
powstanie. Nie ukrywa, że jest przyjęta niechętnie, a papież traktuje ją jak osobę o
nieuporządkowanych ambicjach. Akceptuje jednak konstytucje i... pozwala się pocałować
w stopę. To dowód wyjątkowej niełaski. Innych za taką pracę honoruje się orderami,
jej nawet nie podziękowano. Po tym wszystkim prosiła nas w testamencie, żebyśmy chciały
być małe, bardzo małe...
Posłuszeństwo Urszuli wobec Kościoła nigdy nie było kwestionowane. Benedykt XV przysłał
jej zresztą pod konie życia swoje błogosławiństwo. O domu w Krakowie zawsze mówiła
jak o rodzinnym. Nowe zgromadzenie nazywała nową gałęzią wyrosłą z pnia urszulańskiego.
W obliczu końca wojny matka Ledóchowska zaczyna w Skandynawii kwestę na kupno domu w
Polsce. Chce tam przeprowadzić siostry wraz z polskimi dziećmi, którymi zajmowała się
w Danii. Znalazła majątek na sprzedaż - w Pniewach. Przed jedną z prelekcji o
planowanej działalności w Polsce, podeszła do niej żona konsula norweskiego w Danii -
Stolt-Nielsena z zapewnieniem, że mąż przekaże 20 tys. koron. Kilka miesięcy później,
w trakcie wojny polsko-bolszewickiej, Ledóchowska przyjeżdża do Pniew z pierwszą grupą
dzieci. W ciągu paru najbliższych lat rozsyła siostry do Warszawy, Wilna, Sieradza, ale
też do ubogiej ludności z Polesia.
Umiera w Rzymie, w maju 1939 r.
Bez egzaltacji
Starsze urszulanki mówią kandydatkom, szczególnie tym od razu po maturze:
"poczekaj, przemyśl, skończ studia, dorośnij - zdecyduj się za kilka lat".
Taką wstrzemięźliwość praktykowano zarówno w czasach, gdy tworzono dwa nowicjaty po
30 osób, jak teraz, gdy powołań jest dużo mniej. Oddalenie ze zgromadzenia jest
bolesne dla obu stron.
- Pierwsza szara urszulanka, jaką spotkałam w życiu, opowiadała o swoim zgromadzeniu
prosto, jasno i zwyczajnie - wspomina siostra Anna Renkiewicz, opiekująca się w Pniewach
młodzieżą zakonną. - To było 15 lat temu w toruńskim kościele akademickim. Nie pamiętam,
co konkretnie mówiła, ale wrażenie pozostało. Dokładnie takie mamy być: zwyczajne,
nie egzaltowane, otwarte na innych.
Wśród kandydatek jest coraz więcej dziewczyn z rozbitych rodzin albo z problemem
alkoholowym. Czy takie osoby nauczą się okazywania miłości wobec zaniedbanych dzieci,
jeśli same nigdy tego uczucia nie doświadczyły? Jest i inny problem. Dzisiaj dziewczyna
nie musi wstępować do zakonu, żeby pomagać innym. Może zostać wolontariuszem
organizacji pozarządowej, a potem wrócić do życia świeckiego - po co jej śluby
wieczyste?
Kiedyś siostry prowadziły gospodarstwo rolne. Założycielka powtarzała, że każda
musi tak pracować, żeby utrzymać siebie i przynajmniej jedno dziecko. Teraz ziemię
wydzierżawiono - świat oczekuje od sióstr czegoś innego.
W Pniewach mieszka siostra Irena, która śluby wieczyste złożyła 55 lat temu. Po upaństwowieniu
ziemi pracowała wraz z innymi siostrami w PGR-ze. Teraz zajmuje się najmłodszymi dziećmi
w przedszkolu. Kładzie je spać w czasie sjesty, sadza na nocniki, rozdaje układanki, cały
czas z nimi rozmawia. Gdy w kaplicy trwa adoracja (dzieci mają wtedy sjestę) siada
"po turecku" przy oszklonych drzwiach wychodzących do ogrodu i modli się ze
współsiostrą na różańcu.
Urszula Ledóchowska chciała, żeby siostry patrzyły na ludzi i służyły im. Czasami
przez wyrywanie buraków w PGR-ze, czasami przez zmienianie pampersów. Na pewno - przez
bycie z najmniejszymi.
|