|
Polska jest obok Francji głównym sąsiadem Niemiec,
ale jej obecność w Berlinie ciągle jest bardzo skromna
Ubogo, choć ambitnie
Joachim Trenkner z Berlina
Wojna w Iraku podzieliła Zachód. Jednym ze zwycięzców europejsko-transatlantyckiego
sporu okazuje się Polska: włączona do NATO i wkrótce do UE, pokazała się jako
europejski "gracz", ryzykujący wysłanie żołnierzy na wojnę u boku USA, a
teraz będzie dowódcą jednej ze stref w Iraku i w efekcie może "pośrednikiem",
scalającym na powrót NATO. Dla krajów Unii Europejskiej Polska stała się partnerem świadomym
swego znaczenia. Spośród nich głównie Niemcy muszą nauczyć się, że Polacy nie
tylko proszą. A jak Polska prezentuje się w niemieckiej stolicy?
Polski Berlin, dawniej i dziś
Aby się przekonać, jakie były polskie wpływy w Ber linie, wystarczy
rzut oka na książkę telefoniczną 3,5--milionowego miasta: niekończące się kolumny
Kowalskich, setki Przybylskich, Juskowiaków i Milewskich. Po powstaniu II Rzeszy
Niemieckiej w 1871 r. Berlin, ta błyskawicznie rozwijająca się, nowa niemiecka stolica,
musiał oddziaływać jak magnes także na Polaków. Rozrastająca się metropolia dawała
obietnicę pracy i chleba. Przybywali więc tysiącami ze Śląska i Wielkopolski.
Budowali Reichstag (wtedy i dziś siedzibę parlamentu), stawiali fabryki. Około 1910 r.
Berlin zaliczał się do największych "polskich" miast: mieszkało tu 100 tys.
Polaków ze wszystkich grup społecznych: byli wśród nich arystokraci i posłowie
pruskiego parlamentu, artyści, naukowcy i rzemieślnicy, były pomoce domowe i robotnicy
przemysłowi. Ci ostatni stanowili większość i mieszkali głównie na szybko rozwijających
się przedmieściach. Takich jak Schöneweide: w tutejszym kościele św. Antoniego została
po nich płyta z długą listą nazwisk ("Pamięci naszych bohaterskich synów")
poległych na I wojnie światowej: jedna czwarta to nazwiska polskie.
Część Polaków asymilowała się, część wolała w tym "berlińskim kotle"
pozostać przy swojej mowie i kulturze. Mówi się, że gdy dwóch Polaków spotyka się
za granicą, zakładają trzy stowarzyszenia - i tak było wtedy w Berlinie. Obok Związku
Polaków w Niemczech, powstałej w 1922 r. najważniejszej organizacji polskiej, działały
Związek Robotniczy "Braterstwo" i Stowarzyszenie Gimnastyczne "Sokół"
- oba starsze zresztą od Związku. Do tego dochodziło Polskie Stowarzyszenie Oświatowe,
Związek Śpiewaczy i chóry oraz harcerstwo. Swoje stowarzyszenie mieli polscy uczeni. Był
Dom Polski, dwa polskie banki, biblioteka, polski akademik i najmniej 10 kościołów z
nabożeństwami po polsku. Dużą poczytnością cieszył się wydawany po polsku
"Dziennik Berliński".
Po 1918 r. wielu Polaków wróciło do odrodzonego kraju, ale dopiero naziści zniszczyli
skutecznie polską mniejszość: przez prześladowania i zabójstwa działaczy, roboty
przymusowe i wywłaszczenia. W odpowiedzi Polacy walczyli w niemieckim ruchu oporu; z nich
wywodziła się większość członków takich tajnych organizacji, jak
"Eidechsenbund" czy "POP", współpracujących z Armią Krajową i
polskim wywiadem.
Po wojnie musiały minąć lata, nim między Polakami a Niemcami możliwa stała się
rozmowa - w NRD nakazana odgórnie "przyjaźń" była zakłamana; w RFN coś
zmieniło się dopiero w 1970 r., gdy niemiecki kanclerz ukląkł w Warszawie. W latach
80. Berlin Zachodni stał się nie tylko celem handlowych wycieczek Polaków, ale też ośrodkiem
emigracji, także solidarnościowej, która prowadziła działalność wydawniczą i
organizowała pomoc dla podziemia w kraju.
