|
Spór o rolę Polaków w wojennym Instytucie Niemieckiej Pracy Wschodniej
Kolaboranci?
Aleksander Litewka
Zdaniem jednego z recenzentów książka Anetty Rybickiej o Instytucie Niemieckiej Pracy Wschodniej porusza sprawy dotąd pomijane
i może zaowocować dyskusją historyków. Jednak rozdział poświęcony pracy Polaków w Instytucie łączy nieudolność warsztatu z tendencyjnością wniosków. Dyskusja historyków jest niewątpliwie potrzebna. Ale u jej podstaw musi stać naukowa uczciwość.
 |
 Niemieccy żołnierze na Wawelu - 6 września 1939 r |
|
Praca doktorska Anetty Rybickiej "Instytut Niemieckiej Pracy Wschodniej. Institut für
deutsche Ostarbeit", opublikowana niedawno przez wydawnictwo DiG, rozsławiona została
artykułem Sławomira Sieradzkiego "Instytut kolaboracji" ("Wprost" z
30 marca 2003). Artykuł ten roi się od uproszczeń. Według niego dobrzy polscy
profesorowie siedzieli w kacetach, źli - w Instytucie Niemieckiej Pracy Wschodniej
(zwanym potocznie Ost-Institut), który powstał 20 kwietnia 1940 roku i zajmował lokale
zamkniętego przez Niemców Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Książka Rybickiej, będąca monografią Instytutu, podobnych uproszczeń nie zawiera,
ale, jako praca historyczna, sprawia zawód. W zamykającym ją rozdziale "Polacy w
Instytucie" zamiast chłodnej i rzetelnej analizy historycznej otrzymaliśmy filipikę,
w której chaotycznie podane informacje mają służyć jednemu: oskarżeniu o kolaborację
wszystkich Polaków pracujących w Ost-Institut.
"Kolaborant" Semkowicz
Książka Anetty Rybickiej o Instytucie Niemieckiej Pracy Wschodniej, działającym w
Krakowie w latach 1940-45, i oparty na ostatnim rozdziale tej książki ("Polacy w
Instytucie") artykuł w tygodniku "Wprost", wywołały debatę zataczającą
coraz szersze kręgi. Artykuł, w którym mianem kolaborantów określono ludzi zaangażowanych
w działalność konspiracyjną, m. in. w tworzenie podziemnego uniwersytetu, i
oczyszczonych po wojnie z zarzutu współpracy z okupantem, przyjęty został w środowisku
krakowskim jako oszczerczy atak na dobre imię zasłużonych uczonych. Podczas dyskusji w
auli Polskiej Akademii Umiejętności historycy krakowscy poddali krytyce także książkę
Rybickiej; niestety do Krakowa nie przyjechała ani autorka, ani prof. Marian
Wojciechowski, promotor jej pracy doktorskiej, w oparciu o którą książka powstała.
16 maja w Warszawie odbył się debaty akt drugi, tym razem z udziałem zarówno Anetty
Rybickiej i jej promotora, jak i naukowców z kilku ośrodków, a także gości z Krakowa.
Tematem spotkania, otwartego przez prof. Włodzimierza Borodzieja (jednego z recenzentów
doktoratu Rybickiej), miały być postawy Polaków pod okupacją niemiecką. Dyskusja
jednak biegła meandrami - pomiędzy snuciem odległych analogii, np. z sytuacją w
Protektoracie Czech i Moraw czy na brytyjskich Wyspach Normandzkich zajętych przez Niemców,
a bardzo emocjonalnym starciem, w którym stronami byli prof. Tadeusz Ulewicz (podczas
wojny zatrudniony w Instytucie) i prof. Wojciechowski.
Publikujemy polemikę Aleksandra Litewki z niektórymi tezami Rybickiej, a także
wypowiedzi Marcina Kuli, Pawła Machcewicza i Andrzeja Paczkowskiego poświęcone szerszej
kwestii, jaką jest określenie granic pojęcia kolaboracji i ocena postaw społecznych w
sytuacji zniewolenia. Wkrótce - kolejne głosy; do dyskusji zapraszamy także Czytelników. |
|
Współpracą Polaków z nazistami mieli jakoby sterować dwaj profesorowie: historyk Władysław
Semkowicz i polonista Mieczysław Małecki. Semkowicz to dla Rybickiej zdeklarowany współpracownik
nazistów. Według niej "znamienne jest", że o wypuszczenie polskiego profesora
z Sachsenhausen zabiegali niemieccy historycy, w tym dwaj związani z Instytutem. Czyżby
uznała, że przetrzymywany w obozie jako wróg Niemiec Semkowicz w gruncie rzeczy był
ich człowiekiem i nie był wrogiem nazizmu, jak go przedstawił na gestapo jeden z
interweniujących Niemców?
Prawdziwe przyczyny owych interwencji to rozpaczliwe zabiegi żony profesora oraz
mimowolny szacunek niemieckich historyków dla autorytetu Semkowicza. Po wypuszczeniu z
kacetu Semkowicz przez całą okupację meldował się na gestapo kilka razy w tygodniu.
Pracę znalazł w archiwum krakowskim, o czym sam mówił po wojnie i na co są dowody w
aktach Archiwum Państwowego w Krakowie. Semkowicz z powodu braku etatów w archiwum był
- od 1 kwietnia 1941 r. - przez rok zatrudniony czysto formalnie w Ost-Institut.
Przytaczana przez Rybicką z dezaprobatą, zawarta trzy dni wcześniej umowa profesora z
Instytutem o wykonanie indeksu średniowiecznego mieszczaństwa krakowskiego zawiera jego
zobowiązanie do składania sprawozdań nie tylko formalnemu przełożonemu w Instytucie,
ale również dyrektorowi archiwów w Generalnym Gubernatorstwie (Krakauer Staatsarchiv)
dr Erichowi Randtowi. Właśnie to jest potwierdzeniem ciągłości jego zatrudnienia w
archiwum krakowskim.
Wykonywaną formalnie pracę nad indeksem mieszczan kontynuowali potem młodsi polscy
historycy, zręcznie ukrywający prawdziwe wyniki prac i dostarczający Niemcom bezwartościowe
wypisy. Mówił o tym w obszernie cytowanej przez Rybicką wypowiedzi Józef Mitkowski.
Opisywanej przez niego pracy nad indeksem nie potrafiła ona skojarzyć z umową podpisaną
przez Semkowicza, który po wojnie zeznał, że utworzył w Instytucie "zespół własnych
uczniów, pracujących pod jego kontrolą i odpowiedzialnością w tajnym kole
konspiracyjnej pracy naukowej oraz w akcji sabotażowej wobec Instytutu". Pochodzące
ze źródeł niemieckich "rewelacje" Rybickiej, że Niemcy liczyli się z jego
zdaniem przy doborze polskich historyków do Instytutu, nie przeczą temu zeznaniu. Wprost
przeciwnie. Józef Mitkowski opracowywał w tym czasie konspiracyjnie w Bibliotece
Jagiellońskiej kartotekę poloników w zbiorach niemieckich; ten sam Mitkowski, któremu
Niemcy zamordowali najbliższych, mąż Ireny Modelskiej-Mitkowskiej, której brat również
zginął, a której zeznania Rybicka uznaje za nieistotne. Mitkowski potajemnie zbierał
także w Bibliotece Jagiellońskiej materiały do dziejów Pomorza Zachodniego, oczywiście
w tajemnicy przed Niemcami. Mitkowscy wstąpili do Instytutu Zachodniego, którego
krakowski oddział mieścił się w mieszkaniu Mariana i Marii Friedbergów, gorących
patriotów, serdecznych przyjaciół Zygmunta Wojciechowskiego, założyciela tegoż
Instytutu. Państwo Friedbergowie, którzy uważali moją żonę i mnie za swoich przyjaciół,
przed laty opowiadali nam o tym i o akcesie do Instytutu Zachodniego także Olgi Łaszczyńskiej,
podobnie jak Mitkowscy uczennicy Semkowicza, zatrudnionej w sekcji historycznej
niemieckiego Instytutu. Rybicka wspomina o przystąpieniu Łaszczyńskiej do
konspiracyjnego Instytutu Zachodniego, nie wie jednak, co robić z tą wiedzą, psującą
wizerunek uczonej - kolaborantki.
