dotb.gif

„TP”, Nr 21 (2811), 25 maja 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2811/kraj08.php



Gra bez reguł

Stanisław Lem


Bulgotało w Europie od francusko-niemiecko-belgijsko-luksemburskiej próby przeciwstawienia się Stanom Zjednoczonym; chodziło o stworzenie wielobiegunowego układu, w którym Europa byłaby przeciwwagą dla Ameryki. Po zamachu al Qaidy na kompleks mieszkalny w Rijadzie zasiedlony przez przedstawicieli kilku narodowości świata zachodniego (i po kolejnym zamachu w Casablance) cały ten spór właściwie upada.


Terroryści weszli, jak to się mówi w języku militarnym, asymetrycznie, nie zastanawiali się, kto jest z Ameryki, kto z Australii, a kto z Niemiec. Al Qaidzie nie zależy szczególnie na tym, by jednych niewiernych oszczędzać kosztem innych; najważniejsze, by ofiar było wiele. Ich liczby jeszcze nie znamy, Arabia Saudyjska próbuje minimalizować straty i mówi o dwudziestu kilku zabitych, Amerykanie twierdzą, że było ich prawie sto.

Cztery dokładnie zsynchronizowane bombowe zamachy samobójcze dokonane zostały na kilka godzin przed przyjazdem sekretarza stanu Colina Powella do Rijadu. Potem uwaga mediów przeniosła się na Waszyngton, gdzie przemawiał prezydent Bush, zapewniając, że Ameryka dzielnie zlikwiduje terrorystów, a Irak był tylko jedną ze stacji na tej drodze. Zamach w Arabii nieco pomniejszył znaczenie negatywnego faktu, że zapowiadane wykrycie broni masowej zagłady w Iraku jak dotąd nie nastąpiło. Znaleziono jeden czy drugi szkielet wieloosiowego pojazdu, w którym mogły być kiedyś produkowane bronie biologiczne, ale konstatacja ta pozostała na poziomie hipotezy, ponieważ owe pojazdy zostały splądrowane przez miejscową ludność, zanim jeszcze Amerykanie się o ich istnieniu dowiedzieli.

Rosja, do której z Rijadu poleciał Powell, nie chce się zgodzić na zniesienie międzynarodowych sankcji ograniczających sprzedaż irackiej ropy. Sprzeciw ma podłoże czysto ekonomiczne, bowiem od nasycenia rynku ropą zależy jej aktualna cena, a Rosja chce, by ta cena była jak najwyższa. Likwidacja nałożonych przez ONZ hamulców, w połączeniu z dominacją Ameryki nad procesem wydobycia irackiej ropy, uderzyć by mogła zarówno w Rosję, jak i w OPEC.

Duża część sił amerykańskich, które stacjonowały dotąd u Saudyjczyków, przenoszona jest do Kataru. Stany Zjednoczone odwołały prawie wszystkich swoich dyplomatów z Rijadu. Amerykanie zaczęli mówić językiem prawdy: przyznali, że rząd kliki wahabitów saudyjskich jedno oko przymykał na działalność terrorystów. To nieszczęście, że zasoby ropy znajdują się akurat pod piaskami arabskimi.

Czy Saddam w burnusie i ze zgolonymi wąsami biega w okolicy Tikritu, czy też jest w Moskwie, a może u Łukaszenki - nikt nie wie. Niemal co dnia kolejni członkowie najwyższych władz irackich trafiają w ręce Amerykanów. Barzani, polityk kurdyjski, który ma zasiąść w tymczasowym rządzie irackim, oświadczył, że jeżeli Amerykanie będą działać dalej tak, jak działają, to Irak popadnie w straszliwy chaos. Przykładem fatalnej sytuacji może być historia jednego z największych irackich szpitali psychiatrycznych. Tłuszcza wyniosła stamtąd wszystko, włącznie z łóżkami, większość chorych się rozbiegła, ci, co zostali, musieli leżeć na podłodze. Na zaklęcia lekarzy, by postawić jakiś oddział, który by ten szpital chronił, oficer amerykański odpowiedział: Przybyliśmy tu, żeby was wyzwolić, teraz możemy już odejść. I kiedy personel szpitala z największym trudem naprawił zniszczenia, pojawiła się następna chmara grabieżców...

Stany Zjednoczone nadal przypominają słonia, którego napadła chmura insektów. Słoń nie potrafi ich pokonać, zwłaszcza że podobnie jak pszczoły, które, użądliwszy, giną, tak i terroryści-samobójcy - dziewięciu ich było w Rijadzie - przestają po prostu istnieć. Mówi się, że al Qaida uderzona została mocno wskutek ciosu zadanego talibom w Afganistanie i potrzebowała mniej więcej roku, by odbudować się organizacyjnie. Kurtyna jednego dnia zapadła, drugiego dnia się podniosła i mamy zmienioną sytuację światową.

