dotb.gif

„TP”, Nr 21 (2811), 25 maja 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2811/kultura03.php

Obrazy Agaty Bogackiej w Centrum Sztuki Współczesnej


Płyny ludzkie

Bogusław Deptuła


Jako sześcioletnia dziewczynka z zadziwiającą konsekwencją dorysowywała swoim modelom włosy pod pachami. Ciekawska czy niegrzeczna, można by zapytać. Miała studiować biologię lub medycynę, wybrała ASP. Słuszność życiowego wyboru Agaty Bogackiej w pełni potwierdza jej pierwsza indywidualna wystawa w warszawskim Zamku Ujazdowskim.


Od dwóch lat z zainteresowaniem śledzę malarskie poczynania Agaty Bogackiej. Spodobał mi się jej prosty przepis na współczesny obraz. A może najbardziej podoba mi się, że wytrwała przy obrazie jako możliwym jeszcze do podjęcia sposobie wyrażania myśli i opisywania świata, świata, który nabiera szalonego tempa i wymaga od twórców jakoby coraz to nowych środków artystycznego wyrazu - czytaj nowych mediów i nowych ofiar. Bogacka poddaje się kontrybucjom nowoczesności, ale cały czas realizuje je w konwencjonalnej sztuce malowanych obrazów, i tym samym czyni je przedstawieniami kanonicznymi.

"Stwierdzenie "Ja krwawię!" oznacza dla mnie tyle co "Ja żyję!"", oznajmia Bogacka i trudno nie przyznać jej racji. Może nie jest to jeszcze racja artystyczna, ale w Ameryce pewnie już mogłaby być. W swoich obrazach przywołuje sytuacje intymne, intymne bardzo, ale przecież rzeczywiste, prawdziwe. Przyszedł czas, że można pomału przyznawać się do istnienia fizjologii. Może w poczynaniach Bogackiej jest coś z niegrzecznej dziewczynki, która dostała do ręki anatomiczny atlas albo dostęp do dziurki od klucza i podgląda, ale niepodobna jej odmówić prawa do takiego widzenia świata.

Jednak w atlasach nie ma tego wszystkiego, co można zobaczyć na obrazach Bogackiej. Na plakacie anonsującym warszawską wystawę widać tylko fragment obrazu pt. "Krew" (2003), ale za to ten najbardziej newralgiczny: między stopami na podłodze dwie czerwone krople. Jeżeli taki afisz rozklejony został w całym mieście i nikt go nie zerwał, to może oswoiliśmy się już z podobnymi obrazami?

Jakiś czas temu pisałem o serii obrazów autorstwa Agaty Bogackiej na wystawie "Rzeczywiście młodzi są realistami". W serii trzech męskich portretów, zwieńczonych trupim autoportretem autorki, Bogacka zdała sprawę ze swoich przygód erotycznych. W tej wystawie opowiada o kwestiach bardziej uniwersalnych. Mam wrażenie, że nie robi tego dla swoich sióstr-kobiet, bardziej dla koleżanek z nocnych klubowych eskapad. One ją świetnie znają i chętnie słuchają tego, co Bogacka opowiada, nadają wszak na wspólnej fali.

Dyplom Agaty Bogackiej to była seria wariacji na temat znanych obrazów: "Śmierci Marata" Davida, "Śniadania na trawie" i "Olimpii" Maneta. "Marat" w wersji Bogackiej jest młodzieńcem z dredami gadającym przez telefon komórkowy. Telefony oczywiście mają też uczestnicy śniadania. Olimpia nosi ślady po kostiumie kąpielowym, a za sobą ma samochód i wieżowce w tle. Wszystko obwiedzione mocną kreską konturu, najczęściej na szarym tle. Farba kładziona jest płasko jak z wałka, kolorów ledwie kilka. Wygląda to jak komiks, ale jakiegoś wyjątkowo mało rozrzutnego rysownika. Dominuje konieczność syntezy i upraszczania, omijania wszystkich detali, za wyjątkiem tych znaczących.

Wybór zgaszonej, szarej tonacji przywołuje myśl o tym, że te obrazy nie są dziełami autorskimi, ale przemalowankami z innych mediów: telewizji, wideo, zdjęć. Trochę tak, jakby malarz nie dysponował już niewinnym lub choćby własnym okiem. Wszystko, co pojawia się na obrazach, jest zobaczone gdzieś wcześniej. Obrazy mogą powstawać dzięki innym obrazom. I co więcej, tak jest w istocie. Najpierw jest sesja fotograficzna z udziałem malarki lub jej znajomych i dopiero te upozowane fotografie stają się podstawą obrazów. Malarstwo straciło siłę tworzenia, może odtwarzać, jest niesamodzielne, nieporadne, słabsze od nowoczesnych mediów. Jednak paradoksalnie Bogacka w ten sposób ocala malarstwo, znajduje dla niego nowe miejsce, daje mu swą siłę i bezkompromisowość.

Powiedzmy wreszcie o obrazach zebranych pod wspólnym tytułem "Ja krwawię!". Jest wersja "Nawiedzenia", czyli wizyta u ciężarnej koleżanki. Jest dyptyk "Krew" i "Mocz", skomponowane w ten sam sposób i różniące się tylko kolorem płynów widocznych między stopami. Autoportretowana naga malarka trzyma karton z sokiem porzeczkowym, którym zapewne się pochlapała. A może nie? Inny obraz umieszczony został na wysokości podłogi, na ekranie, który, ustawiony tyłem do wejścia, zasłania to, co zostało na nim przedstawione. Widać tylko strużkę płynu wypływającą zza ekranu. Jest jeszcze jeden obraz bez postaci: amfilada wyjść i nikogo. Tylko na podłodze została jedna żółta japonka, na pewno Agaty, ale po niej nie ma śladu.

Są tu także akty przyjaciół, sama artystka przed lustrem... Słowem atmosfera panuje młodzieńcza, frywolna, jawnie erotyczna, nieco nieprzyzwoita. Młodzi ludzie bawiący się, używający siebie i życia, pewnie to nieprzystojne, ale to jednak nie wszystko. Została żółta japonka, ślad po zniknięciu, trochę jak w "Powiększeniu" Antonioniego. Jednak coś tu się stało.

Czuję w tych obrazach autoironię uczestniczki klubowego życia. Ale jest jeszcze dłoń spoczywająca na ramieniu ciężarnej koleżanki; to gest z innego już zupełnie porządku dyskursu. Podkreśla, że tu też dochodzi do ważnych spotkań i zatrzymań w gonitwie rozrywek.


AGATA BOGACKA, "Ja krwawię!", Warszawa, Centrum Sztuki Współczesnej 2003.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl