|
Kolaboracja - zimnym okiem
Andrzej Paczkowski
Dyskusja nad problemem kolaboracji z III Rzeszą - podobnie jak debata o mordzie w
Jedwabnem - może pójść w kierunku widzenia go tylko przez pryzmat moralny. Należy
jednak starać się o rozdzielenie dwóch porządków - poznawczego i etycznego. Ocenianie
jest powinnością, nie może jednak zastąpić poznania.
Gdy mówimy o postawach, które uważamy za naganne czy o osobach, które są godne potępienia,
mamy tendencję, aby ograniczyć się do napiętnowania. Jest to o tyle zrozumiałe, że
linia dzieląca zrozumienie, powstające w wyniku dociekania, od usprawiedliwienia bywa
cienka i łatwa do przekroczenia. Tak więc, aby uniknąć podejrzenia, że
usprawiedliwiamy to, co powinno być negatywnie naznaczone, skłonni jesteśmy unikać
"dzielenia włosa", badania motywów i okoliczności. Jak zatem postępować?
W przypadku dyskusji na temat kolaboracji najpierw należałoby rozdzielić - na ile to możliwe
- kolaborację polityczną od - tak nazwijmy ją - "egzystencjalnej". Za pierwszą
stałby zamysł dotyczący organizacji życia narodu lub państwa. Jednym wariantem byłaby
kolaboracja geopolityczna lub wynikająca z oceny położenia Polski oraz sposobów
przetrwania narodu i państwa. Jej wyznawcy mogli być od dawna (jak Władysław
Studnicki) zwolennikami współpracy z Niemcami, mogli też (jak grono reprezentowane
przez Janusza Kowalewskiego w memoriale z lipca 1940 r.) nie być germanofilami, a po
prostu nie widzieć innego rozwiązania sprawy polskiej po klęsce Francji niż powstanie
tworu satelickiego wobec III Rzeszy. Inny wariant kolaboracjonizmu politycznego może być
oparty na poczuciu bliskości ideologicznej czy też posiadaniu wspólnego wroga (np.
"światowe żydostwo"). To był chyba przypadek Narodowej Organizacji Radykalnej
(NOR), założonej jesienią 1939 roku za zgodą Niemców przez grupę działaczy skrajnie
nacjonalistycznego ONR. Zapewne do tej samej kategorii możnaby zaliczyć działalność
Jana Emila Skiwskiego i Feliksa Burdeckiego. Przez analogię możnaby powiedzić, że
kolaboracja ze Związkiem Sowieckim w wydaniu Zygmunta Berlinga miała charakter
geopolityczny, zaś komunistów - ideologiczny. Oczywiście, nie zawsze jest możliwe
precyzyjne rozgraniczenie między pomysłem wywodzącym się z geopolityki, a inicjatywą
wynikającą z bliskości ideologicznej, co jest szczególnie widoczne w przypadku
istnienia - często występującej w Polsce - zbitki antysowietyzmu (antykomunizmu) z
antysemityzmem.
Kolaboracja, którą nazwałem "egzystencjalną", opierała się na doraźnym
interesie jednostkowym lub grupowym, wykorzystywaniu systemu okupacyjnego dla osiągnięcia
zysku materialnego czy zrobienia kariery. Z tej nader pojemnej kategorii należałoby -
jak proponował to przed laty Jan T. Gross - wyłączyć spekulanatów czy innych
uczestników "czarnego rynku", jeśli ich aktywność nie podważała lojalności
wobec państwa polskiego czy nie wiązała się z denuncjacją. Mielibyśmy zatem w niej
szmalcowników, konfidentów, donosicieli (także okazjonalnych), blokowych czy
"kapo" w obozach, policjantów "granatowych" i cywili, którzy brali
udział w łapankach lub pościgach, słowem wykonywali zbrodnicze rozkazy władz
okupacyjnych. Ale także tych, którzy występowali w antypolskich sztukach czy filmach,
pisali antypolskie artykuły czy redagowali polskojęzyczne gazety. Należeliby do niej
także ci, którzy dopuszczali się szmalcownictwa z pobudek quasi-ideologicznych, np.
antysemitów, którzy wydawali Żydów nie dla pieniędzy, ale dlatego, że ich
nienawidzili. Podobnie jak wydawanie uczestników konspiracji czy partyzantów, tak
wydawanie i mordowanie Żydów było bowiem działaniem zgodnym z interesem okupanta.
Kolaboracja "egzystencjalna" - poza szmalcownictwem - miała miejsce, rzecz
jasna, także na terenach okupacji sowieckiej.
Istniała rozległa sfera zachowań, które trudno jednoznacznie określić, gdyż wymagałoby
to w istocie badania każdego przypadku. Np. działalność części administracji, zwłaszcza
najniższego szczebla, która wykonywała czynności ułatwiające represje (np. pobór na
roboty przymusowe). Nie uznamy za kolaborację faktu, że setki tysięcy Polaków pracowały
w instytucjach użyteczności publicznej (koleje, gazownictwo, elektrownie etc.), z których
korzystali także okupanci, czy zatrudnione były w fabrykach produkujących na potrzeby
armii niemieckiej (lub sowieckiej). A przecież tylko część z nich uprawiała sabotaż,
tak jak tylko część "granatowych" policjantów współpracowała z konspiracją.
Była to po prostu aktywność zawodowa czy gospodarcza niezbędna dla utrzymania siebie i
swojej rodziny. Najbardziej skrajnych przykładów dostosowywania się - oraz dylematów i
dramatów moralnych, które temu towarzyszyły - dostarczają dzieje judenratów czy
policji żydowskiej w gettach, zwłaszcza wówczas, gdy naziści rozpoczęli ostatnią fazę
Zagłady.
Poznanie zasięgu i form kolaboracji jest de facto w stadium zalążkowym, gdyż problem
ten objęty był przez dziesiątki lat zarówno społecznym tabu, jak i oficjalnym
zakazem. Długie pozostawanie "w lodówce" nie oznacza, że stracił emocjonalną
temperaturę, co ujawniło się tak drastycznie przy sprawie mordu w Jedwabnem, a także -
choć mniej ostro - w wypowiedziach na temat "memoriału lizbońskiego" czy
sprawy Institut für Deutsche Ostarbeit. Tym bardziej zachęcam do przyjrzenia się temu
wszystkiemu chłodnym okiem. Nawet jeśli z góry potępiamy coś czy kogoś, nie
zaszkodzi tego zbadać.
P.S. Tym, którzy w debacie chcą uczestniczyć, a nie są historykami, zalecałbym
zaznajomienie się z dyskusjami, które odbyły się już na temat kolaboracji z III Rzeszą
(czy też nazizmem) oraz faszystowskimi Włochami. Było ich multum, a zaczęły się
jeszcze w czasie wojny. Ich omówienie znajduje się w monografii Czesława Madajczyka
"Faszyzm i okupacje 1938-1945" z 1984 r., w której znajduje się rozdział
"Między współpracą a kolaboracją" (tom II, ss.335-390).
Prof. Andrzej Paczkowski jest badaczem najnowszych dziejów Polski, pracuje w Instytucie
Studiów Politycznych i Instytucie Historii PAN. Współautor "Czarnej księgi
komunizmu". Ostatnio wydał "Droga do "mniejszego zła". Strategia i
taktyka obozu władzy, lipiec 1980 - styczeń 1982." (Wyd. Lit., Kraków 2001).
|