Żeby zaś rzecz bardziej skomplikować, w grę wszedł nagle wirus, którego zapatrywania polityczne poszczególnych stron w ogóle nie interesują, zajmuje go tylko przeskakiwanie oceanów i zabijanie możliwie wielu ludzi. Chiny, w których się wylągł, zwyczajem państw totalitarnych usiłowały najpierw nie dopuścić do rozszerzenia się wiadomości o epidemii. W rosyjskiej "Prirodzie" czytałem niedawno, że za czasów sowieckich były poważne trzęsienia ziemi na Dalekim Wschodzie, które pociągnęły za sobą wiele ofiar, ale jednego słowa nie można było na ich temat znaleźć ani w prasie, ani w innych mediach. Zgodnie z doktryną totalitarną, to, co nie powinno nastąpić, nastąpić nie może, i zasada ta obejmowała także katastrofy naturalne. Chińczycy zrazu zachowywali się podobnie, rzecz jednak nie dała się długo ukryć, ponieważ żyjemy w wieku globalizacji.

Dużo się też ostatnio mówi o kryzysie państwa opiekuńczego. Społeczeństwa Zachodu się starzeją, dzięki postępom medycyny przeciętny wiek ludzi wydłużył się o około dziesięciu do piętnastu lat, liczba niepracujących rencistów i emerytów gwałtownie wzrosła. Nie ma innego ratunku, jak tylko przestrojenie systemu. Rządy Niemiec i Francji usiłują przeprowadzić reformy, mające na celu zmniejszenie tak zwanych sztywnych wydatków budżetu na renty, zasiłki, opiekę lekarską i tak dalej. Ludzie jednak okropnie nie lubią, kiedy im się odbiera przywileje wcześniej przyznane, stąd fala strajków we Francji, a w Niemczech - walka pomiędzy frakcją rządzącą socjaldemokratów a związkami zawodowymi.

Wszystko to wchodzi niejako bokiem w paradę wielkim grom politycznym. Poszczególne zdarzenia nakładają się na siebie warstwowo, ale nie mają jednej i tej samej przyczyny sprawczej. Ponieważ zaś nie ma takiej ilości grzybów, których nie można by wrzucić do barszczu, doszła teraz sprawa wywindowania Polski przez Amerykanów na potencjalnego sojusznika w - nazwijmy to szczerze - okupacji Iraku.

W Niemczech zaraz zaczęto mówić o Polsce jako o koniu, a nawet ośle trojańskim; złośliwy Pomianowski odpowiedział na to, że lepiej być osłem trojańskim niż osłem dardanelskim. Trudno jednak przewidzieć, czy Polsce uda się w ogóle wejść do Iraku, nawet nie na zasadzie partnera, bo dla Stanów Zjednoczonych żadnym partnerem nie jesteśmy, ale użytecznego pomocnika. Jak mówił minister Szmajdziński: chcemy, ale nie mamy za co. Brakuje nam uzbrojenia, transportu, kuchni i szpitali polowych; brakuje właściwie wszystkiego i wszystko mają dać Amerykanie. Ludzi znających język arabski jest w naszej armii mniej więcej półtora; takich, którzy znają język angielski, trochę więcej, ale tylko wśród kadry dowódczej.

Jak w roztworze zmętniałym, nic się jeszcze nie ustratyfikowało ani nie osiadło. Niełatwo sobie wyobrazić, jak za rok będzie wyglądała sytuacja światowa. To rodzaj dziwnej gry w brydża, w której partnerzy szachują się nawzajem, czasem wyciągają broń i strzelają... Cała z trudem przez starszego pana, jakim jest Chirac, wykoncypowana idea europejskiej przeciwwagi wobec Stanów Zjednoczonych wzięła w łeb. Jednak ze względów ambicjonalnych przywódcy Francji i Niemiec nie powiedzą: przepraszamy, zrobiliśmy głupstwo. Ton, jakim przemawia telewizja niemiecka, dalej przypomina telewizję enerdowską sterowaną z tylnego siedzenia przez Moskwę.

Co się stanie ze zmontowanym trochę na siłę przymierzem francusko-niemiecko-rosyjskim? Jak będą się dalej kształtowały oziębłe już stosunki pomiędzy Arabią Saudyjską a Stanami Zjednoczonymi? Jak wypływ irackiej ropy wpłynie na sytuację rynkową? Jak potoczą się losy dolara, który znajduje się w stanie swobodnego spadku? Epidemię można powstrzymać, zwłaszcza działaniami typu prohibicyjnego - nie wpuszczać, nie wypuszczać - byłby to jednak cios w globalizację. A koszty?

Jaka będzie w tym wszystkim rola Polski? Jesteśmy trochę w sytuacji rowerzysty, który usiłuje się przyczepić do wielkiej ciężarówki i słyszy: Nie czepiaj się! Przyjaźń i sympatia, którą okazują nam Amerykanie, wydaje się trochę dęta. Czeka nas w dodatku referendum europejskie, z którego jeden Pan Bóg wie, co wyniknie. Byłem zdziwiony tym, że podczas gdy biskupi litewscy jednym głosem wołali za wejściem do Unii, nasi ograniczyli się do oświadczenia, że należy pójść głosować, a jak, to już każdy zdecyduje sam. Żałuję też, że nie jesteśmy wciąż krajem, do którego miło byłoby wracać myślą, ze świadomością, że panuje w nim porządek, że wiadomo, do czego służą poszczególne władze, a rząd cieszy się powszechnym szacunkiem i zaufaniem społeczeństwa.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl