|
Obrazy Agaty Bogackiej w Centrum Sztuki Współczesnej
Płyny ludzkie
Bogusław Deptuła
Jako sześcioletnia dziewczynka z zadziwiającą konsekwencją dorysowywała swoim modelom
włosy pod pachami. Ciekawska czy niegrzeczna, można by zapytać. Miała studiować
biologię lub medycynę, wybrała ASP. Słuszność życiowego wyboru Agaty Bogackiej w pełni
potwierdza jej pierwsza indywidualna wystawa w warszawskim Zamku Ujazdowskim.
 |
 Agata Bogacka, "Lustro I" akryl na płótnie, 2002 |
|
Od dwóch lat z zainteresowaniem śledzę malarskie poczynania Agaty Bogackiej. Spodobał
mi się jej prosty przepis na współczesny obraz. A może najbardziej podoba mi się, że
wytrwała przy obrazie jako możliwym jeszcze do podjęcia sposobie wyrażania myśli i
opisywania świata, świata, który nabiera szalonego tempa i wymaga od twórców jakoby
coraz to nowych środków artystycznego wyrazu - czytaj nowych mediów i nowych ofiar.
Bogacka poddaje się kontrybucjom nowoczesności, ale cały czas realizuje je w
konwencjonalnej sztuce malowanych obrazów, i tym samym czyni je przedstawieniami
kanonicznymi.
"Stwierdzenie "Ja krwawię!" oznacza dla mnie tyle co "Ja żyję!"",
oznajmia Bogacka i trudno nie przyznać jej racji. Może nie jest to jeszcze racja
artystyczna, ale w Ameryce pewnie już mogłaby być. W swoich obrazach przywołuje
sytuacje intymne, intymne bardzo, ale przecież rzeczywiste, prawdziwe. Przyszedł czas,
że można pomału przyznawać się do istnienia fizjologii. Może w poczynaniach
Bogackiej jest coś z niegrzecznej dziewczynki, która dostała do ręki anatomiczny atlas
albo dostęp do dziurki od klucza i podgląda, ale niepodobna jej odmówić prawa do
takiego widzenia świata.
Jednak w atlasach nie ma tego wszystkiego, co można zobaczyć na obrazach Bogackiej. Na
plakacie anonsującym warszawską wystawę widać tylko fragment obrazu pt.
"Krew" (2003), ale za to ten najbardziej newralgiczny: między stopami na podłodze
dwie czerwone krople. Jeżeli taki afisz rozklejony został w całym mieście i nikt go
nie zerwał, to może oswoiliśmy się już z podobnymi obrazami?
Jakiś czas temu pisałem o serii obrazów autorstwa Agaty Bogackiej na wystawie
"Rzeczywiście młodzi są realistami". W serii trzech męskich portretów, zwieńczonych
trupim autoportretem autorki, Bogacka zdała sprawę ze swoich przygód erotycznych. W tej
wystawie opowiada o kwestiach bardziej uniwersalnych. Mam wrażenie, że nie robi tego dla
swoich sióstr-kobiet, bardziej dla koleżanek z nocnych klubowych eskapad. One ją świetnie
znają i chętnie słuchają tego, co Bogacka opowiada, nadają wszak na wspólnej fali.
Dyplom Agaty Bogackiej to była seria wariacji na temat znanych obrazów: "Śmierci
Marata" Davida, "Śniadania na trawie" i "Olimpii" Maneta.
"Marat" w wersji Bogackiej jest młodzieńcem z dredami gadającym przez telefon
komórkowy. Telefony oczywiście mają też uczestnicy śniadania. Olimpia nosi ślady po
kostiumie kąpielowym, a za sobą ma samochód i wieżowce w tle. Wszystko obwiedzione
mocną kreską konturu, najczęściej na szarym tle. Farba kładziona jest płasko jak z
wałka, kolorów ledwie kilka. Wygląda to jak komiks, ale jakiegoś wyjątkowo mało
rozrzutnego rysownika. Dominuje konieczność syntezy i upraszczania, omijania wszystkich
detali, za wyjątkiem tych znaczących.
Wybór zgaszonej, szarej tonacji przywołuje myśl o tym, że te obrazy nie są dziełami
autorskimi, ale przemalowankami z innych mediów: telewizji, wideo, zdjęć. Trochę tak,
jakby malarz nie dysponował już niewinnym lub choćby własnym okiem. Wszystko, co
pojawia się na obrazach, jest zobaczone gdzieś wcześniej. Obrazy mogą powstawać dzięki
innym obrazom. I co więcej, tak jest w istocie. Najpierw jest sesja fotograficzna z udziałem
malarki lub jej znajomych i dopiero te upozowane fotografie stają się podstawą obrazów.
Malarstwo straciło siłę tworzenia, może odtwarzać, jest niesamodzielne, nieporadne, słabsze
od nowoczesnych mediów. Jednak paradoksalnie Bogacka w ten sposób ocala malarstwo,
znajduje dla niego nowe miejsce, daje mu swą siłę i bezkompromisowość.
Powiedzmy wreszcie o obrazach zebranych pod wspólnym tytułem "Ja krwawię!".
Jest wersja "Nawiedzenia", czyli wizyta u ciężarnej koleżanki. Jest dyptyk
"Krew" i "Mocz", skomponowane w ten sam sposób i różniące się
tylko kolorem płynów widocznych między stopami. Autoportretowana naga malarka trzyma
karton z sokiem porzeczkowym, którym zapewne się pochlapała. A może nie? Inny obraz
umieszczony został na wysokości podłogi, na ekranie, który, ustawiony tyłem do wejścia,
zasłania to, co zostało na nim przedstawione. Widać tylko strużkę płynu wypływającą
zza ekranu. Jest jeszcze jeden obraz bez postaci: amfilada wyjść i nikogo. Tylko na podłodze
została jedna żółta japonka, na pewno Agaty, ale po niej nie ma śladu.
Są tu także akty przyjaciół, sama artystka przed lustrem... Słowem atmosfera panuje młodzieńcza,
frywolna, jawnie erotyczna, nieco nieprzyzwoita. Młodzi ludzie bawiący się, używający
siebie i życia, pewnie to nieprzystojne, ale to jednak nie wszystko. Została żółta
japonka, ślad po zniknięciu, trochę jak w "Powiększeniu" Antonioniego.
Jednak coś tu się stało.
Czuję w tych obrazach autoironię uczestniczki klubowego życia. Ale jest jeszcze dłoń
spoczywająca na ramieniu ciężarnej koleżanki; to gest z innego już zupełnie porządku
dyskursu. Podkreśla, że tu też dochodzi do ważnych spotkań i zatrzymań w gonitwie
rozrywek.
AGATA BOGACKA, "Ja krwawię!", Warszawa, Centrum Sztuki Współczesnej
2003.
|