|
Szafa pełna szkieletów
Paweł Machcewicz
Dyskusja wywołana sprawą krakowskich uczonych powinna dać początek szerszej refleksji
nad zjawiskiem i granicami kolaboracji. Pierwszy postulat to objęcie nią obu okupantów.
Dlaczego mamy mówić o literatach, dziennikarzach i uczonych z Generalnego
Gubernatorstwa, a nie wspominać tych polskich pisarzy, którzy wstąpili do Związku
Radzieckich Pisarzy Ukrainy?
Pojęcie kolaboracji swojego współczesnego, politycznego znaczenia - współpracy z
okupantem - nabiera dopiero w czasach drugiej wojny światowej. Wcześniej, w epoce zaborów,
mówiono raczej o zdrajcach sprawy narodowej. Kolaborantami nie nazywano ani generałów,
zabijanych przez spiskowców w noc listopadową za to, że nie chcieli przyłączyć się
do powstania, ani szpiclów Ochrany likwidowanych w czasie powstania styczniowego przez
sztyletników działających z ramienia Rządu Narodowego.
Pojęcie kolaboracji jest w pełni czytelne, gdy odnosi się do sytuacji, w której z
jednej strony terytorium państwa jest okupowane przez zewnętrznego wroga, z drugiej -
nadal działają (w podziemiu, na obczyźnie) legalne władze. W polskiej historii to
przede wszystkim okres II wojny światowej. Warto też wspomnieć stan wojenny, kiedy to
następuje renesans wzorców i zachowań zaczerpniętych z czasów okupacyjnych.
Wykonywanie "antyreżimowych" napisów na murach (w tym znaku "Solidarności"
wzorowanego na kotwicy Polski Walczącej) nazywa się "małym sabotażem", ludzi
popierających władze (w tym aktorów występujących w telewizji) -
"kolaborantami", wydaje się dokumenty wprost nawiązujące do nazewnictwa czasów
wojny (np. "Kodeks okupacyjny" Zbigniewa Bujaka, Zbigniewa Janasa i Wiktora
Kulerskiego z roku 1982). Fenomen ten oddaje przekonanie żywione przez znaczną część
"solidarnościowej" konspiracji i jakąś część całego społeczeństwa, że
oficjalne władze utraciły swoją prawomocność, a w imieniu narodu mogą zabierać głos
podziemne władze Związku.
W przypadku "klasycznej" kolaboracji, tej z czasów II wojny światowej, decydujące
znaczenie dla ostrości tego pojęcia miało stanowisko legalnych polskich władz. To one
definiują, co jest dopuszczalne (np. sprawowanie urzędniczych funkcji w pozostawionej
przez Niemców w Generalnym Gubernatorstwie polskiej administracji czy służba w policji
"granatowej" - ale już nie udział polskich policjantów w akcjach wymierzonych
w ruch oporu czy ludność cywilną), a co jest kolaboracją, czyli dobrowolnym
wspieraniem okupacyjnej polityki. Do tych ostatnich bezspornie należało publikowanie w
prasie "gadzinowej", czy też udział polskich aktorów w propagandowych
niemieckich filmach o antypolskiej wymowie.
Z tego punktu widzenia decydujące znaczenie dla oceny postawy polskich naukowców pracujących
w Niemieckim Instytucie Pracy Wschodniej, instytucji niewątpliwie realizującej
polityczne i ideologiczne cele okupanta, będzie stwierdzenie - poza tym, co konkretne
osoby robiły - czy czyniły to z polecenia (za wiedzą, zgodą?) państwa podziemnego. O
ile oczywiście taka weryfikacja będzie po kilkudziesięciu latach możliwa.
Nie oznacza to oczywiście, że w każdej sytuacji podziemne instrukcje były
jednoznaczne, a ich nieprzestrzeganie zawsze równoznaczne ze zdradą. Podziemie
kategorycznie zakazywało wstępowania do policji pomocniczej tworzonej przez Niemców na
Kresach w 1943 r. W jej szeregach znalazło się jednak ok. 1500-2000 Polaków, którzy w
wielu wypadkach wspierali ludność cywilną, zagrożoną falą mordów organizowanych
przez ukraińską partyzantkę. Liczni Polacy służyli też w latach 1944-
-1945 w organizowanych przez NKWD Istriebitielnych Batalionach. Bywali używani przez
Sowietów do walki z polskim podziemiem, ale bronili też Polaków przed atakami UPA.
Jeżeli jakikolwiek pożytek ma przynieść dyskusja wywołana sprawą krakowskich
uczonych, powinna ona dać początek szerszej refleksji nad zjawiskiem i granicami
kolaboracji. Pierwszy oczywisty postulat to objęcie nią obu okupantów. Dlaczego mamy mówić
tylko o literatach, dziennikarzach i uczonych z Generalnego Gubernatorstwa, a nie wspominać
tych polskich pisarzy (wcale nie wyłącznie przedwojennych komunistów), którzy w 1940
r. wstąpili do Związku Radzieckich Pisarzy Ukrainy, uczestniczyli w propagandowych
przedsięwzięciach dla uczczenia rocznicy "wyzwolenia" Ukrainy Zachodniej itd.?
Dla przeciętnego Polaka było przecież oczywiste, że 17 września 1939 r. miała
miejsce agresja przypieczętowująca kolejny rozbiór Polski, a wiedza o masowych
aresztowaniach, egzekucjach i deportacjach, a także o działających w Londynie legalnych
władzach Rzeczypospolitej - powszechna. Postawy intelektualistów z czasu okupacji
sowieckiej lat 1939--1941 znalazły swoją znacznie szerszą kontynuację po 1944 r. Nawet
jeśli pojęcie kolaboracji nie jest tu w pełni adekwatne (od lipca 1945 r. władze w
Warszawie cieszyły się uznaniem międzynarodowym), na znacznie szerszą niż dotąd
refleksję zasługują zachowania twórców, którzy z pełnym zaangażowaniem wspierali
zbrodniczy, narzucony z zewnątrz system. Refleksję wychodzącą poza doraźne dyskusje
polityczne czy spory ideologiczne, utrudniające uporanie się z tym jeszcze jednym
polskim "szkieletem w szafie".
Dr Paweł Machcewicz jest historykiem, kieruje Biurem Edukacji Publicznej IPN. W 2002 r.
nakładem Ossolineum ukazała się jego "Historia Hiszpanii" (napisana wspólnie
z Tadeuszem Miłkowskim).
|