|
„TP”, Nr 21 (2811), 25 maja 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2811/kraj03.php
Sprawa nie pierwsza i nie ostatnia
Marcin Kula
W historii nic nie jest proste. Publiczność, która oczekuje od historyków wyroku nie
uzyska satysfakcji. Sami historycy będą się spierać, a skądinąd dobry historyk będzie
raczej wskazywał na skomplikowanie sprawy niż wydawał wyrok. W historiografii mamy też
problemy definicyjne: zjawisko, co do którego istoty w codziennym życiu nie mamy wątpliwości,
okazuje się bardzo trudno definiowalne przy bliższym poznaniu.
Wszystko powyższe dotyczy zjawiska kolaboracji. Takie samo postępowanie raz będziemy skłonni
kwalifikować jako kolaborację, a innym razem nie. Zależeć to będzie nie tylko od postępowania
konkretnej osoby, ale od stopnia obcości danej władzy oraz od przeciętnie przyjętych
norm postępowania. Z tego punktu widzenia "Państwo Francuskie" ze stolicą w
Vichy było fatalne - władza była nadal swoja, a urzędnicy nie musieli sobie nawet
postawić pytania, czy są aby nadal urzędnikami tego samego państwa. W PRL wielu ludzi
też nie uznawało swojej pracy i działania za równoznaczne ze służbą Związkowi
Radzieckiemu. Nie od razu wszyscy śpiewali "Żeby Polska była polska". Zresztą
kwalifikacja czynów przeciwnych kolaboracji też zależy nie tylko i może nie tyle od
nich samych, ale od społecznego odczucia sytuacji. Ocena, czy płk Kukliński był zdrajcą,
czy bohaterem, zależy od oceny charakteru PRL. Jeśli uznamy, że ta formacja państwowa
była formą sowieckiej okupacji, to pułkownik winien być uznany za bohatera narodowego.
Jeśli uznamy, że PRL była jakąś, choć ułomną, formą państwa polskiego, to ocena
będzie dlań znacznie gorsza. Może historycy powinni mieć jakieś absolutne miary oceny
postaw i działań - ale ich nie mają. Czasem im się co najwyżej zdaje, że mają.
Takie samo postępowanie w pewnych sytuacjach może być kwalifikowane jako kolaboracja, a
w innych nie. Długo nikt może na nie nie zwracać uwagi, a gdy sytuacja między grupami
politycznymi, społecznymi czy etnicznymi zaostrza się - zostanie ono zakwalifikowane
jako kolaboracja. W końcu wielu Polaków, którzy żyli w zaborze rosyjskim, wchodziło w
bieżący kontakt ze strukturą państwa rosyjskiego i prawie wszyscy uważali to za
normalne. Gdy wybuchło Powstanie Styczniowe, ci polscy oficerowie i generałowie, którzy
opowiedzieli się przeciw niemu, stali się kolaborantami. W miarę trwania wojny służba
dla Vichy stawała się hańbą w coraz większym stopniu. W krajach skolonizowanych
ludzie określani mianem "tubylców" przez lata, a nawet przez wieki,
funkcjonowali w ramach struktury narzuconej przez kolonialistów. W miarę rozwoju ruchów
wyzwoleńczych współpraca z kolonizatorami także tam zmieniła znaczenie. Mało tego.
Niezależnie od stopnia wrogości między grupami, mogą w ludzkim odczuciu występować
pewne funkcje w społeczeństwie i pewne działania ludzkie, których spełnianie będzie
szeroko konotowane jako kolaboracja - najczęściej z uwagi na znaczenie symboliczne owych
funkcji lub (i) działań - podczas gdy spełnianie innych funkcji w ramach tej samej
struktury będzie przechodzić bez wrażenia.
Dla oceny zjawiska kolaboracji bądź jego braku ważna jest okoliczność, czy strona, z
jaką mogłoby się ewentualnie kolaborować, w ogóle chce i dopuszcza kolaborację. Nie
jest trudno zachować cnotę, gdy się nie ma okazji do jej utraty. Nie ma też sensu być
dumnym z braku kolaboracji, jeśli strona najeźdźcza jej nie pożądała.
Kolaboracja jest działaniem z pewnością wstydliwym. Dlatego tak wypychamy ją ze społecznej
pamięci, zwłaszcza gdy mamy do czynienia z wypadkami mniej oczywistymi niż te, przy których
trudno mieć wątpliwości, że zachodziła. Warto jednak mieć na uwadze, że nawet
oczywista kolaboracja miała miejsce w wielu krajach bardziej niż po wojnie dopuszczano
do świadomości. Jeśli zaś potraktować kolaborację jako zjawisko stopniowalne i
podlegające interpretacyjnemu cieniowaniu, problem staje się szerszy. Dziś stanął on
w świetle dnia, gdyż upadek komunizmu rozszerzył pole dopuszczalnej refleksji nie tylko
na Wschodzie, ale także na Zachodzie. Obnażając wiele spraw, nakazał przemyśleć
pewne zjawiska od nowa. Z kolei wymiana pokoleniowa spowodowała, że pokolenie obecnie
aktywne podejmuje wiele tematów bez zahamowań właściwych pokoleniu schodzącemu -
nieraz kultywującemu swoją dumę, a nieraz zajmującemu postawę obronną.
Dobrze, że te dyskusje rozwijają się w wielu krajach. Naturalne, że często rozpalają
się one silnym płomieniem. Podczas gdy można zrozumieć napięcie, jakie wywołują u
ludzi bezpośrednio zaangażowanych, to należy starać się nie wpadać w ogólnonarodową
lub ogólnomiejską histerię. Istnienie Instytutu Niemieckiej Pracy Wschodniej nie
odbierze honoru uczestnikom tajnego nauczania. Zbrodnia jedwabieńska nie odbierze honoru
tym, którzy Żydów ratowali. Nie ma narodu absolutnie i bez reszty czystego. Nie ma też
sensu mówić "co złego, to nie my" (a tak się chyba w dużym stopniu tłumaczy
częste w Polsce postrzeganie UB jako rzekomo jednolicie żydowskiego). Ewentualne plamy
nie zmieniają faktu, że ruch oporu w Polsce był może i największym ruchem tego typu w
okupowanej Europie. Współpraca wielu Polaków z komunizmem nie umniejsza wagi ruchów
wolnościowych, w tym "Solidarności" i całego buntu lat osiemdziesiątych.
Prowadzenie badań jest znacznie lepszym rozwiązaniem niż kultywowanie pozytywnych lub
negatywnych stereotypów.
Prof. Marcin Kula jest historykiem. Pracuje na Uniwersytecie Warszawskim w Zakładzie
Historii XX w. Ostatnio wydał "Zegarek historyka" (Trio, Warszawa 2001) i
"Nośniki pamięci historycznej" (DiG, Warszawa 2002).
© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl
|