Dziś ocenia się, że prócz trudnej do określenia liczby obywateli Niemiec o polskich
korzeniach, mieszka tu stale 30 tys. polskich obywateli: tworzą trzecią co do wielkości
cudzoziemską community. Ilu Polaków przebywa w mieście czasowo, pracując czy robiąc
zakupy, nie wiadomo. I znów, jak kiedyś, część przybywających do miasta asymiluje się,
a część pielęgnuje swą tożsamość, działa w stowarzyszeniach (jak Towarzystwa
Polsko-Niemieckie czy "Polonia"), chodzi na liczne polskie imprezy kulturalne,
jakie oferuje Berlin.
Najbardziej niezwykłą instytucją jest tu niewątpliwie istniejący od lata 2001 r.
"Club der Polnischen Versager". Czyli: "Klub Polskich Nieudaczników".
Jego sukces i popularność - również wśród niemieckiej publiczności i prasy -
zaskoczyła nawet jego twórców. Okazało się, że klub kulturalny z tak autoironiczną
nazwą szybko wpasował się w oryginalną i różnorodną "scenę alternatywną",
zdobywając na niej trwałą markę.
Skąd nazwa? "Nieudacznicy" tłumaczą, że w sytuacji, gdy Polacy postrzegani są
często przez przeciętnego Niemca jako handlarze czy złodzieje aut, oni świadomie
wybrali ironiczną i prowokującą nazwę, aby zmienić choć trochę ów negatywny
wizerunek. Dziś nazwa została, choć nikt nie kojarzy klubu z nieudacznictwem.
Przeciwnie: imprezy klubowe, organizowane przez młodych artystów - koncerty, wystawy,
projekcje, spotkania z pisarzami i poetami czy przedstawienia teatralne - traktowane są
poważnie, a publika zapełnia niewielkie pomieszczenia klubowe. I tak oto "Klub
Polskich Nieudaczników" awansował do roli kolejnej, tym razem "pozarządowej",
polskiej instytucji w Berlinie.
Joachim Trenkner
Przełożył WP |
|
"Ciągle mam wrażenie, że to tylko piękny sen" - powtarzał pewien polski
znajomy, gdy 16 kwietnia maszerowaliśmy razem przez Unter den Linden, reprezentacyjną
ulicę Berlina, do ministerstwa spraw zagranicznych. Pogoda była piękna, prawdziwie
wiosenna. Tego właśnie dnia "piękny sen" mojego znajomego miał stać się
rzeczywistością. W odległych Atenach podpisywano traktat akcesyjny o przystąpieniu do
Unii Europejskiej dziesięciu nowych krajów, a na dziedzińcu berlińskiego MSZ trwała równocześnie
wielka feta; popijając szampana, zaproszeni goście, w tym ambasadorzy "Dziesiątki",
mogli śledzić przebieg uroczystości na żywo na wielkim ekranie.
W Berlinie, gdzie współczesność tak mocno splata się z historią, wiele dat budzi
skojarzenia z II wojną światową. Także 16 kwietnia: tego dnia, roku 1945, rozpoczął
się ostatni rozdział z dziejów "Tysiącletniej Rzeszy" - wojska sowieckie,
wspomagane przez polskie dywizje, rozpoczęły ofensywę przez Odrę, aby po dwóch
tygodniach krwawych walk, 2 maja, wywiesić na Reichstagu zwycięskie sztandary.
Tego dnia, 58 lat później, mało kto wraca jednak pamięcią do tamtej wiosny, a na
dziedzińcu niemieckiego MSZ można odnieść wrażenie, że Polska - największy spośród
tych 10 krajów i zarazem najważniejszy dla Niemiec nowy członek Unii - jest nie gościem,
ale organizatorem całej ceremonii: oprawę muzyczną zapewnia pianista z Warszawy, wielka
brama - wystawiona na środek sceny i symbolizująca otwarcie Unii na
"nowicjuszy" - przyjechała z Poznania, a podczas części nieoficjalnej posilającym
się gościom przygrywa popowy zespół z Polski. Tak, tego dnia Polska wypadła w
Berlinie wyśmienicie.
Wstydliwa plama
Inny zupełnie, i to katastrofalny wizerunek Polski prezentuje się berlińczykom oraz
turystom tuż obok, jakieś 10 minut drogi na piechotę od budynku MSZ. Tutaj, w
najbardziej atrakcyjnym miejscu, jakie tylko można wyobrazić sobie w niemieckiej stolicy
- przy Unter den Linden, ulicy porównywalnej z Krakowskim Przedmieściem w Warszawie,
znajduje się ambasada Rzeczpospolitej Polskiej. A właściwie to, co kiedyś było
ambasadą: tuż obok Bramy Brandenburskiej, obok budowli historycznych, dziś
odrestaurowanych, obok nowoczesnych konstrukcji powstałych po zjednoczeniu Niemiec,
naprzeciw masywnego kompleksu ambasady rosyjskiej, wzniesionej w czasach stalinowskich i w
stosownym stylu - tam właśnie trwa szary klocek, emanujący zakonserwowanym urokiem
nieistniejącej już Niemieckiej Republiki Demokratycznej.
Budynek polskiej ambasady jest zamknięty na głucho od prawie trzech lat. Powoli niszczejąca,
szkaradna budowla, wzniesiona w biurowo-przaśnym stylu w czasach, gdy w Berlinie
Wschodnim rządził Erich Honecker, zdążyła stać się elementem krajobrazu śródmieścia
i obiektem kpin berlińczyków. Nawet kierowca legendarnej linii numer "100",
łączącej dwa berlińskie City - we wschodniej i zachodniej części miasta - nie może
powstrzymać się od rzucenia przez mikrofon paru ironiczno-pogardliwych uwag, kiedy
autobus przesuwa się obok ponurego gmaszyska.
- W tej chwili nie mam, niestety, do zakomunikowania nic nowego, jeśli chodzi o planowaną
budowę nowego budynku naszej ambasady - mówi ambasador Andrzej Byrt w rozmowie z
"Tygodnikiem". Ambasadorem Polski w Republice Federalnej Byrt jest po raz drugi.
Kiedy opuszczał Berlin w 2001 r., wyburzenie starego budynku i rozpoczęcie budowy
nowego, atrakcyjnego i reprezentacyjnego gmachu wydawało się postanowione. Jednak wkrótce
potem Warszawa wstrzymała ambitne plany. Oficjalny powód: brak pieniędzy w budżecie
polskiego MSZ, spowodowany także przez wydatki na integrację Polski z Unią. Zastrzeżenia
miał też wzbudzić projekt nowej ambasady, autorstwa grupy warszawskich architektów pod
kierunkiem Marka Budzyńskiego: polskie MSZ uznało, że jest zbyt pompatyczny i
kosztowny.
Kiedyś jednak, i to zapewne prędzej niż później, Polska będzie musiała coś zrobić
z problemem, z którym uporały się już bodaj wszystkie kraje po przeniesieniu stolicy
Niemiec z Bonn do Berlina. Tacy Węgrzy na przykład, którzy jeszcze kilka lat temu
rezydowali także przy Unter den Linden, mogą chwalić się dziś nowoczesnym,
atrakcyjnym gmachem, postawionym na miejscu szpetnego budynku pamiętającego czasy NRD.
Takie państwa jak Francja czy Wielka Brytania dawno już zbudowały bądź też odbudowały
swe ambasady w miejscu historycznych placówek dyplomatycznych, zburzonych w czasie wojny.
Reprezentacyjna i nowoczesna ma być także nowa ambasada polska - tak przynajmniej chciałby
ambasador Byrt.
Zanim to jednak nastąpi, polscy dyplomaci muszą zadowolić się ciasnymi pomieszczeniami
dawnej Polskiej Misji Wojskowej, która przed 1989 r. akredytowana była w Berlinie
Zachodnim przy przedstawicielstwie trzech zachodnich mocarstw (USA, Wielkiej Brytanii i
Francji), sprawujących formalnie kontrolę nad tą częścią podzielonego miasta. To
tymczasowe schronienie mieści się wprawdzie w pięknej, starej willi w światowej
dzielnicy Grunewald, nie jest jednak rozwiązaniem trwałym. Kiedyś, jak słyszymy,
problem zostanie rozwiązany. Ale póki to "kiedyś" nastąpi, walący się
budynek przy Unter den Linden pozostaje - niech wybaczone będzie mocne słowo - wstydliwą
plamą na wizerunku Polski w Berlinie.
Zaproszenie do Polski
Zmiana miejsca: jesteśmy w Instytucie Polskim (Polnisches Kulturinstitut) przy
Liebknechtstrasse. To geograficzne centrum Berlina, które przed 1989 r. należało do
wschodniej części miasta, stolicy NRD. Przy Liebknechtstrasse smętne ślady tej
przynależności widoczne są na każdym kroku. Tuż obok pnie się w górę słynna wieża
telewizyjna, gigantyczna konstrukcja, postawiona ze względów propagandowych w tak
centralnym miejscu, gdzie była i jest głównie zawadą. Także sama Liebknechtstrasse
powstała po 1945 r. na wzór sowiecki jako tzw. magistrala; później otoczona została
nudnymi wieżowcami z wielkiej płyty. Dzisiaj całość jest już niemal zabytkiem, upamiętniającym
lata 70., w których socjalistyczni architekci i planiści tak właśnie wyobrażali sobie
nowoczesne życie. Jakiego wysiłku nie podjęłaby dyrektorka Instytutu Joanna Kiliszek i
dziesięcioro jej pracowników, z tego miejsca nigdy chyba nie uda im się przepędzić
zatęchłego wspomnienia po NRD.
Co nie znaczy, że w Instytucie nic się nie zmieniło - przeciwnie, zmieniło się bardzo
wiele i to na pozytywne. Także w atmosferze tego miejsca. Kiedyś wchodzący do Instytutu
witani byli mieszanką niechęci i nieufności; od kiedy dyrektorem została Joanna
Kiliszek, powitanie takie zastąpiła serdeczność - szczera i otwarta. A na brak
zainteresowania Instytut Kultury Polskiej skarżyć się nie może. Jego ofertę wypełnia
co miesiąc około tuzina rozmaitych imprez: wystawy, koncerty, projekcje kinowe, wykłady,
dyskusje panelowe. Czasem przychodzi paruset gości albo więcej, na przykład na wystawy
polskich artystów, czasem tylko kilkadziesiąt. Przy tak wielkiej kulturalnej różnorodności,
jaką ma do zaoferowania niemiecka stolica, jest to jednak bilans świetny. A wszystko
wskazuje na to, że tendencja rosnąca utrzyma się.
Dni Instytutu w socrealistycznym otoczeniu są bowiem policzone: na koniec 2004 r.
planowana jest przeprowadzka do budynku wprawdzie nieco mniejszego, ale położonego w o
wiele atrakcyjniejszym miejscu: w okolicy Hackescher Markt, tam, gdzie spotyka się -
prawdziwa czy wirtualna - berlińska "młoda scena". Co jednak istotniejsze, w
rejonie swoje siedziby mają instytucje pokrewne: angielski British Center, hiszpański
Kulturinstitut Cervantes oraz niemiecki Goethe-Institut. Sąsiedztwo to także nowe możliwości:
imprezy kameralne będą organizowane w nowych, mniejszych pomieszczeniach Instytutu, większe
wydarzenia kulturalne, dla kilkusetosobowej publiczności, na "zewnątrz", np.
projekcje filmów w znanym kinie "Babilon", a koncerty jazzowe w kultowych berlińskich
klubach. W planach jest też intensywniejsza niż dotąd współpraca z instytutami
kultury innych krajów europejskich. Ona zresztą już trwa: pod koniec kwietnia Instytut
Polski i Institute Français zorganizowały w Maison de France przy bulwarze Kurfürstendamm
interesujące i oblegane przez publiczność sympozjum o tożsamości kulturowej:
"Niemcy, Francja, Polska - trzy drogi w europejskiej historii", z udziałem
znanych historyków i politologów z tych krajów.
- Wszystko, co robi Instytut Kultury Polskiej, traktujemy jako rodzaj zaproszenia do
odwiedzenia Polski - tak Joanna Kiliszek opisuje w rozmowie z "TP" motto
Instytutu i jego pracy, kulturalnej oraz (jak to mówią politolodzy) przed-politycznej
zarazem.
W ciszy i spokoju
Najmłodszym reprezentantem Polski jest przedstawicielstwo instytucji starej i szacownej:
2,5 roku temu Polska Akademia Nauk utworzyła swoje "Centrum Naukowe w
Berlinie". Najpierw pod kierunkiem prof. Franciszka Gruczy, a teraz prof. Cezarego Króla,
"Centrum" zorganizowało dotąd około tuzina konferencji na najrozmaitsze
tematy. W ten sposób Polska poszła za przykładem Amerykanów, którzy utrzymują w
Berlinie aż dwie instytucje naukowo-polityczne, American Academy i Aspen Institute, i
Francuzów, mających - prócz zajmującego się kulturą Centrum Francuskiego (Centre
Français) - także naukowo-polityczne Centrum im. Blocha (Centre Bloch).
W porównaniu z Amerykanami czy Francuzami polskie próby zaistnienia w Berlinie również
na polu naukowym - i w tym sensie także naukowo-politycznym - wypadają jednak skromnie.
Przyczyną jest nie tyle brak umiejętności, lecz pieniędzy. "Centrum Naukowe w
Berlinie" to właściwie tylko dwóch ludzi - prof. Król i dr Edmund Dmitrów - oraz
niewielki budżet. Także berlińska publiczność naukowo-polityczna jak do tej pory
niemal nie zauważyła istnienia "Centrum".
Owszem, ośrodek PAN nawiązał kontakty z niemieckimi instytucjami (jak Deutsche
Forschungsgemeinschaft czy Max-Planck--Gesellschaft) i uniwersytetami. Ale na jego pracy
fatalnie ciąży położenie: mieści się w Pankow, dzielnicy nie mającej dobrej opinii.
Przed 1990 r. rezydowali tu prominenci NRD-owskiego państwa i partii komunistycznej, i w
ten sposób Pankow stało się symbolem NRD. Utrudnieniem poważniejszym niż przeszłość
jest jednak fakt, że dziś dzielnica znalazła się na obrzeżach
kulturalno-intelektualnego i politycznego centrum Berlina, poza głównymi arteriami
komunikacji miejskiej. W mieście, w którym dotarcie z jednego krańca na drugi zabiera
przy niekorzystnych połączeniach kilka godzin, bywa to czynnikiem decydującym. Dlaczego
więc "Centrum" znalazło się właśnie tu? Budynek przy Rondzie Majakowskiego,
który PAN dzierżawi od polskiego ministerstwa spraw zagranicznych na korzystnych
warunkach, był kiedyś rezydencją ambasadora PRL, który - jak wielu jego kolegów z
krajów "bloku wschodniego" - osiadł w Pankow.
Cisza i spokój sprzyjają może pracy naukowej, ale szanse na ściągnięcie do Pankow
berlińczyków zainteresowanych tym, co może zaoferować PAN, są niewielkie. Przykład:
niedawno "Centrum" zorganizowało naprawdę ciekawą konferencję na temat
"Mord w Katyniu - o historii kłamstwa w służbie polityki". Oprócz Króla i
Dmitrowa wykłady wygłaszali dwaj niemieccy historycy, jedyni, jacy po wojnie zajmowali
się Katyniem: dr Gerd Kaiser z Niemiec Wschodnich, autor książki "Katyn - Das
Staatsverbrechen, das Staatsgeheimnis" ("Katyń - zbrodnia i tajemnica państwowa";
wydanej oczywiście po 1990 r.) oraz dr Franz Kadell z Niemiec Zachodnich, autor pracy
"Die Katyn-Lüge" ("Kłamstwo katyńskie"). Ciekawy temat, zwłaszcza
dla Niemców, ciekawe wykłady, do tego projekcje filmowe, ale cóż z tego... Trudno mówić
o sukcesie, gdy w konferencji udział wzięło może ze 20 osób - bilans wręcz żałosny.
Może jednak i tutaj nastaną wkrótce lepsze czasy? - Tak, PAN musi się stamtąd wynieść,
musi swoje imprezy organizować w atrakcyjnych miejscach w centrum miasta - mówi
ambasador Byrt i oferuje PAN-owi pomoc w poszukiwaniu takich miejsc. W grę wchodziłoby
wypożyczenie na konkretne imprezy np. atrium siedziby Deutsche Bank przy Unter den Linden
lub hotel "Adlon" przy Placu Paryskim, tuż koło Bramy Brandenburskiej. Jeśli
temat będzie atrakcyjny, można będzie szukać sponsorów. Byrt, specjalista od spraw
gospodarczych, ma kontakty w Niemczech i Polsce. Może z pomocą ambasady uda się
wyprowadzić "Centrum" z odosobnienia w Pankow.
"Rób dobrze i mów o tym"
"Sztuka, która nie jest rozumiana, niewiele jest warta" - powiedział kiedyś słynny
niemiecki dramaturg Bertolt Brecht. Parafrazując, prawdę tę można zastosować także
do polskiej obecności w Berlinie: jaki jest pożytek z solidnej pracy, jeśli prowadzona
jest ona "pod korcem" i nie jest zauważana przez tych, do których powinna być
kierowana? Amerykanie powiadają: "Rób dobrze i mów o tym". Mało co polepsza
tak wizerunek kraju, jak eksport kultury i nauki. Tuż przed wejściem Polski do Unii działalność
przed-polityczna w stolicy Niemiec staje się jeszcze istotniejsza. W końcu Polska ma do
zaoferowania Niemcom o wiele więcej niż tylko tanią siłę roboczą.
Przełożył Wojciech Pięciak
Joachim Trenkner - wieloletni reporter m.in. amerykańskiego tygodnika
"Newsweek" i zachodnioberlińskiej telewizji, jest stałym współpracownikiem
"TP".
|