dotb.gif

„TP”, Nr 21 (2811), 25 maja 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2811/kraj04.php



Szafa pełna szkieletów

Paweł Machcewicz


Dyskusja wywołana sprawą krakowskich uczonych powinna dać początek szerszej refleksji nad zjawiskiem i granicami kolaboracji. Pierwszy postulat to objęcie nią obu okupantów. Dlaczego mamy mówić o literatach, dziennikarzach i uczonych z Generalnego Gubernatorstwa, a nie wspominać tych polskich pisarzy, którzy wstąpili do Związku Radzieckich Pisarzy Ukrainy?

Pojęcie kolaboracji swojego współczesnego, politycznego znaczenia - współpracy z okupantem - nabiera dopiero w czasach drugiej wojny światowej. Wcześniej, w epoce zaborów, mówiono raczej o zdrajcach sprawy narodowej. Kolaborantami nie nazywano ani generałów, zabijanych przez spiskowców w noc listopadową za to, że nie chcieli przyłączyć się do powstania, ani szpiclów Ochrany likwidowanych w czasie powstania styczniowego przez sztyletników działających z ramienia Rządu Narodowego.

Pojęcie kolaboracji jest w pełni czytelne, gdy odnosi się do sytuacji, w której z jednej strony terytorium państwa jest okupowane przez zewnętrznego wroga, z drugiej - nadal działają (w podziemiu, na obczyźnie) legalne władze. W polskiej historii to przede wszystkim okres II wojny światowej. Warto też wspomnieć stan wojenny, kiedy to następuje renesans wzorców i zachowań zaczerpniętych z czasów okupacyjnych. Wykonywanie "antyreżimowych" napisów na murach (w tym znaku "Solidarności" wzorowanego na kotwicy Polski Walczącej) nazywa się "małym sabotażem", ludzi popierających władze (w tym aktorów występujących w telewizji) - "kolaborantami", wydaje się dokumenty wprost nawiązujące do nazewnictwa czasów wojny (np. "Kodeks okupacyjny" Zbigniewa Bujaka, Zbigniewa Janasa i Wiktora Kulerskiego z roku 1982). Fenomen ten oddaje przekonanie żywione przez znaczną część "solidarnościowej" konspiracji i jakąś część całego społeczeństwa, że oficjalne władze utraciły swoją prawomocność, a w imieniu narodu mogą zabierać głos podziemne władze Związku.

W przypadku "klasycznej" kolaboracji, tej z czasów II wojny światowej, decydujące znaczenie dla ostrości tego pojęcia miało stanowisko legalnych polskich władz. To one definiują, co jest dopuszczalne (np. sprawowanie urzędniczych funkcji w pozostawionej przez Niemców w Generalnym Gubernatorstwie polskiej administracji czy służba w policji "granatowej" - ale już nie udział polskich policjantów w akcjach wymierzonych w ruch oporu czy ludność cywilną), a co jest kolaboracją, czyli dobrowolnym wspieraniem okupacyjnej polityki. Do tych ostatnich bezspornie należało publikowanie w prasie "gadzinowej", czy też udział polskich aktorów w propagandowych niemieckich filmach o antypolskiej wymowie.

Z tego punktu widzenia decydujące znaczenie dla oceny postawy polskich naukowców pracujących w Niemieckim Instytucie Pracy Wschodniej, instytucji niewątpliwie realizującej polityczne i ideologiczne cele okupanta, będzie stwierdzenie - poza tym, co konkretne osoby robiły - czy czyniły to z polecenia (za wiedzą, zgodą?) państwa podziemnego. O ile oczywiście taka weryfikacja będzie po kilkudziesięciu latach możliwa.

Nie oznacza to oczywiście, że w każdej sytuacji podziemne instrukcje były jednoznaczne, a ich nieprzestrzeganie zawsze równoznaczne ze zdradą. Podziemie kategorycznie zakazywało wstępowania do policji pomocniczej tworzonej przez Niemców na Kresach w 1943 r. W jej szeregach znalazło się jednak ok. 1500-2000 Polaków, którzy w wielu wypadkach wspierali ludność cywilną, zagrożoną falą mordów organizowanych przez ukraińską partyzantkę. Liczni Polacy służyli też w latach 1944-

-1945 w organizowanych przez NKWD Istriebitielnych Batalionach. Bywali używani przez Sowietów do walki z polskim podziemiem, ale bronili też Polaków przed atakami UPA.

Jeżeli jakikolwiek pożytek ma przynieść dyskusja wywołana sprawą krakowskich uczonych, powinna ona dać początek szerszej refleksji nad zjawiskiem i granicami kolaboracji. Pierwszy oczywisty postulat to objęcie nią obu okupantów. Dlaczego mamy mówić tylko o literatach, dziennikarzach i uczonych z Generalnego Gubernatorstwa, a nie wspominać tych polskich pisarzy (wcale nie wyłącznie przedwojennych komunistów), którzy w 1940 r. wstąpili do Związku Radzieckich Pisarzy Ukrainy, uczestniczyli w propagandowych przedsięwzięciach dla uczczenia rocznicy "wyzwolenia" Ukrainy Zachodniej itd.? Dla przeciętnego Polaka było przecież oczywiste, że 17 września 1939 r. miała miejsce agresja przypieczętowująca kolejny rozbiór Polski, a wiedza o masowych aresztowaniach, egzekucjach i deportacjach, a także o działających w Londynie legalnych władzach Rzeczypospolitej - powszechna. Postawy intelektualistów z czasu okupacji sowieckiej lat 1939--1941 znalazły swoją znacznie szerszą kontynuację po 1944 r. Nawet jeśli pojęcie kolaboracji nie jest tu w pełni adekwatne (od lipca 1945 r. władze w Warszawie cieszyły się uznaniem międzynarodowym), na znacznie szerszą niż dotąd refleksję zasługują zachowania twórców, którzy z pełnym zaangażowaniem wspierali zbrodniczy, narzucony z zewnątrz system. Refleksję wychodzącą poza doraźne dyskusje polityczne czy spory ideologiczne, utrudniające uporanie się z tym jeszcze jednym polskim "szkieletem w szafie".


Dr Paweł Machcewicz jest historykiem, kieruje Biurem Edukacji Publicznej IPN. W 2002 r. nakładem Ossolineum ukazała się jego "Historia Hiszpanii" (napisana wspólnie z Tadeuszem Miłkowskim).

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl