adres: ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków
tel: (0-12) 422 25 18, 422 23 11
fax: (0-12) 421-67-31
e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl
REDAKCJA ARCHIWUM PROMOCJA REKLAMA PRENUMERATA
 
Główna strona

Nowy numer
NR 21 (2811)
25 maja 2003


  Spis treści
  Komentarze
  Obraz tygodnia
  Kronika religijna
  Liturgiczne czytania
  tygodnia

  Medytacja biblijna
  ks. Mieczysław Maliński
  Kobiety w Biblii
  Przegląd prasy krajowej
  Przeglad prasy
  zagranicznej
  Notatki
  Wśród książek
  Z płyty na płytę
  Listy
FELIETONY
  Józefa Hennelowa
  Małgorzata Musierowicz
  Ewa Szumańska
  Andrzej Dobosz
  Michał Komar
  Marcin Król
  Jacek Podsiadło
  Stanisław Lem

  Tematy miesiąca

DODATKI TEMATYCZNE

UNIA DLA CIEBIE

KSIĄŻKI W TYGODNIKU

FILM W TYGODNIKU

APOKRYF

KONTRAPUNKT


To jest strona archiwalna.

Aktualna strona internetowa "Tygodnika Powszechnego" znajduje się pod adresem www.TygodnikPowszechny.pl

Projekt, wykonanie, obsługa:
Verbanet
Wersja do druku
Napisz komentarz

Prefekt Kongregacji Nauki Wiary
specjalnie dla KAI i "Tygodnika Powszechnego"
- wywiad na 83. rocznicę urodzin Jana Pawła II


W co wierzy Kościół

Z kard. Josephem Ratzingerem rozmawiają
Krzysztof Tomasik (KAI) i Marek Zając ("TP")


Krzysztof Tomasik i Marek Zając: - Tuż po wyborze na papieża Karol Wojtyła powiedział: "Nie lękajcie się!". Czy po 25 latach pontyfikatu Jana Pawła II można powiedzieć, że świat mniej się lęka?

Kard. Joseph Ratzinger: - Jan Paweł II skierował te słowa w różnych kierunkach. W pierwszym rzędzie do rządów, które wybudowały mury, by powstrzymać Chrystusa i Jego Kościół. Rządzący obawiali się, jak za czasów Heroda, że Chrystus mógłby odebrać im część ich władzy. W słowach "Nie lękajcie się!" Papież chciał przypomnieć, że Chrystus jest zupełnie inną rzeczywistością: niczego nie niszczy, ale tam, gdzie jest, są również prawda, miłość i dobro. Mówił także do każdego człowieka, gdyż wielu obawia się, że jeśli dopuści Jezusa do własnego życia, może stracić cząstkę wolności. Tymczasem wezwanie "Nie lękajcie się" oznacza, że Chrystus nie ogranicza ludzkiej wolności, ale pomaga człowiekowi.


Chrześcijaństwo a religijny boom

Współpracownik prawdy

Kard. Joseph Ratzinger jest jednym z najbliższych współpracowników Jana Pawła II, prefektem Kongregacji Nauki Wiary (według prawa kanonicznego odpowiada za "chronienie czystości wiary przez szerzenie jej nauki (...), korygowanie błędów i zachęcanie błądzących do powrotu na właściwą drogę"), dziekanem Kolegium Kardynalskiego (m.in. zwołuje i czuwa nad przebiegiem konklawe; pyta nowowybranego Biskupa Rzymu, czy zgadza się przyjąć wybór i ogłasza światu jego imię). Kardynał należy w sumie do pięciu kongregacji, dwóch papieskich rad i jednej komisji. Jego motto biskupie brzmi: "Współpracownik prawdy". Często lubi powtarzać, że "to jest Jego - czyli Chrystusa - Kościół, a nie pole eksperymentalne teologów".

Urodził się 16 kwietnia 1927 r. w Marktl nad rzeką Inn w Bawarii, w ubogiej, bardzo religijnej rodzinie. Po ukończeniu seminarium we Fryzyndze studiował w Monachium. W 1951 r. przyjął święcenia kapłańskie. Krótko był wikarym i katechetą,

by w 1952 r. rozpocząć pracę w macierzystym seminarium. W 1953 r. uzyskał tytuł doktora teologii. Rok później objął katedrę dogmatyki i teologii fundamentalnej w Wyższej Szkole Filozoficzno-Teologicznej we Fryzyndze. W 1957 r. habilitował się,
a rok później - został profesorem. Od 1959 r. wykładał teologię fundamentalną na uniwersytecie w Bonn. Jego zajęcia cieszyły się ogromną popularnością wśród studentów. Podobnie jego książki - najgłośniejsze tytuły to "Raport o stanie wiary", "Śmierć i życie wieczne" i "Wprowadzenie w chrześcijaństwo".

Na krótko przed Soborem Watykańskim II koloński kardynał Joseph Frings (członek centralnej komisji przygotowującej Sobór) powołał ks. prof. Ratzingera na swego doradcę - obaj odegrali kluczową rolę w dokonywaniu niektórych soborowych przełomów. W 1963 r. Ratzinger został wykładowcą dogmatyki w Münster. W 1977 r. Paweł VI wyznaczył go na arcybiskupa Monachium-Fryzyngi. Cztery lata później, 25 listopada 1981 r., Jan Paweł II powierzył mu stanowisko prefekta Kongregacji Nauki Wiary. "Nie wszystkie wiadomości, które będą nadchodzić z Rzymu, okażą się przyjemne" - mówił prefekt do monachijskich współpracowników przed odlotem do Włoch.

Od tej pory popularna prasa nazywa go "pancernym kardynałem", przedstawiając jako ultrakonserwatystę (krytyka zaostrzyła się po ogłoszeniu przez Kongregację w 2000 r. deklaracji "Dominus Iesus" o "jedyności i powszechności zbawczej Jezusa Chrystusa i Kościoła"). Publicyści piszą też często o "dwóch Ratzingerach": teologicznym "liberale" sprzed wyjazdu do Watykanu i "tropicielu herezji" po objęciu urzędu prefekta. Kardynał odrzuca te zarzuty: uważa, że po prostu jest konsekwentny w byciu wiernym Chrystusowi i wierze katolickiej. Pytany, czy chciałby cofnąć jakąś ze swych watykańskich decyzji, odpowiada, że nie, choć przyznaje, iż czasami reagował zbyt ostro i obcesowo, i dziś wiele spraw rozwiązałby inaczej.

MZ
Tamten apel, adresowany w tak różnych kierunkach, przyniósł rezultaty. Wielu ludzi odnalazło dzięki niemu odwagę, by uwierzyć w Chrystusa. Wielu młodych zaryzykowało i uwierzyło, orientując się, że Chrystus nie odbiera im wolności i radości, ale przeciwnie: daje wolność i radość.

Sporo zmieniło się też w aspekcie politycznym. Runęło wiele murów. Ale - co naturalne, bo mamy przecież do czynienia z grzechem pierworodnym - wciąż pojawiają się nowe trudności. Moim zdaniem nie sposób tworzyć statystyki, która pokazywałaby, że ludzkość lęka się mniej albo bardziej. Widać jednak wyraźnie, ilu ludziom pomogły papieskie słowa i że dzięki nim świat doświadcza nowego otwarcia.

- Biskupi hiszpańscy mówili przed wizytą Papieża w tym kraju, że ich największym problemem jest postępująca sekularyzacja. Czy ten zachodzący już niemal w całej Europie proces jest nieuchronny? Jak można go powstrzymać? Jak ewangelizować współczesny świat?

- Po upadku reżimu gen. Franco, który zbiegł się w czasie z wprowadzaniem reform soborowych, Hiszpania przeżywała dramatyczny okres przełomu. Nagły wybuch wolności i wiążący się z nim posoborowy klimat w Kościele przyczyniły się do zmiany dotychczas obowiązującego systemu wartości. To sprowokowało zeświecczenie, które wytrąciło Kościół z dotychczasowej równowagi.

Rzeczywiście, problem sekularyzacji dotyczy całego zachodniego świata, ale ten proces rozszerza się też poza granice Starego Kontynentu; obserwujemy go w Afryce czy Azji (w Chinach, Indiach, Japonii). To dla nas istotny sygnał o kondycji naszych czasów. Muszę jednak zaznaczyć, że z drugiej strony mamy do czynienia z nowym odkryciem religii, co przeczy prognozom socjologów z lat 50., którzy zapowiadali jej powolny zanik. Nagle pojawił się popyt na religię, religia rozwija się w różnych formach. Ale ten religijny boom niejednokrotnie przechodzi obok Kościołów. Poszukuje się nowych odmian religijności, wiążących się bardziej z przyjemnością, której ma dostarczyć religia. Mam na myśli m.in. różne praktyki ezoteryczne.

