|
Malarstwo Grzegorza Sztwiertni w krakowskiej Galerii "Zderzak"
Pustynia
Agnieszka Sabor
Podobno pustynia jest przede wszystkim doświadczeniem własnego ciała - doświadczeniem
szczególnym, bo takim, które poprzez biologię upału i chłodu, wytrwałości i słabości,
poprzez fizyczność poczucia wolności i lęku przed przestrzenią otwiera człowieka na
Tajemnicę.
 |
 Grzegorz Sztwiertnia, "Zobaczyć głos, wszczepienie świergotu grubodzioba", tempera, olej na płótnie, 2003 |
|
Wiedzieli o tym wczesnochrześcijańscy anachoreci, uciekający na pustynię, by, naśladując
Chrystusa, poddać się próbie kuszenia. Podróżnicy opisujący w pamiętnikach równie
zdradliwe, co piękne złudzenie fatamorgany. W takim właśnie, duchowym doświadczeniu
cielesności, któremu jak cień towarzyszyło nieodzowne poczucie fizyczności ducha,
bezwiednie stawali się artystami.
I dokładnie w taki sam - biologicznie mistyczny - sposób pustynna jest dziś twórczość
Grzegorza Sztwiertni, młodego, niewiele ponad trzydziestoletniego artysty związanego z
krakowską Akademią, autora wielu instalacji i "vangoghowskiego" projektu
falansteru dla artystów, wreszcie - malarza, znakomicie posługującego się
najtrudniejszymi technikami.
Aby doświadczyć pustyni, nie trzeba jechać na Saharę. Bo skoro pustynia mówi o ciele
człowieka, ono może snuć opowieść o pustyni. W "Zderzaku", prezentującym
już po raz kolejny twórczość Sztwiertni, pojawiła się tym razem zapisana temperą na
płótnie historia "Oka i dłoni malarza".
Rozpoczyna się (jak często u tego artysty) słowem, teraz zasygnalizowanym książką,
która - włożona do gabloty i opatrzona pieczołowicie informacją nie tylko o autorze
(Ignacy Witz), roku wydania (1966) i wydawnictwie (Nasza Księgarnia), ale także
nazwiskiem właściciela konkretnego, zniszczonego czasem egzemplarza (Janusz Antos) -
staje się dziełem plastycznym. A zarazem przemienia wystawę w precyzyjny, jakby średniowieczny
traktat albo pamiętnik duszy z czasów, kiedy żyli wielcy mistycy - opowiadający (bo ta
wystawa zachowuje ciągłość narracji) obrazami o doświadczeniu stawania się artystą,
które tak naprawdę jest uczeniem się umiejętności obserwowania, ale i uczestnictwa w
radości i cierpieniu własnego ciała. Oraz - a może przede wszystkim - ciała drugiego
człowieka.
Opowieść Sztwiertni mówi o niezmiennych zasadach rządzących ludzką anatomią; dosłowna,
biorąca początek w znanych dobrze studentom medycyny atlasach (artysta dokładnie
przerysowywał kiedyś ich kolejne strony), rzeczowa tak bardzo, że aż skrajnie
odrealniona. Niewypowiedziany temat prawie każdego z tych obrazów, ludzka skóra - wabiąca
erotyką, mieniąca się czerwieniejącymi coraz bardziej, czasem złamanymi bielą różami,
wśród których połyskują delikatne żółcienie i ciepłe ugry - nie może być tylko
"workiem na wnętrzności". Wydaje się żywą pustynią, przestrzenią-kryjówką,
w której rozgrywa się coś ważnego, wyjątkowego. Co?
"Oko malarza po zdjęciu nabłonka z rogówki oka - aby lepiej widzieć", powtórzone
na wystawie w różnych wariantach kilkakrotnie, zdaje się odpowiadać na to pytanie.
Odwołuje się do poważnego chirurgicznego zabiegu. A przecież - wyrafinowane
kolorystycznie, harmonijnie zbalansowane wrzosowym różem, pistacjową zielenią, żółcieniem
dojrzewającej gruszki - toczy się dynamicznymi, wpisanymi jedno w drugie, kołami, w
abstrakcyjności których pamięć anatomicznego atlasu wycisza się i uspokaja.
Swą bujnością oko przypomina rozkwitający kwiat albo pawie pióro. Zawiera w sobie
symbolikę życia, ale i śmierci. Może dlatego jest w nim też coś ze szklanego znaku
Oka Proroka - obserwującego ze ściany muzułmańskiego domostwa codzienność pobożnego
wyznawcy.
Chirurgiczny zabieg, źródło cierpienia, otworzył nową rzeczywistość. Wyprowadził
na pustynię, dając szczególne - zdolne zniszczyć lub wzmocnić - doświadczenie bólu.
A potem przypominające o Zmartwychwstaniu doświadczenie uleczenia. Ale to nie koniec
drogi, bo lecząc, cud medycyny coś zabrał jednocześnie na zawsze. Niewinność? Ufność?
Radość?
W każdym razie "Oko malarza" po "częściowym wycięciu tęczówki"
(znów powtórzone w kilku wariantach) ograniczone zostało dwiema namalowanymi na ścianie
galerii szarymi strefami, oznaczającymi "obraz ograniczenia pola widzenia przy
niedowidzeniu połowicznym dwuskroniowym".
Fizyczne cierpienie nie jest tutaj funkcją czasu. W obrazach Sztwiertni nie ma młodości,
dojrzewania, starzenia się, śmierci. Cierpienie - doświadczane tu i teraz - wynika
raczej albo z tragicznej niedoskonałości mechanizmu, w który wtłoczony został człowiek,
albo z ułomności człowieka, który nie dorósł do geniuszu własnej anatomii.
"To nie jest fajka" - tłumaczy tytuł jednej z części wystawowej narracji.
Rzeczywiście, to skomplikowana, przypominająca fajkę proteza umożliwiająca mówienie
po operacji krtani. A może właśnie fajka - ta należąca do Van Gogha, mistrza
bezinteresownego współczucia, ale i autodestrukcji? Albo ta najzwyklejsza, współczesna,
która przyczyniła się do choroby nałogowego palacza?
Proteza zastępująca narząd mowy oznacza mozolny wysiłek, jaki trzeba wykonać, by wyjść
z samotności i przemówić - głosem niewyraźnym, wymagającym trudu także od słuchacza,
ale jednak zrozumiałym. Bolesna konieczność, ale i zdolność do wysiłku jej
codziennego pokonywania łączą pacjenta i artystę. Sztuka okazuje się procesem walki z
chorobą. Trzeba zrozumieć strukturę tego, co we własnym wnętrzu rozbite, a potem spróbować
złożyć to na nowo w spójną całość.
Dlatego analizie trzeba poddać także "Dłoń malarza": zobaczyć jej ścięgna
i kości, zaatakować chirurgicznymi narzędziami, amputować palce. Tylko po to, by w końcu
powrócić do stanu pierwotnej - ale dojrzalszej o doświadczenie fizycznego bólu i
duchowej pracy nad nim - całości.
To obecne w ciele doświadczenie pustyni zawiera w sobie jednak nie tylko wysiłek walki z
koniecznością, ale także element cudu. Aby "Zobaczyć głos", trzeba otworzyć
gardło i wszczepić weń "świergot grubodzioba". Gdyby nie ingerencja z zewnątrz,
głos zamilkłby na zawsze. Aby usłyszeć samego siebie, konieczna jest więc pomoc
drugiego. Kogo? Stwórcy, którego ingerencja udowodniłaby, że życie jest darem? Czy też
wyłącznie współbrata w egzystencji, równie bezsilnego, ale dającego siłę swoją
współczującą słabością?
W każdym razie człowiek dopiero poprzez własne ciało, które przeżywa w całkowitej
samotności, ale którym czasem musi lub chce podzielić się z innymi, staje się istotą
w pełni duchową.
Oglądamy twórczość nowatorską i uczestniczącą w nowoczesności, a jednocześnie
kompletnie niezależną od obowiązujących właśnie mód i kierunków. Zanurzoną w życiorysie
artysty, ale w najmniejszym nawet stopniu nie biograficzną. Erotycznie intymną, a
jednocześnie monumentalną. Cielesną, choć abstrakcyjną. Racjonalną i zdystansowaną,
lecz mimo to tętniącą cichym dramatem. Analityczną - ale tylko w poszukiwaniu spójnego,
syntetyzującego rzeczywistość sensu, który uzasadniłby istnienie człowieka.
Kto wie, czy nie jesteśmy właśnie świadkami kształtowania się czegoś bardzo ważnego,
czegoś, co w polskiej sztuce pozostanie na trwałe po początku nowego stulecia?
GRZEGORZ SZTWIERTNIA, "OKO I DŁOŃ MALARZA", Kraków, Galeria
"Zderzak", wystawa czynna do 18 czerwca. Wystawie towarzyszy album prezentujący
dorobek artysty.
|