Legenda po latach
Lektor
Gry i zabawy
• Wisława Szymborska: RYMOWANKI DLA DUŻYCH DZIECI z wyklejankami Autorki - piękny ten i
starannie wydany tomik przeglądałem z niepokojem, świadom, że poczucie humoru nie jest
najmocniejszą stroną rodaków. Już sobie wyobrażam pełne zgorszenia głosy, że płoche
zabawy nie przystoją noblistce... A przecież śmiech jest jedną z form istnienia, homo
to także homo ludens.
Zacznijmy od wyklejanek, czyli świetnych kolaży wyklejanych przez Szymborską na kartach
pocztowych służących korespondencji z przyjaciółmi. Małgorzata Baranowska w szkicu
"Fragment Cesarza od pięt po kolana" ("NaGłos" nr 12/1993) zwróciła
uwagę na pokrewieństwo owych zabawnych pocztówek, odwołujących się do tradycji
surrealizmu, z "poważnymi" wierszami Szymborskiej: "Nadzwyczajne, zaskakujące
używanie potocznych zwrotów, nadawanie im wieloznaczności, odnowa ich blasku
charakteryzuje zarówno poezję, jak i kolaże Szymborskiej". I zastanawiała się:
"Kim jest manekin krawiecki na nogach kościotrupa? Co skrywa wisząca na nim
marynarka? Kto czai się niewidoczny nad nogami tylko do kolan? Dlaczego ni z tego, ni z
owego odbicie w lustrze zmieniło przynależne mu miejsce? (...) Czy świat jest taki, jak
nam się wydaje, skoro jeden ruch nożyczkami może ośmieszyć nasze doświadczenie?".
A rymowanki? To przede wszystkim zabawa towarzyska, przyjmująca rozmaite formy. Najpierw
- klasycznego limeryku. Następnie - sięgająca po gatunki nowe, będące często dziełem
zbiorowym. Na przykład tytuł "moskaliki" - chodzi o odnoszące się do
rozmaitych nacji parafrazy słynnej strofy Rajnolda Suchodolskiego "Kto powiedział,
że Moskale..." - zrodził się, jak opowiada Wisława Szymborska, "w drodze
korespondencji między dr. Michałem Rusinkiem, moim Pierwszym Sekretarzem, a p. Joanną
Szczęsną, redaktorką "Gazety Wyborczej"".
Dr Rusinek ("dosyć zdolny człowiek", przyznaje poetka) wymyślił też dwie
inne nazwy: "lepieje" oraz "odwódki". O genezie pierwszych tak
opowiada autorka: "W pewnej podmiejskiej gospodzie podano mi kartę, w której przy
pozycji "flaki" ktoś dopisał drżącą ręką: "okropne"". Stąd
pomysł ostrzegawczych lepiei ("Lepszy na biegunie grób / niż z bufetu zimny drób").
"Odwódki" natomiast przestrzec mają, wpadającym w ucho przysłowiem, przed
nadużywaniem wszelakich trunków ("Od bourbona straszna śledziona", "Od
absyntu zanik talyntu").
Są jeszcze absurdalno-makabryczne altruitki ("Nie męcz aptek i lekarza, / sam znajdź
drogę do cmentarza"), "Galeria pisarzy krakowskich" sportretowanych
celnymi dwuwierszami, wzruszający wierszyk "Męskie gospodarstwo" ("jeden
z wierszyków, jakie układałam co roku 16 września, w dzień imienin pewnego
solenizanta"), i wreszcie "podsłuchańce", czyli zapisy autentycznych rozmów.
Pisząc o nich, Szymborska wspomina Białoszewskiego, mistrza "podsłuchiwania, nadsłuchiwania
i obsłuchiwania". I choć podkreśla, że jej "podsłuchańce" powstawały
bez żadnych literackich zamiarów, to jednak pod prózką "Na imieninach"
podpis autora "Donosów rzeczywistości" mógłby się znaleźć...
Na końcu pozostawiono dwie strony puste, by i Czytelnik mógł niektóre cykle uzupełnić.
"W taki oto sposób - pisze Szymborska - ten i ów egzemplarz ma szanse stać się po
wielu, wielu latach miłą pamiątką rodzinną. A nawet czymś ponad to: świadectwem
dawnych, niepojętych czasów, kiedy prapradziadkowie potrafili jeszcze własnoręcznie
pisać i czynili to najchętniej w pokoju bez telewizora". (Wydawnictwo a5, Kraków
2003, s. 54. Projekt okładki: Wojciech Wołyński & Jahoo Gliński. Biblioteka
Poetycka pod red. Ryszarda Krynickiego.)
* * *
• 128 BARDZO ŁADNYCH WIERSZYCH stworzonych przez sześćdziesięcioro ośmioro poetek i
poetów polskich wybrał Leszek Kołakowski - po co sięgamy po prywatne antologie? Bo
spodziewamy się, że wskażą nam one poetów i utwory, których dotąd nie zauważyliśmy,
bądź zauważając - nie doceniliśmy. Bo chcemy porównać własne upodobania z gustami
antologisty (o, też lubi Iksa, też zapamiętał ów mało znany sonet Ygreka - ale za to
Ypsilona w ogóle pomija, co za brak wrażliwości!). I ze zwierciadła, jakie antologia
tworzy, dowiedzieć się czegoś nowego o tym, kto ją ułożył. Zakładając, że jest
to osoba, o której upodobaniach chcemy wiedzieć więcej, z racji szacunku, jakim ją
darzymy, nie dla zaspokojenia zdrożnej skłonności do podglądactwa.
"Poloniści czy krytycy literaccy lepiej niech do tego zbiorku nie zaglądają, bo się
zdenerwują moją niefrasobliwością czy brakiem historycznego spojrzenia" -
zastrzega Kołakowski. Dalej zaś nazywa siebie "czytelnikiem przeciętnym", w
skromności swojej chyba nieco przesadzając. Nikogo, kto przeczytał choćby jeden esej
Kołakowskiego, nie trzeba przekonywać o jego wrażliwości na formę językową i
wyczuciu kadencji zdania. Autor "Obecności mitu" próbował też sił jako tłumacz
XVII-wiecznej poezji francuskiej i rosyjskich poetów Srebrnego Wieku, a jego udane
dokonania w tej dziedzinie przypomniano w trzecim tomie "Pochwały
niekonsekwencji", wraz z wierszowanym żartem - uwspółcześnioną parafrazą
"Fausta".
"128 bardzo ładnych wierszy" to - pisze Kołakowski - "wybór poezji
lirycznej, a w tej kategorii trzeba było różne ograniczenia poczynić". Nie ma więc
"fragmentów epopei czy dramatów, nie ma satyr, fraszek i epigramatów, nie ma też
folkloru, nie ma czysto politycznych autorów, nie ma eksperymentów słownych, nie ma
wierszy dla dzieci, nie ma hymnów, pieśni i piosenek, nie ma poezji o poezji, nie ma wyśrubowanej
awangardy, nie ma opisów miast i obrazów". Nie wyodrębniono lirycznych opisów
pejzażu; części, na jakie antologię podzielono, to "O umieraniu i o umarłych",
"O kochaniu i o rozstaniu", "O rzeczy przemijaniu i o dziwności świata, i
o losie niedobrym", "O Bogu, o wierze i o Chrystusie" oraz "O
Polsce". Chronologicznie listę autorów otwiera Jan Kochanowski, zamykają twórcy rówieśni
antologiście, w aneksie zaś znalazło się miejsce dla mieszkającego w Londynie Adama
Czerniawskiego (rocznik 1934), Ewy Lipskiej, Adriany Szymańskiej, Stanisława Barańczaka,
Ryszarda Krynickiego, Adama Zagajewskiego i najmłodszego - Bronisława Maja (rocznik
1954).
Co w wyborze Kołakowskiego zwraca uwagę? Na pewno upodobanie do poezji baroku, u badacza
myśli filozoficznej i religijnej tej epoki nie dziwne. Znajdziemy tu i trzech Morsztynów
(Jana Andrzeja, Zbigniewa i Hieronima), i Stanisława Herakliusza Lubomirskiego, i Łazarza
Baranowicza (zm. 1693), piszącego po polsku prawosławnego biskupa czernihowskiego. Znacząca
jest nieobecność Peipera i Przybosia ("wyśrubowanej awangardy") przy obecności
wszystkich Skamandrytów (za wyjątkiem Iwaszkiewicza, tu jednak zdecydował brak zgody córki
poety na przedrukowanie jego wierszy w antologii). Nie ma Mirona Białoszewskiego - są
jednak Tadeusz Różewicz (m. in. "W świetle lamp filujących") i Tymoteusz
Karpowicz ("Księga Eklesiastesa"). Z poetów dziś niemodnych pojawia się Emil
Zegadłowicz i popularna po Październiku Małgorzata Hillar. Z wierszy
"nieoczywistych": "Krew Abla do Jehowy" młodopolanina Bogusława
Adamowicza i "Bezimienne groby" legionowego poety Rajmunda Bergela. A informacje
o zmarłej w obozie hitlerowskim Zofii Rościszewskiej (1891-1945), której liryk
"Nie rzeknę nigdy..." umieścił Kołakowski w części "O
kochaniu...", znalazłem dopiero w piątym tomie "Zbioru poetów polskich XIX
w." Pawła Hertza.
Szukać zaś musiałem, ponieważ w antologii brak not o autorach, nie podano nawet dat
ich życia, brak też informacji o źródłach przedruku. Korekta tu i ówdzie szwankuje:
w "Deszczach" Baczyńskiego, pamiętanych dzięki niezwykłemu wykonaniu Ewy
Demarczyk, opuszczono dwa słowa, łamiąc hipnotyczny rytm. Spodziewam się, że ta ładna
książka ładnych wierszy będzie wznawiana: warto błędy poprawić. (Wydawnictwo Znak,
Kraków 2003, s. 232. Na okładce wykorzystano obraz Giorgia de Chirico.)
|