dotb.gif

„TP”, Nr 21 (2811), 25 maja 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2811/kultura02.php

Malarstwo Grzegorza Sztwiertni w krakowskiej Galerii "Zderzak"


Pustynia

Agnieszka Sabor


Podobno pustynia jest przede wszystkim doświadczeniem własnego ciała - doświadczeniem szczególnym, bo takim, które poprzez biologię upału i chłodu, wytrwałości i słabości, poprzez fizyczność poczucia wolności i lęku przed przestrzenią otwiera człowieka na Tajemnicę.


Wiedzieli o tym wczesnochrześcijańscy anachoreci, uciekający na pustynię, by, naśladując Chrystusa, poddać się próbie kuszenia. Podróżnicy opisujący w pamiętnikach równie zdradliwe, co piękne złudzenie fatamorgany. W takim właśnie, duchowym doświadczeniu cielesności, któremu jak cień towarzyszyło nieodzowne poczucie fizyczności ducha, bezwiednie stawali się artystami.

I dokładnie w taki sam - biologicznie mistyczny - sposób pustynna jest dziś twórczość Grzegorza Sztwiertni, młodego, niewiele ponad trzydziestoletniego artysty związanego z krakowską Akademią, autora wielu instalacji i "vangoghowskiego" projektu falansteru dla artystów, wreszcie - malarza, znakomicie posługującego się najtrudniejszymi technikami.

Aby doświadczyć pustyni, nie trzeba jechać na Saharę. Bo skoro pustynia mówi o ciele człowieka, ono może snuć opowieść o pustyni. W "Zderzaku", prezentującym już po raz kolejny twórczość Sztwiertni, pojawiła się tym razem zapisana temperą na płótnie historia "Oka i dłoni malarza".

Rozpoczyna się (jak często u tego artysty) słowem, teraz zasygnalizowanym książką, która - włożona do gabloty i opatrzona pieczołowicie informacją nie tylko o autorze (Ignacy Witz), roku wydania (1966) i wydawnictwie (Nasza Księgarnia), ale także nazwiskiem właściciela konkretnego, zniszczonego czasem egzemplarza (Janusz Antos) - staje się dziełem plastycznym. A zarazem przemienia wystawę w precyzyjny, jakby średniowieczny traktat albo pamiętnik duszy z czasów, kiedy żyli wielcy mistycy - opowiadający (bo ta wystawa zachowuje ciągłość narracji) obrazami o doświadczeniu stawania się artystą, które tak naprawdę jest uczeniem się umiejętności obserwowania, ale i uczestnictwa w radości i cierpieniu własnego ciała. Oraz - a może przede wszystkim - ciała drugiego człowieka.

Opowieść Sztwiertni mówi o niezmiennych zasadach rządzących ludzką anatomią; dosłowna, biorąca początek w znanych dobrze studentom medycyny atlasach (artysta dokładnie przerysowywał kiedyś ich kolejne strony), rzeczowa tak bardzo, że aż skrajnie odrealniona. Niewypowiedziany temat prawie każdego z tych obrazów, ludzka skóra - wabiąca erotyką, mieniąca się czerwieniejącymi coraz bardziej, czasem złamanymi bielą różami, wśród których połyskują delikatne żółcienie i ciepłe ugry - nie może być tylko "workiem na wnętrzności". Wydaje się żywą pustynią, przestrzenią-kryjówką, w której rozgrywa się coś ważnego, wyjątkowego. Co?

"Oko malarza po zdjęciu nabłonka z rogówki oka - aby lepiej widzieć", powtórzone na wystawie w różnych wariantach kilkakrotnie, zdaje się odpowiadać na to pytanie. Odwołuje się do poważnego chirurgicznego zabiegu. A przecież - wyrafinowane kolorystycznie, harmonijnie zbalansowane wrzosowym różem, pistacjową zielenią, żółcieniem dojrzewającej gruszki - toczy się dynamicznymi, wpisanymi jedno w drugie, kołami, w abstrakcyjności których pamięć anatomicznego atlasu wycisza się i uspokaja.

Swą bujnością oko przypomina rozkwitający kwiat albo pawie pióro. Zawiera w sobie symbolikę życia, ale i śmierci. Może dlatego jest w nim też coś ze szklanego znaku Oka Proroka - obserwującego ze ściany muzułmańskiego domostwa codzienność pobożnego wyznawcy.

Chirurgiczny zabieg, źródło cierpienia, otworzył nową rzeczywistość. Wyprowadził na pustynię, dając szczególne - zdolne zniszczyć lub wzmocnić - doświadczenie bólu. A potem przypominające o Zmartwychwstaniu doświadczenie uleczenia. Ale to nie koniec drogi, bo lecząc, cud medycyny coś zabrał jednocześnie na zawsze. Niewinność? Ufność? Radość?

W każdym razie "Oko malarza" po "częściowym wycięciu tęczówki" (znów powtórzone w kilku wariantach) ograniczone zostało dwiema namalowanymi na ścianie galerii szarymi strefami, oznaczającymi "obraz ograniczenia pola widzenia przy niedowidzeniu połowicznym dwuskroniowym".

Fizyczne cierpienie nie jest tutaj funkcją czasu. W obrazach Sztwiertni nie ma młodości, dojrzewania, starzenia się, śmierci. Cierpienie - doświadczane tu i teraz - wynika raczej albo z tragicznej niedoskonałości mechanizmu, w który wtłoczony został człowiek, albo z ułomności człowieka, który nie dorósł do geniuszu własnej anatomii.

"To nie jest fajka" - tłumaczy tytuł jednej z części wystawowej narracji. Rzeczywiście, to skomplikowana, przypominająca fajkę proteza umożliwiająca mówienie po operacji krtani. A może właśnie fajka - ta należąca do Van Gogha, mistrza bezinteresownego współczucia, ale i autodestrukcji? Albo ta najzwyklejsza, współczesna, która przyczyniła się do choroby nałogowego palacza?

Proteza zastępująca narząd mowy oznacza mozolny wysiłek, jaki trzeba wykonać, by wyjść z samotności i przemówić - głosem niewyraźnym, wymagającym trudu także od słuchacza, ale jednak zrozumiałym. Bolesna konieczność, ale i zdolność do wysiłku jej codziennego pokonywania łączą pacjenta i artystę. Sztuka okazuje się procesem walki z chorobą. Trzeba zrozumieć strukturę tego, co we własnym wnętrzu rozbite, a potem spróbować złożyć to na nowo w spójną całość.

Dlatego analizie trzeba poddać także "Dłoń malarza": zobaczyć jej ścięgna i kości, zaatakować chirurgicznymi narzędziami, amputować palce. Tylko po to, by w końcu powrócić do stanu pierwotnej - ale dojrzalszej o doświadczenie fizycznego bólu i duchowej pracy nad nim - całości.

To obecne w ciele doświadczenie pustyni zawiera w sobie jednak nie tylko wysiłek walki z koniecznością, ale także element cudu. Aby "Zobaczyć głos", trzeba otworzyć gardło i wszczepić weń "świergot grubodzioba". Gdyby nie ingerencja z zewnątrz, głos zamilkłby na zawsze. Aby usłyszeć samego siebie, konieczna jest więc pomoc drugiego. Kogo? Stwórcy, którego ingerencja udowodniłaby, że życie jest darem? Czy też wyłącznie współbrata w egzystencji, równie bezsilnego, ale dającego siłę swoją współczującą słabością?

W każdym razie człowiek dopiero poprzez własne ciało, które przeżywa w całkowitej samotności, ale którym czasem musi lub chce podzielić się z innymi, staje się istotą w pełni duchową.

Oglądamy twórczość nowatorską i uczestniczącą w nowoczesności, a jednocześnie kompletnie niezależną od obowiązujących właśnie mód i kierunków. Zanurzoną w życiorysie artysty, ale w najmniejszym nawet stopniu nie biograficzną. Erotycznie intymną, a jednocześnie monumentalną. Cielesną, choć abstrakcyjną. Racjonalną i zdystansowaną, lecz mimo to tętniącą cichym dramatem. Analityczną - ale tylko w poszukiwaniu spójnego, syntetyzującego rzeczywistość sensu, który uzasadniłby istnienie człowieka.

Kto wie, czy nie jesteśmy właśnie świadkami kształtowania się czegoś bardzo ważnego, czegoś, co w polskiej sztuce pozostanie na trwałe po początku nowego stulecia?


GRZEGORZ SZTWIERTNIA, "OKO I DŁOŃ MALARZA", Kraków, Galeria "Zderzak", wystawa czynna do 18 czerwca. Wystawie towarzyszy album prezentujący dorobek artysty.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl