|
Prefekt Kongregacji Nauki Wiary
specjalnie dla KAI i "Tygodnika Powszechnego"
- wywiad na 83. rocznicę urodzin Jana Pawła II
W co wierzy Kościół
Z kard. Josephem Ratzingerem rozmawiają
Krzysztof Tomasik (KAI) i Marek Zając
("TP")
Krzysztof Tomasik i Marek Zając: - Tuż po wyborze na papieża Karol Wojtyła powiedział:
"Nie lękajcie się!". Czy po 25 latach pontyfikatu Jana Pawła II można
powiedzieć, że świat mniej się lęka?
Kard. Joseph Ratzinger: - Jan Paweł II skierował te słowa w różnych kierunkach. W
pierwszym rzędzie do rządów, które wybudowały mury, by powstrzymać Chrystusa i Jego
Kościół. Rządzący obawiali się, jak za czasów Heroda, że Chrystus mógłby odebrać
im część ich władzy. W słowach "Nie lękajcie się!" Papież chciał
przypomnieć, że Chrystus jest zupełnie inną rzeczywistością: niczego nie niszczy,
ale tam, gdzie jest, są również prawda, miłość i dobro. Mówił także do każdego
człowieka, gdyż wielu obawia się, że jeśli dopuści Jezusa do własnego życia, może
stracić cząstkę wolności. Tymczasem wezwanie "Nie lękajcie się" oznacza,
że Chrystus nie ogranicza ludzkiej wolności, ale pomaga człowiekowi.
Chrześcijaństwo a religijny boom
Współpracownik prawdy
Kard. Joseph Ratzinger jest jednym z najbliższych współpracowników Jana Pawła II,
prefektem Kongregacji Nauki Wiary (według prawa kanonicznego odpowiada za
"chronienie czystości wiary przez szerzenie jej nauki (...), korygowanie błędów i
zachęcanie błądzących do powrotu na właściwą drogę"), dziekanem Kolegium
Kardynalskiego (m.in. zwołuje i czuwa nad przebiegiem konklawe; pyta nowowybranego
Biskupa Rzymu, czy zgadza się przyjąć wybór i ogłasza światu jego imię). Kardynał
należy w sumie do pięciu kongregacji, dwóch papieskich rad i jednej komisji. Jego motto
biskupie brzmi: "Współpracownik prawdy". Często lubi powtarzać, że "to
jest Jego - czyli Chrystusa - Kościół, a nie pole eksperymentalne teologów".
Urodził się 16 kwietnia 1927 r. w Marktl nad rzeką Inn w Bawarii, w ubogiej, bardzo
religijnej rodzinie. Po ukończeniu seminarium we Fryzyndze studiował w Monachium. W 1951
r. przyjął święcenia kapłańskie. Krótko był wikarym i katechetą,
by w 1952 r. rozpocząć pracę w macierzystym seminarium. W 1953 r. uzyskał tytuł
doktora teologii. Rok później objął katedrę dogmatyki i teologii fundamentalnej w Wyższej
Szkole Filozoficzno-Teologicznej we Fryzyndze. W 1957 r. habilitował się,
a rok później - został profesorem. Od 1959 r. wykładał teologię fundamentalną na
uniwersytecie w Bonn. Jego zajęcia cieszyły się ogromną popularnością wśród
studentów. Podobnie jego książki - najgłośniejsze tytuły to "Raport o stanie
wiary", "Śmierć i życie wieczne" i "Wprowadzenie w chrześcijaństwo".
Na krótko przed Soborem Watykańskim II koloński kardynał Joseph Frings (członek
centralnej komisji przygotowującej Sobór) powołał ks. prof. Ratzingera na swego doradcę
- obaj odegrali kluczową rolę w dokonywaniu niektórych soborowych przełomów. W 1963
r. Ratzinger został wykładowcą dogmatyki w Münster. W 1977 r. Paweł VI wyznaczył go
na arcybiskupa Monachium-Fryzyngi. Cztery lata później, 25 listopada 1981 r., Jan Paweł
II powierzył mu stanowisko prefekta Kongregacji Nauki Wiary. "Nie wszystkie wiadomości,
które będą nadchodzić z Rzymu, okażą się przyjemne" - mówił prefekt do
monachijskich współpracowników przed odlotem do Włoch.
Od tej pory popularna prasa nazywa go "pancernym kardynałem", przedstawiając
jako ultrakonserwatystę (krytyka zaostrzyła się po ogłoszeniu przez Kongregację w
2000 r. deklaracji "Dominus Iesus" o "jedyności i powszechności zbawczej
Jezusa Chrystusa i Kościoła"). Publicyści piszą też często o "dwóch
Ratzingerach": teologicznym "liberale" sprzed wyjazdu do Watykanu i
"tropicielu herezji" po objęciu urzędu prefekta. Kardynał odrzuca te zarzuty:
uważa, że po prostu jest konsekwentny w byciu wiernym Chrystusowi i wierze katolickiej.
Pytany, czy chciałby cofnąć jakąś ze swych watykańskich decyzji, odpowiada, że nie,
choć przyznaje, iż czasami reagował zbyt ostro i obcesowo, i dziś wiele spraw rozwiązałby
inaczej.
MZ |
|
Tamten apel, adresowany w tak różnych kierunkach, przyniósł rezultaty. Wielu ludzi
odnalazło dzięki niemu odwagę, by uwierzyć w Chrystusa. Wielu młodych zaryzykowało i
uwierzyło, orientując się, że Chrystus nie odbiera im wolności i radości, ale
przeciwnie: daje wolność i radość.
Sporo zmieniło się też w aspekcie politycznym. Runęło wiele murów. Ale - co
naturalne, bo mamy przecież do czynienia z grzechem pierworodnym - wciąż pojawiają się
nowe trudności. Moim zdaniem nie sposób tworzyć statystyki, która pokazywałaby, że
ludzkość lęka się mniej albo bardziej. Widać jednak wyraźnie, ilu ludziom pomogły
papieskie słowa i że dzięki nim świat doświadcza nowego otwarcia.
- Biskupi hiszpańscy mówili przed wizytą Papieża w tym kraju, że ich największym
problemem jest postępująca sekularyzacja. Czy ten zachodzący już niemal w całej
Europie proces jest nieuchronny? Jak można go powstrzymać? Jak ewangelizować współczesny
świat?
- Po upadku reżimu gen. Franco, który zbiegł się w czasie z wprowadzaniem reform
soborowych, Hiszpania przeżywała dramatyczny okres przełomu. Nagły wybuch wolności i
wiążący się z nim posoborowy klimat w Kościele przyczyniły się do zmiany dotychczas
obowiązującego systemu wartości. To sprowokowało zeświecczenie, które wytrąciło Kościół
z dotychczasowej równowagi.
Rzeczywiście, problem sekularyzacji dotyczy całego zachodniego świata, ale ten proces
rozszerza się też poza granice Starego Kontynentu; obserwujemy go w Afryce czy Azji (w
Chinach, Indiach, Japonii). To dla nas istotny sygnał o kondycji naszych czasów. Muszę
jednak zaznaczyć, że z drugiej strony mamy do czynienia z nowym odkryciem religii, co
przeczy prognozom socjologów z lat 50., którzy zapowiadali jej powolny zanik. Nagle
pojawił się popyt na religię, religia rozwija się w różnych formach. Ale ten
religijny boom niejednokrotnie przechodzi obok Kościołów. Poszukuje się nowych odmian
religijności, wiążących się bardziej z przyjemnością, której ma dostarczyć
religia. Mam na myśli m.in. różne praktyki ezoteryczne.
Mówiąc inaczej: zsekularyzowany świat nie jest w stanie zaspokoić wszystkich potrzeb i
odpowiedzieć na wszystkie ludzkie pytania. Tam, gdzie sekularyzacja jest szczególnie
radykalna, pojawiają się nowe formy religijności, które mogą być chore. W tej
sytuacji zadanie chrześcijan polega na tym, by te na nowo przebudzone potrzeby duchowe człowieka
znajdowały zaspokojenie w Kościele; by człowiek nie musiał szukać na jakichś
religijnych jarmarkach, ale by chrześcijanie udzielali mu właściwej odpowiedzi. Na
pewno nie możemy oczekiwać, że w mgnieniu oka dojdzie do jakichś masowych ruchów, ale
myślę, że właśnie chrześcijaństwo da właściwą odpowiedź na wielkie pytania współczesności.
Tego szukają choćby młodzi i znajdują np. podczas Światowych Dni Młodzieży.
Oczywiście, nie wszyscy muszą stać się od razu odważnymi katolikami, ale poruszeni
wiarą mogą dostrzec, w którym kierunku powinni pójść. Powiedziałbym, że
sekularyzacja pozostaje wielkim znakiem obecnej sytuacji świata, ale powoduje także
poszukiwanie religii, innej odpowiedzi, niż daje ją świat, i chrześcijaństwo ma nową
szansę wśród nowych generacji. Musimy uczynić wszystko - nawet, jeśli będzie to
relatywnie mały ruch - aby być rzeczywiście obecni w świecie. Dlatego też możemy być
optymistami.
W poszukiwaniu "religii wysokiej"
- Czy Ameryka Łacińska, jak często można usłyszeć, jest ostatnią szansą chrześcijaństwa?
Sekularyzacja najsilniej występuje w krajach rozwiniętych i bogatych. Może chrześcijaństwo
jest po prostu atrakcyjne tylko dla ludzi biednych, słabych i chorych?
- Taka była właśnie teza Fryderyka Nietzschego... Ale wróćmy do pytania. Nie
powiedziałbym, że Ameryka Łacińska jest ostatnią nadzieją Kościoła. Musimy zdać
sobie sprawę, że i w Afryce chrześcijaństwo zdobywa coraz więcej wiernych; mieszkańcy
tego kontynentu wybierają dziś między chrześcijaństwem a islamem. Dlaczego tak się
dzieje? Tradycyjne religie nie wystarczają już Afrykańczykom, którzy potrzebują
"religii wysokiej" i stają przed alternatywą: być muzułmaninem czy chrześcijaninem.
W Azji chrześcijaństwo nie ma wielu wyznawców, za to jego oddziaływanie duchowe jest
duże. Z kolei na Zachodzie, jak już wspomniałem, stoimy przed potrzebą nowego samookreślenia.
Z drugiej strony Ameryka Łacińska przeżywa duże trudności, wiążące się głównie
z rozwojem sekt, szczególnie w Brazylii, gdzie liczba katolików wyraźnie się zmniejszyła,
oraz pojawieniem się nowych form prostego i emocjonalnie oddziałującego chrześcijaństwa.
Po prostu wszędzie na świecie są i problemy, i nadzieje, a Ameryka Łacińska pozostaje
klasycznym kontynentem katolickim, kochającym Chrystusa, Matkę Bożą i Papieża, co
dobrze wpasowuje się w południowoamerykańską duszę.
Odnośnie drugiego pytania: chrześcijaństwo zawsze znajdowało odzew przede wszystkim wśród
ubogich i słabych. Np. w Indiach to najniższe kasty jako pierwsze otwarły się na chrześcijaństwo.
To, co działo się w całej dotychczasowej historii chrześcijaństwa, odpowiada słowom
samego Chrystusa, który objawił się prostaczkom i takich ludzi powoływał na uczniów.
Ale chrześcijaństwo nigdy nie ograniczało się wyłącznie do nich. Zawsze podobało mi
się, że do Dzieciątka Jezus najpierw przychodzą pasterze i biedacy. Bogaci mędrcy ze
Wschodu przybyli trochę później, ale jednak przecież też przybyli! Podobnie było z
ewangelizacją basenu Morza Śródziemnego: od początku niewolnicy dość łatwo
przyjmowali chrześcijaństwo, ale jednocześnie także w wyższych sferach, nawet w
domach cesarzy, nie brakowało ludzi poszukujących, którzy nie dali się oślepić
bogactwu, co zaważyło w dużym stopniu na wielkim potencjale filozoficznym chrześcijaństwa.
W chrześcijaństwie zawsze jest miejsce i dla biedaka, i dla bogacza. Mówiąc najprościej:
bogaci, którzy nie są twardego serca, muszą odkrywać ubogich, a biedni muszą znaleźć
w bogatych i silnych braterską pomoc prowadzącą do równości. Chrześcijaństwo
przemawia do odrzuconych, którzy znajdują w nim pomoc, ale również do wszystkich
poszukujących, którzy mają otwarte serca i którzy może nie muszą od razu pokonać
wszystkich barier społecznych, ale przynajmniej je łagodzą.
Mali, ale doskonali?
- Ksiądz Kardynał mówił kiedyś, że sekularyzacja nie musi być wcale dla Kościoła
szkodliwa: że nie chodzi o statystyki, lecz "jakość wiary"; że obecnie
powracamy w Europie do korzeni chrześcijaństwa - wspólnoty są nieliczne, ale chrześcijanie
wierzą mocniej i bardziej świadomie. Pojawia się jednak pytanie: czy liczba chrześcijan
rzeczywiście jest bez znaczenia? Religia, by żyć, potrzebuje przecież świadków.
- Nie uważam, że koniecznie i zawsze szukać trzeba małej trzódki. Postawienie sprawy
w kategoriach: "Jesteśmy mali, ale doskonali" (niem. "Wir sind klein, aber
fein") jest fałszywe. Z drugiej strony nie należy wciąż spoglądać na
statystyki. Ważne są słowa Pana, że jesteśmy solą ziemi. Chrześcijanie zawsze pełnili
istotną rolę publiczną. Zadziwiające, jak w czasach Nowego Testamentu tak malutka,
nieliczna wspólnota pierwszych chrześcijan z mocą twierdziła, że od niej zależy
zbawienie świata; że oni właśnie są solą ziemi. To poczucie odpowiedzialności za cały
świat, za niesienie światła Bożego na krańce ziemi, pozostało do dziś palącą
potrzebą.
Błędem jest zatem zamykanie się w małych kręgach i powtarzanie, jak nam tu pięknie.
Jesteśmy bowiem wezwani do pójścia w świat i głoszenia Chrystusa, niesienia światu
Jego światła, sprzeciwiania się złu i umacniania dobra. Zrozumienie tych zadań i
rozszerzanie dostępu do chrześcijaństwa jest niezwykle ważne i nigdy nie pozwala być
zadowolonym z nielicznych wspólnot. Ale z drugiej strony, jak już mówiłem, nie trzeba
od razu spoglądać do statystyk. Decydujące dla dziejów, co wiemy z socjologii, nie są
masy, które szybko się rozpływają, lecz te grupy, które kierują się autentycznymi
wartościami duchowymi, mając w sobie mocne przekonanie i siłę. Ważne jest zatem, byśmy
byli ludźmi otwartych serc, byśmy naprawdę się przebudzili.
Wiara jest czymś dynamicznym i ma wiele kręgów: nie wszyscy muszą od razu zostać
chrześcijanami i wejść do Kościoła, ale mogą przecież przyjąć choćby część
wartości chrześcijańskich. Powtarzam jeszcze raz: wiemy, że statystyki nie są ważne,
ale nie wolno też zamykać się w ciasnych wspólnotach. Trzeba odważnie nieść w świat
naszą Nowinę. Bo przecież wiemy, że to jest właśnie ta właściwa Nowina, której
potrzebuje ludzkość!
- Kościół jest z jednej strony rzeczywistością mistyczną, a z drugiej posiada wymiar
ziemski, w którym popełnia się błędy. Jakie zatem najważniejsze wyzwania stoją
obecnie przed Kościołem?
- O tym najważniejszym już mówiłem: to ewangelizacja. Można dziś czasem, np. oglądając
telewizję, odnieść wrażenie, że chrześcijaństwo w ogóle nie istnieje. Nad wiarą
nie można przechodzić do porządku dziennego: powinna być tak ważna dla człowieka, że
będzie musiał o niej mówić. Wiara musi być publicznie widoczna. Kto szuka, musi mieć
możliwość jej znalezienia. Ważne więc, byśmy mówili światu o Chrystusie i Jego
nauce. Zaliczam do tego tłumaczenie ludziom nauki moralnej Kościoła jako drogowskazu
dla naszych czasów. Powinniśmy chronić podstawowe wartości przed zniszczeniem. Zaś
wewnątrz Kościoła musimy pielęgnować radość, uczucia braterskie i siostrzane. I
musimy być świadomi, że jesteśmy odpowiedzialni także za dawanie świadectwa miłości:
na świecie obok bogactwa jest przecież też wielka bieda, cierpienie, nędza. To wielkie
zadanie dla chrześcijan: nie żyjemy dla siebie samych, ale przede wszystkim dla bliźnich.
Taka duchowa solidarność jest jednocześnie najlepszym świadectwem prawdy.
Wielka wizja, nie zakazy
- Świat zdecydowanie lepiej przyjmuje społeczne orędzie Kościoła, natomiast coraz
bardziej kontestuje jego nauczanie moralne. Czy sądzi Ksiądz Kardynał, że tę tendencję
można przełamać?
- Mam taką nadzieję. Na pewno musimy czynić w tym względzie, co tylko możliwe. Trzeba
zauważyć, że w społecznej świadomości nauka moralna Kościoła została zredukowana
do kilku problemów związanych z seksualnością: ludzie mają wrażenie, że moralna
nauka Kościoła to po prostu kilka zakazów. Tymczasem winno być jasne, że moralność,
której naucza Kościół, nie jest mniejszym czy większym zestawem zakazów, ale wielką
wizją człowieka. I dopiero, gdy zrozumie się tę wielką i pozytywną wizję człowieka
i świata, można także pojąć, że istnieją sprawy, które można wyjaśnić tylko dzięki
niej. I to jest, moim zdaniem, właśnie zadanie dla nas. Powinniśmy je wypełnić z
entuzjazmem i zapałem: mamy pozytywną wizję tego, co człowiek może, co powinien, co
jest jego powołaniem; że może w życiu zrobić coś więcej, niż ubić dobry interes
albo rozpętać wojnę; że może uczynić więcej, niż tylko rozwijać technologię; że
jest natchniony Bożym płomieniem i dzięki temu ma siły, aby czynić pokój i
sprawiedliwość. Papież w swym posłannictwie wskazuje właśnie na te elementy. Dlatego
niezmiernie ważne jest, byśmy nie pozwolili na okrzepnięcie opinii, że chrześcijaństwo
jest ponurym zbiorem zakazów, lecz że mamy całościową wizję człowieka, świata i
historii. Musimy dostrzec najpierw tę całość, a dopiero później krok po kroku
poznawać detale, które są jej częścią.
- Niedawno na łamach "Tygodnika Powszechnego" Joaquín Navarro-Valls mówił,
że od opublikowania deklaracji "Dominus Iesus" można mówić o całej serii
watykańskich dokumentów, w których jednoznacznie przypomniano pewne elementy nauczania
Kościoła w sprawach wiary i moralności. Rzecznik Stolicy Apostolskiej wyjaśniał, że
przyczyną są liczne zapytania w tych kwestiach, jakie napływają do Rzymu od Episkopatów
i świeckich z całego świata...
- Mogę tylko potwierdzić tę opinię. Wielu biskupów, np. podczas wizyt ad limina, mówi
nam: musimy jasno przedstawić stanowisko Kościoła w wielu sprawach, bo ludzie nie wiedzą
już, co myśleć. Czytają w prasie bądź słyszą w telewizji różne wiadomości o Kościele
i zastanawiają się potem, czy chrześcijanie faktycznie wierzą w zmartwychwstanie i nieśmiertelność
duszy albo czy Jezus Chrystus jest Synem Bożym. Wciąż pojawia się pytanie: w co właściwie
wierzy Kościół? Stawiają nam je świeccy podczas spotkań w Rzymie albo w przysyłanych
do Watykanu listach, pytają różne stowarzyszenia chrześcijańskie i sami biskupi. Słyszymy
wołanie o to, by poznać orędzie chrześcijańskie. Watykańskie dokumenty wyznaczają
pewien kierunek. Oczywiście, trzeba pamiętać, że dokument jest słowem abstrakcyjnym,
a chodzi przede wszystkim o to, by przedstawione na papierze wartości wcielać w czyn.
Zatem po wskazaniu kierunku, naukę obwieszczać muszą biskupi, księża i świeccy,
czyniąc z niej siłę kształtującą ich własne życie.
- Czego bardziej potrzebuje dzisiejszy Kościół: społecznego zaangażowania czy
kontemplacji, mistyki?
- Nie chciałbym tu stawiać alternatywy. Gdy zanika mistyka, społeczna działalność Kościoła
zamienia się w zwykłe przedsiębiorstwo, stajemy się jednym z wielu dzieł
charytatywnych. Z kolei duchowa bliskość z Chrystusem musi powodować eksplozję sił
społecznych. Dla mnie symbolem jest Matka Teresa z Kalkuty, która mówiła towarzyszkom:
"Jeśli będziemy potrafiły się modlić, będziemy też potrafiły służyć".
Bez mistycznego zapału praca społeczna staje się płytka. Z drugiej strony brak zaangażowania
na rzecz bliźnich jest czytelną oznaką, że w rzeczywistości wcale nie jesteśmy
blisko Chrystusa.
"Idźmy razem!"
- Zbliża się 25. rocznica wyboru Karola Wojtyły na papieża. Jakie, zdaniem Księdza
Kardynała, są "kamienie milowe" tego pontyfikatu?
- Na pewno należy wymienić nurt ekumeniczny, relacje z protestantami czy prawosławiem,
ale też spotkania z religiami świata. Następnie wielkie wołanie o pokój, które jest
obecne podczas całego pontyfikatu, a nie tylko w ostatnich miesiącach. Papież głosi
wielkie moralne orędzie chrześcijaństwa, przede wszystkim mam tu na myśli
"Veritatis splendor" i "Evangelium Vitae", ale także inne encykliki,
dotyczące Chrystusa, Matki Bożej czy wartości reprezentowanych przez chrześcijaństwo.
Trzeba wymienić też podróże do różnych zapalnych punktów na świecie, spotkania z
reprezentantami islamu czy naszymi chrześcijańskimi braćmi i siostrami.
Nie wolno zapomnieć także o papieskim trwaniu przy chrześcijańskim orędziu wobec
moralnych i ludzkich wyzwań naszych czasów. To przeciwwaga dla sekularyzacji.
- Dialog Kościoła katolickiego z judaizmem to jeden z niekwestionowanych sukcesów
pontyfikatu Jana Pawła II. Czy można powiedzieć, że stosunki ze wspólnotą żydowską
są dobre jak nigdy dotąd?
- Nie ulega wątpliwości, że Papież uczynił w tej dziedzinie bardzo wiele. Podam tylko
dwa wspaniałe przykłady. Pierwszy to odwiedziny Wielkiej Synagogi w Rzymie 13 kwietnia
1986 r., gdy następca św. Piotra przekroczył próg żydowskiej świątyni - znak
uczyniony po raz pierwszy w historii, do tamtej pory uznawany za gest nawet nie do pomyślenia.
Drugi to wizyta w Jerozolimie w 2000 r. i modlitwa przed Ścianą Płaczu, gdy Jan Paweł
II jak pokorny pielgrzym stanął przed najświętszym dla judaizmu miejscem i, podobnie
jak wierzący Żydzi, wcisnął między kamienie kartkę z modlitwą. To były gesty, które
trafiły głęboko do serc żydowskiej wspólnoty. Żydzi zaczęli widzieć w Papieżu
swego brata i rzecznika, a nie wroga.
Należy oczywiście dodać, że judaizm to wielopłaszczyznowa rzeczywistość, która ma
na świecie różne oblicza. Nadal w niektórych środowiskach żydowskich pojawia się opór
przeciwko Kościołowi, ale generalnie trzeba powiedzieć, że Papież wykonał gesty, które
musiały utkwić w pamięci każdemu Żydowi i dokonały przełomu, z jakim nigdy dotąd
nie mieliśmy do czynienia.
- Jednoznaczna postawa wobec wojny z Irakiem zjednała Janowi Pawłowi II sympatię sporej
części świata muzułmańskiego. Czy można zatem liczyć na polepszenie kontaktów?
- Istniało spore niebezpieczeństwo, że sytuacja będzie wyglądać tak, jakby to chrześcijanie
wyruszyli do walki przeciwko muzułmanom, ale głos Papieża całkowicie zaprzeczył temu
szalonemu pomysłowi. Stało się jasne, że Jan Paweł II stoi po stronie atakowanych, co
bardzo pomogło światu islamskiemu w dostrzeżeniu, że Zachód nie może być utożsamiany
z chrześcijaństwem.
Islam ma, oczywiście, różne oblicza. Istnieją duże poważne gremia, które szukają
dialogu i uważają, że razem bronimy wspólnego porządku moralnego. Ale są także
fanatycy, dla których cały świat musi być islamski, a chrześcijaństwo musi ulec w
tej rywalizacji. Zatem panorama islamu jest bardzo różnorodna, ale oddziaływanie słów
Papieża - wyjaśniających, że nie ma mowy o wojnie chrześcijaństwa przeciwko islamowi
- jest ogromne. Być może nawet, przynajmniej mam taką nadzieję, słowa Jana Pawła II
poruszyły islamskich fanatyków.
- Jak Ksiądz Kardynał ocenia zastój w dialogu ekumenicznym, szczególnie w relacjach z
Rosyjskim Kościołem Prawosławnym? Ekumeniczny patriarcha Konstantynopola Bartłomiej I
twierdzi, że jeśli wierzymy w Chrystusa, to - mimo przynależności do różnych Kościołów
- już stanowimy duchową jedność. Czy nie należałoby zatem zrewidować pojęcia
ekumenizmu i pogodzić się z tym, że widzialna jedność Kościoła nie jest możliwa?
- Moim zdaniem pojęcie ekumenizmu należy rozszerzyć, pogłębić i zróżnicować. Jeżeli
będziemy sądzili, że jedynym celem dialogu między chrześcijanami będzie osiągnięcie
zewnętrznej jedności, to można spodziewać się samych rozczarowań (tuż po Soborze
Watykańskim II mówiło się, że widzialna jedność chrześcijan to kwestia pięciu, może
kilkunastu lat). Zresztą pojawić się może nie tylko poczucie rozczarowania, ale wręcz
chęć rezygnacji ze wszystkich starań. Tymczasem ekumenizm ma wiele płaszczyzn; możemy
wiele uczynić nawet wtedy, gdy nie uda się osiągnąć pełnej jedności.
Ważne jest przede wszystkim, by chrześcijanie zmierzyli się z wielkimi współczesnymi
znakami zapytania, z wyzwaniami natury moralnej, jak np. klonowanie, zapłodnienie in
vitro oraz inne problemy bioetyczne - i wspólnymi siłami duchowymi i moralnymi
przebudowywali świat. A świat znajduje się w wielkim kryzysie moralnym, ponieważ człowiek
nagle chce stwarzać samego siebie i nie uznaje żadnych miar. Powinniśmy też wspólnie
występować na gruncie dialogu międzyreligijnego, aby nie dopuścić do pojawienia się
idei, że Chrystus jest tylko jednym z wielu zbawicieli. Nie możemy zapominać, że jako
chrześcijanie powinniśmy dawać wobec wszystkich ludzi świadectwo o Synu Bożym, który
stał się człowiekiem.
W dialogu ekumenicznym istnieje zatem cała masa pomniejszych celów, których realizacja
może prowadzić nas do wewnętrznej jedności. Idąc tropem wypowiedzi Bartłomieja I, że
nie musimy koniecznie dążyć do widzialnej jedności, możemy sobie po prostu nawzajem
pomagać, np. tam, gdzie chrześcijaństwo jest prześladowane albo tam, gdzie panuje głód.
Musimy darzyć się respektem, uważać na sprzeczności, uczyć się od siebie nawzajem.
Nie możemy jednak całkowicie skreślać dążenia do pełnej jedności, lecz powinniśmy
pozostawić tę sprawę Bogu, który może nam ofiarować taką jedność. Musimy iść w
tym kierunku, ale nie należy podnosić pełnej jedności do rangi bezpośredniego celu
starań ekumenicznych. Przecież obok istnieją konkretne, praktyczne cele, które prowadzą
nas do siebie nawzajem. Idźmy zatem razem, a Bogu pozostawmy resztę, czyli pytanie, jak
i kiedy osiągniemy pełną jedność.
|