Mówiąc inaczej: zsekularyzowany świat nie jest w stanie zaspokoić wszystkich potrzeb i odpowiedzieć na wszystkie ludzkie pytania. Tam, gdzie sekularyzacja jest szczególnie radykalna, pojawiają się nowe formy religijności, które mogą być chore. W tej sytuacji zadanie chrześcijan polega na tym, by te na nowo przebudzone potrzeby duchowe człowieka znajdowały zaspokojenie w Kościele; by człowiek nie musiał szukać na jakichś religijnych jarmarkach, ale by chrześcijanie udzielali mu właściwej odpowiedzi. Na pewno nie możemy oczekiwać, że w mgnieniu oka dojdzie do jakichś masowych ruchów, ale myślę, że właśnie chrześcijaństwo da właściwą odpowiedź na wielkie pytania współczesności. Tego szukają choćby młodzi i znajdują np. podczas Światowych Dni Młodzieży.

Oczywiście, nie wszyscy muszą stać się od razu odważnymi katolikami, ale poruszeni wiarą mogą dostrzec, w którym kierunku powinni pójść. Powiedziałbym, że sekularyzacja pozostaje wielkim znakiem obecnej sytuacji świata, ale powoduje także poszukiwanie religii, innej odpowiedzi, niż daje ją świat, i chrześcijaństwo ma nową szansę wśród nowych generacji. Musimy uczynić wszystko - nawet, jeśli będzie to relatywnie mały ruch - aby być rzeczywiście obecni w świecie. Dlatego też możemy być optymistami.


W poszukiwaniu "religii wysokiej"

- Czy Ameryka Łacińska, jak często można usłyszeć, jest ostatnią szansą chrześcijaństwa? Sekularyzacja najsilniej występuje w krajach rozwiniętych i bogatych. Może chrześcijaństwo jest po prostu atrakcyjne tylko dla ludzi biednych, słabych i chorych?

- Taka była właśnie teza Fryderyka Nietzschego... Ale wróćmy do pytania. Nie powiedziałbym, że Ameryka Łacińska jest ostatnią nadzieją Kościoła. Musimy zdać sobie sprawę, że i w Afryce chrześcijaństwo zdobywa coraz więcej wiernych; mieszkańcy tego kontynentu wybierają dziś między chrześcijaństwem a islamem. Dlaczego tak się dzieje? Tradycyjne religie nie wystarczają już Afrykańczykom, którzy potrzebują "religii wysokiej" i stają przed alternatywą: być muzułmaninem czy chrześcijaninem. W Azji chrześcijaństwo nie ma wielu wyznawców, za to jego oddziaływanie duchowe jest duże. Z kolei na Zachodzie, jak już wspomniałem, stoimy przed potrzebą nowego samookreślenia.

Z drugiej strony Ameryka Łacińska przeżywa duże trudności, wiążące się głównie z rozwojem sekt, szczególnie w Brazylii, gdzie liczba katolików wyraźnie się zmniejszyła, oraz pojawieniem się nowych form prostego i emocjonalnie oddziałującego chrześcijaństwa. Po prostu wszędzie na świecie są i problemy, i nadzieje, a Ameryka Łacińska pozostaje klasycznym kontynentem katolickim, kochającym Chrystusa, Matkę Bożą i Papieża, co dobrze wpasowuje się w południowoamerykańską duszę.

Odnośnie drugiego pytania: chrześcijaństwo zawsze znajdowało odzew przede wszystkim wśród ubogich i słabych. Np. w Indiach to najniższe kasty jako pierwsze otwarły się na chrześcijaństwo. To, co działo się w całej dotychczasowej historii chrześcijaństwa, odpowiada słowom samego Chrystusa, który objawił się prostaczkom i takich ludzi powoływał na uczniów. Ale chrześcijaństwo nigdy nie ograniczało się wyłącznie do nich. Zawsze podobało mi się, że do Dzieciątka Jezus najpierw przychodzą pasterze i biedacy. Bogaci mędrcy ze Wschodu przybyli trochę później, ale jednak przecież też przybyli! Podobnie było z ewangelizacją basenu Morza Śródziemnego: od początku niewolnicy dość łatwo przyjmowali chrześcijaństwo, ale jednocześnie także w wyższych sferach, nawet w domach cesarzy, nie brakowało ludzi poszukujących, którzy nie dali się oślepić bogactwu, co zaważyło w dużym stopniu na wielkim potencjale filozoficznym chrześcijaństwa.

W chrześcijaństwie zawsze jest miejsce i dla biedaka, i dla bogacza. Mówiąc najprościej: bogaci, którzy nie są twardego serca, muszą odkrywać ubogich, a biedni muszą znaleźć w bogatych i silnych braterską pomoc prowadzącą do równości. Chrześcijaństwo przemawia do odrzuconych, którzy znajdują w nim pomoc, ale również do wszystkich poszukujących, którzy mają otwarte serca i którzy może nie muszą od razu pokonać wszystkich barier społecznych, ale przynajmniej je łagodzą.


Mali, ale doskonali?

- Ksiądz Kardynał mówił kiedyś, że sekularyzacja nie musi być wcale dla Kościoła szkodliwa: że nie chodzi o statystyki, lecz "jakość wiary"; że obecnie powracamy w Europie do korzeni chrześcijaństwa - wspólnoty są nieliczne, ale chrześcijanie wierzą mocniej i bardziej świadomie. Pojawia się jednak pytanie: czy liczba chrześcijan rzeczywiście jest bez znaczenia? Religia, by żyć, potrzebuje przecież świadków.

- Nie uważam, że koniecznie i zawsze szukać trzeba małej trzódki. Postawienie sprawy w kategoriach: "Jesteśmy mali, ale doskonali" (niem. "Wir sind klein, aber fein") jest fałszywe. Z drugiej strony nie należy wciąż spoglądać na statystyki. Ważne są słowa Pana, że jesteśmy solą ziemi. Chrześcijanie zawsze pełnili istotną rolę publiczną. Zadziwiające, jak w czasach Nowego Testamentu tak malutka, nieliczna wspólnota pierwszych chrześcijan z mocą twierdziła, że od niej zależy zbawienie świata; że oni właśnie są solą ziemi. To poczucie odpowiedzialności za cały świat, za niesienie światła Bożego na krańce ziemi, pozostało do dziś palącą potrzebą.

Błędem jest zatem zamykanie się w małych kręgach i powtarzanie, jak nam tu pięknie. Jesteśmy bowiem wezwani do pójścia w świat i głoszenia Chrystusa, niesienia światu Jego światła, sprzeciwiania się złu i umacniania dobra. Zrozumienie tych zadań i rozszerzanie dostępu do chrześcijaństwa jest niezwykle ważne i nigdy nie pozwala być zadowolonym z nielicznych wspólnot. Ale z drugiej strony, jak już mówiłem, nie trzeba od razu spoglądać do statystyk. Decydujące dla dziejów, co wiemy z socjologii, nie są masy, które szybko się rozpływają, lecz te grupy, które kierują się autentycznymi wartościami duchowymi, mając w sobie mocne przekonanie i siłę. Ważne jest zatem, byśmy byli ludźmi otwartych serc, byśmy naprawdę się przebudzili.

Wiara jest czymś dynamicznym i ma wiele kręgów: nie wszyscy muszą od razu zostać chrześcijanami i wejść do Kościoła, ale mogą przecież przyjąć choćby część wartości chrześcijańskich. Powtarzam jeszcze raz: wiemy, że statystyki nie są ważne, ale nie wolno też zamykać się w ciasnych wspólnotach. Trzeba odważnie nieść w świat naszą Nowinę. Bo przecież wiemy, że to jest właśnie ta właściwa Nowina, której potrzebuje ludzkość!

- Kościół jest z jednej strony rzeczywistością mistyczną, a z drugiej posiada wymiar ziemski, w którym popełnia się błędy. Jakie zatem najważniejsze wyzwania stoją obecnie przed Kościołem?

- O tym najważniejszym już mówiłem: to ewangelizacja. Można dziś czasem, np. oglądając telewizję, odnieść wrażenie, że chrześcijaństwo w ogóle nie istnieje. Nad wiarą nie można przechodzić do porządku dziennego: powinna być tak ważna dla człowieka, że będzie musiał o niej mówić. Wiara musi być publicznie widoczna. Kto szuka, musi mieć możliwość jej znalezienia. Ważne więc, byśmy mówili światu o Chrystusie i Jego nauce. Zaliczam do tego tłumaczenie ludziom nauki moralnej Kościoła jako drogowskazu dla naszych czasów. Powinniśmy chronić podstawowe wartości przed zniszczeniem. Zaś wewnątrz Kościoła musimy pielęgnować radość, uczucia braterskie i siostrzane. I musimy być świadomi, że jesteśmy odpowiedzialni także za dawanie świadectwa miłości: na świecie obok bogactwa jest przecież też wielka bieda, cierpienie, nędza. To wielkie zadanie dla chrześcijan: nie żyjemy dla siebie samych, ale przede wszystkim dla bliźnich. Taka duchowa solidarność jest jednocześnie najlepszym świadectwem prawdy.


Wielka wizja, nie zakazy

- Świat zdecydowanie lepiej przyjmuje społeczne orędzie Kościoła, natomiast coraz bardziej kontestuje jego nauczanie moralne. Czy sądzi Ksiądz Kardynał, że tę tendencję można przełamać?

- Mam taką nadzieję. Na pewno musimy czynić w tym względzie, co tylko możliwe. Trzeba zauważyć, że w społecznej świadomości nauka moralna Kościoła została zredukowana do kilku problemów związanych z seksualnością: ludzie mają wrażenie, że moralna nauka Kościoła to po prostu kilka zakazów. Tymczasem winno być jasne, że moralność, której naucza Kościół, nie jest mniejszym czy większym zestawem zakazów, ale wielką wizją człowieka. I dopiero, gdy zrozumie się tę wielką i pozytywną wizję człowieka i świata, można także pojąć, że istnieją sprawy, które można wyjaśnić tylko dzięki niej. I to jest, moim zdaniem, właśnie zadanie dla nas. Powinniśmy je wypełnić z entuzjazmem i zapałem: mamy pozytywną wizję tego, co człowiek może, co powinien, co jest jego powołaniem; że może w życiu zrobić coś więcej, niż ubić dobry interes albo rozpętać wojnę; że może uczynić więcej, niż tylko rozwijać technologię; że jest natchniony Bożym płomieniem i dzięki temu ma siły, aby czynić pokój i sprawiedliwość. Papież w swym posłannictwie wskazuje właśnie na te elementy. Dlatego niezmiernie ważne jest, byśmy nie pozwolili na okrzepnięcie opinii, że chrześcijaństwo jest ponurym zbiorem zakazów, lecz że mamy całościową wizję człowieka, świata i historii. Musimy dostrzec najpierw tę całość, a dopiero później krok po kroku poznawać detale, które są jej częścią.

- Niedawno na łamach "Tygodnika Powszechnego" Joaquín Navarro-Valls mówił, że od opublikowania deklaracji "Dominus Iesus" można mówić o całej serii watykańskich dokumentów, w których jednoznacznie przypomniano pewne elementy nauczania Kościoła w sprawach wiary i moralności. Rzecznik Stolicy Apostolskiej wyjaśniał, że przyczyną są liczne zapytania w tych kwestiach, jakie napływają do Rzymu od Episkopatów i świeckich z całego świata...

- Mogę tylko potwierdzić tę opinię. Wielu biskupów, np. podczas wizyt ad limina, mówi nam: musimy jasno przedstawić stanowisko Kościoła w wielu sprawach, bo ludzie nie wiedzą już, co myśleć. Czytają w prasie bądź słyszą w telewizji różne wiadomości o Kościele i zastanawiają się potem, czy chrześcijanie faktycznie wierzą w zmartwychwstanie i nieśmiertelność duszy albo czy Jezus Chrystus jest Synem Bożym. Wciąż pojawia się pytanie: w co właściwie wierzy Kościół? Stawiają nam je świeccy podczas spotkań w Rzymie albo w przysyłanych do Watykanu listach, pytają różne stowarzyszenia chrześcijańskie i sami biskupi. Słyszymy wołanie o to, by poznać orędzie chrześcijańskie. Watykańskie dokumenty wyznaczają pewien kierunek. Oczywiście, trzeba pamiętać, że dokument jest słowem abstrakcyjnym, a chodzi przede wszystkim o to, by przedstawione na papierze wartości wcielać w czyn. Zatem po wskazaniu kierunku, naukę obwieszczać muszą biskupi, księża i świeccy, czyniąc z niej siłę kształtującą ich własne życie.

- Czego bardziej potrzebuje dzisiejszy Kościół: społecznego zaangażowania czy kontemplacji, mistyki?

- Nie chciałbym tu stawiać alternatywy. Gdy zanika mistyka, społeczna działalność Kościoła zamienia się w zwykłe przedsiębiorstwo, stajemy się jednym z wielu dzieł charytatywnych. Z kolei duchowa bliskość z Chrystusem musi powodować eksplozję sił społecznych. Dla mnie symbolem jest Matka Teresa z Kalkuty, która mówiła towarzyszkom: "Jeśli będziemy potrafiły się modlić, będziemy też potrafiły służyć". Bez mistycznego zapału praca społeczna staje się płytka. Z drugiej strony brak zaangażowania na rzecz bliźnich jest czytelną oznaką, że w rzeczywistości wcale nie jesteśmy blisko Chrystusa.


"Idźmy razem!"

- Zbliża się 25. rocznica wyboru Karola Wojtyły na papieża. Jakie, zdaniem Księdza Kardynała, są "kamienie milowe" tego pontyfikatu?

- Na pewno należy wymienić nurt ekumeniczny, relacje z protestantami czy prawosławiem, ale też spotkania z religiami świata. Następnie wielkie wołanie o pokój, które jest obecne podczas całego pontyfikatu, a nie tylko w ostatnich miesiącach. Papież głosi wielkie moralne orędzie chrześcijaństwa, przede wszystkim mam tu na myśli "Veritatis splendor" i "Evangelium Vitae", ale także inne encykliki, dotyczące Chrystusa, Matki Bożej czy wartości reprezentowanych przez chrześcijaństwo. Trzeba wymienić też podróże do różnych zapalnych punktów na świecie, spotkania z reprezentantami islamu czy naszymi chrześcijańskimi braćmi i siostrami.

Nie wolno zapomnieć także o papieskim trwaniu przy chrześcijańskim orędziu wobec moralnych i ludzkich wyzwań naszych czasów. To przeciwwaga dla sekularyzacji.

- Dialog Kościoła katolickiego z judaizmem to jeden z niekwestionowanych sukcesów pontyfikatu Jana Pawła II. Czy można powiedzieć, że stosunki ze wspólnotą żydowską są dobre jak nigdy dotąd?

- Nie ulega wątpliwości, że Papież uczynił w tej dziedzinie bardzo wiele. Podam tylko dwa wspaniałe przykłady. Pierwszy to odwiedziny Wielkiej Synagogi w Rzymie 13 kwietnia 1986 r., gdy następca św. Piotra przekroczył próg żydowskiej świątyni - znak uczyniony po raz pierwszy w historii, do tamtej pory uznawany za gest nawet nie do pomyślenia. Drugi to wizyta w Jerozolimie w 2000 r. i modlitwa przed Ścianą Płaczu, gdy Jan Paweł II jak pokorny pielgrzym stanął przed najświętszym dla judaizmu miejscem i, podobnie jak wierzący Żydzi, wcisnął między kamienie kartkę z modlitwą. To były gesty, które trafiły głęboko do serc żydowskiej wspólnoty. Żydzi zaczęli widzieć w Papieżu swego brata i rzecznika, a nie wroga.

Należy oczywiście dodać, że judaizm to wielopłaszczyznowa rzeczywistość, która ma na świecie różne oblicza. Nadal w niektórych środowiskach żydowskich pojawia się opór przeciwko Kościołowi, ale generalnie trzeba powiedzieć, że Papież wykonał gesty, które musiały utkwić w pamięci każdemu Żydowi i dokonały przełomu, z jakim nigdy dotąd nie mieliśmy do czynienia.

- Jednoznaczna postawa wobec wojny z Irakiem zjednała Janowi Pawłowi II sympatię sporej części świata muzułmańskiego. Czy można zatem liczyć na polepszenie kontaktów?

- Istniało spore niebezpieczeństwo, że sytuacja będzie wyglądać tak, jakby to chrześcijanie wyruszyli do walki przeciwko muzułmanom, ale głos Papieża całkowicie zaprzeczył temu szalonemu pomysłowi. Stało się jasne, że Jan Paweł II stoi po stronie atakowanych, co bardzo pomogło światu islamskiemu w dostrzeżeniu, że Zachód nie może być utożsamiany z chrześcijaństwem.

Islam ma, oczywiście, różne oblicza. Istnieją duże poważne gremia, które szukają dialogu i uważają, że razem bronimy wspólnego porządku moralnego. Ale są także fanatycy, dla których cały świat musi być islamski, a chrześcijaństwo musi ulec w tej rywalizacji. Zatem panorama islamu jest bardzo różnorodna, ale oddziaływanie słów Papieża - wyjaśniających, że nie ma mowy o wojnie chrześcijaństwa przeciwko islamowi - jest ogromne. Być może nawet, przynajmniej mam taką nadzieję, słowa Jana Pawła II poruszyły islamskich fanatyków.

- Jak Ksiądz Kardynał ocenia zastój w dialogu ekumenicznym, szczególnie w relacjach z Rosyjskim Kościołem Prawosławnym? Ekumeniczny patriarcha Konstantynopola Bartłomiej I twierdzi, że jeśli wierzymy w Chrystusa, to - mimo przynależności do różnych Kościołów - już stanowimy duchową jedność. Czy nie należałoby zatem zrewidować pojęcia ekumenizmu i pogodzić się z tym, że widzialna jedność Kościoła nie jest możliwa?

- Moim zdaniem pojęcie ekumenizmu należy rozszerzyć, pogłębić i zróżnicować. Jeżeli będziemy sądzili, że jedynym celem dialogu między chrześcijanami będzie osiągnięcie zewnętrznej jedności, to można spodziewać się samych rozczarowań (tuż po Soborze Watykańskim II mówiło się, że widzialna jedność chrześcijan to kwestia pięciu, może kilkunastu lat). Zresztą pojawić się może nie tylko poczucie rozczarowania, ale wręcz chęć rezygnacji ze wszystkich starań. Tymczasem ekumenizm ma wiele płaszczyzn; możemy wiele uczynić nawet wtedy, gdy nie uda się osiągnąć pełnej jedności.

Ważne jest przede wszystkim, by chrześcijanie zmierzyli się z wielkimi współczesnymi znakami zapytania, z wyzwaniami natury moralnej, jak np. klonowanie, zapłodnienie in vitro oraz inne problemy bioetyczne - i wspólnymi siłami duchowymi i moralnymi przebudowywali świat. A świat znajduje się w wielkim kryzysie moralnym, ponieważ człowiek nagle chce stwarzać samego siebie i nie uznaje żadnych miar. Powinniśmy też wspólnie występować na gruncie dialogu międzyreligijnego, aby nie dopuścić do pojawienia się idei, że Chrystus jest tylko jednym z wielu zbawicieli. Nie możemy zapominać, że jako chrześcijanie powinniśmy dawać wobec wszystkich ludzi świadectwo o Synu Bożym, który stał się człowiekiem.

W dialogu ekumenicznym istnieje zatem cała masa pomniejszych celów, których realizacja może prowadzić nas do wewnętrznej jedności. Idąc tropem wypowiedzi Bartłomieja I, że nie musimy koniecznie dążyć do widzialnej jedności, możemy sobie po prostu nawzajem pomagać, np. tam, gdzie chrześcijaństwo jest prześladowane albo tam, gdzie panuje głód. Musimy darzyć się respektem, uważać na sprzeczności, uczyć się od siebie nawzajem. Nie możemy jednak całkowicie skreślać dążenia do pełnej jedności, lecz powinniśmy pozostawić tę sprawę Bogu, który może nam ofiarować taką jedność. Musimy iść w tym kierunku, ale nie należy podnosić pełnej jedności do rangi bezpośredniego celu starań ekumenicznych. Przecież obok istnieją konkretne, praktyczne cele, które prowadzą nas do siebie nawzajem. Idźmy zatem razem, a Bogu pozostawmy resztę, czyli pytanie, jak i kiedy osiągniemy pełną jedność.


Archiwum | Redakcja | Prenumerata | Reklama | Ludzie Tygodnika | Archiwum felietonów | Historia pisma
Archiwum Jerzego Turowicza | Unia dla Ciebie | Książki w Tygodniku | Film w Tygodniku |
Jazz w Tygodniku | Apokryf | Kontrapunkt

© 2000 Tygodnik Powszechny