Co powiedzieli świadkowie
Drugi obok Semkowicza "herszt kolaborantów", prof. Mieczysław Małecki,
pracował w Instytucie od marca 1941 r. Informacje o jego działalności zawarte są głównie
w aktach dochodzeń prokuratury Specjalnego Sądu Karnego w Krakowie przeciw Małeckiemu,
wszczętych po atakach reżimowej prasy na kilku profesorów krakowskich przyjętych w
1945 r. do PAU. Rybicka akta dochodzeń wykorzystała niezwykle wybiórczo, zaś prasie reżimowej
zdaje się wierzyć bez zastrzeżeń. O podłożu kampanii prasowej pisze Piotr Hübner w
znakomitej książce "Siła przeciw rozumowi... Losy Polskiej Akademii Umiejętności
w latach 1939-1989" (Kraków, 1994). Książki tej Rybicka najwyraźniej nie zna. Nie
zwraca także uwagi na gorący sprzeciw wobec nagonki, wyrażony przez niewątpliwy
autorytet moralny, jakim był ks. Ferdynand Machay.
Akta prokuratury obejmują przede wszystkim zeznania złożone w pierwszych trzech miesiącach
1946 r. przez Małeckiego i świadków przed wiceprokuratorem Specjalnego Sądu Karnego w
Krakowie Romanem Martinim (Martini znany był z dociekliwości w sprawie akt katyńskich,
co niedługo potem miał przypłacić życiem).
Z zeznań Małeckiego wynika, że - po wypuszczeniu z Dachau w grudniu 1940 r. - starał
się bezskutecznie o dostęp do książek i zatrudnienie w Bibliotece Jagiellońskiej.
Niemcy kierujący Jagiellonką zaproponowali mu pracę w Ost-Institut, co dałoby mu dostęp
do księgozbioru. Była to "propozycja nie do odrzucenia", bo okupanci upodobali
sobie zatrudnienie profesora przy słowniku niemieckich zapożyczeń w polszczyźnie. Byli
natarczywi, nachodzili Małeckiego w domu, wreszcie wezwali go na rozmowę. Prof. Małecki
zasłaniając się wyczerpaniem poobozowym poprosił o kilka dni do namysłu. Po tej
rozmowie zwrócił się o opinię w tej sprawie do prezesa Polskiej Akademii Umiejętności
Stanisława Kutrzeby i rektora tajnego Uniwersytetu Jagiellońskiego Władysława Szafera.
Ci polecili mu przyjąć ofertę z misją zajęcia się zbiorami naukowymi oraz polskim
personelem pracującym już w Instytucie, przeniknięcia zamierzeń Instytutu i w miarę
możności paraliżowania posunięć niemieckich.
Po wojnie Małecki zeznawał, jak realizował te zadania. Zeznania te w pełni potwierdził
prof. Szafer. Zdaniem innych świadków praca Małeckiego nad zleconym mu przez Instytut słownikiem
była pozorowana. Powiedzieli oni też, że zaraz po wyjściu z obozu przystąpił on do
tajnego komitetu spisko-orawskiego, a potem kierował niebezpieczną akcją na Spiszu i
Orawie, przy wykorzystaniu legitymacji niemieckiego Instytutu, a także, że był jednym z
organizatorów tajnego uniwersytetu i pomyślnie prowadził swą działalność, korzystając
nawet z pomieszczeń Instytutu. Dwaj docenci: historyk Henryk Barycz i chemik Jan Moszew
przypomnieli, jak Małecki uchronił ich przed pracą w Instytucie.
Pułapki uproszczeń
W jaki sposób przedstawiła wszystkie te sprawy Anetta Rybicka? Opierając się ponoć na
zeznaniach Małeckiego mówi o jego prostej, ułatwionej przez Niemców, drodze do
Ost-Institut, "niemal zaraz po powrocie z Dachau 21 XII 1940 r.". Powołując się
na źródła niemieckie twierdzi, że Małecki zajmował się także publikacją o wpływach
niemieckich na góralszczyznę. "Pierwsza część, traktowana na razie jako wstęp,
została oceniona jako ausgezeichnet (wybitna - AL)". Rybicka stwierdziła też, bez
podania źródła, że Małecki świadczył "niemałe usługi na rzecz sekcji
rasowej" zajmującej się góralszczyzną.
Jak więc to możliwe, że po roku tak owocnej współpracy w publikacji o góralach
podhalańskich pracownik sekcji rasowej Anton Plügel powołał się tylko na ustalenia Małeckiego
zawarte w pracy wydanej 12 lat przed wojną w PAU? Wyjaśnienie jest proste: ów wysoko
oceniany przez Niemców wstęp był tłumaczeniem przedwojennej pracy Małeckiego, jego
studia nad góralszczyzną w Instytucie były pozorowane, a wyjazdy w teren miały całkiem
odmienne cele, niż przewidzieli Niemcy. Niestety, Rybicka nie umie, lub nie chce, tych
powiązań rozszyfrować, ukrywa też przed czytelnikiem niemal wszystkie zeznania świadków,
z tekstu obejmującego kilkadziesiąt stron pozostawiając dwa krótkie zdania. Z zeznań
prof. Stanisława Leszczyckiego, współpracującego z Małeckim w komitecie
spisko-orawskim, pozostawiła informację o odmowie przez niego pracy w Instytucie. W sposób
obrzydliwy potraktowała zeznania Moszewa, który znalazł się w Instytucie przez
nieporozumienie. Niezadowolony z takiego obrotu rzeczy prosił o radę swojego profesora,
który uspokajał go mówiąc, że chemia jest dyscypliną ściśle fachową i praca
Moszewa w Instytucie "nie może przynieść szkody interesom Państwa i Narodu".
Moszewa to nie przekonało i odszedł z Instytutu za radą Szafera i Małeckiego. W
interpretacji Rybickiej to Moszew uznał, że jego praca jest nieszkodliwa dla interesów
narodowych i "w ten sposób liczba Polaków "nic nie robiących" na rzecz
Niemców urosła w Instytucie do 150 osób!". Niezależnie od znieważenia pamięci
nieżyjącego chemika, autorka stosuje tu niedopuszczalne uogólnienie.
Komu wierzy autorka?
W innym miejscu Rybicka pisze, że Niemcy zabiegali usilnie o zatrudnienie w Instytucie światowej
sławy matematyka i logika Jana Łukasiewicza. Jedynym źródłem tej informacji jest
niedatowany list niemieckiego profesora, w którym autor określa Łukasiewicza jako człowieka
nastawionego antybolszewicko, antysemicko i przyjaźnie do Niemców. Łukasiewicz w
Instytucie się nie znalazł, może nawet nie wiedział o planach niemieckich, może nie
chciał, może Niemcy zrezygnowali ze swego zamiaru, może był to tylko pomysł owego
niemieckiego profesora? Autorka książki nawet nie próbuje tego wyjaśnić, choć
powinna, skoro o tym pisze, rzucając przy okazji - ot tak sobie - cień na pamięć
wielkiego uczonego.
Takich uproszczeń jest więcej, np. zachowany w aktach niemieckich życzliwy list
polskiej tłumaczki do niemieckiego pracownika Instytutu jest dla niej dowodem na to, że
tak się zachowywali wszyscy pracujący tam Polacy. W omawianym rozdziale książki
znajdują się też zmanipulowane cytaty, a także nie poparte dowodami poważne zarzuty
pod adresem Polaków pracujących w Instytucie i rozliczających ich po wojnie korporacji
akademickich. Rybicka niemal zupełnie pominęła problematykę tajnego Uniwersytetu
Jagiellońskiego, bez której trudno zrozumieć działania wielu polskich pracowników
Ost-Institut.
W podsumowaniu dochodzeń wiceprokurator Martini oczyścił Małeckiego z wszystkich
stawianych mu zarzutów. Podsumowanie to zawarte jest na pięciu stronach końcowego pisma
prokuratora Specjalnego Sądu Karnego w Krakowie do Ministerstwa Sprawiedliwości. Na
ostatniej, szóstej stronie wbrew swojemu zastępcy szef prokuratury sugerował pociągnięcie
Małeckiego do odpowiedzialności sądowej, kłamliwie twierdząc, że w ostatniej chwili
dowiedział się o pomocy Małeckiego i kilku innych naukowców w przygotowaniu
niemieckiej publikacji o antysemickim charakterze i gołosłownie przecząc zeznaniom o
niepoważnym charakterze pracy Małeckiego nad słownikiem niemieckich zapożyczeń.
Warszawa "nie kupiła" tego i poleciła umorzenie sprawy. Tymczasem Rybicka
obszernie cytuje jedynie tę nieprzychylną Małeckiemu końcową część pisma
prokuratora, głuchym milczeniem zbywając poprzednią.
Anetta Rybicka gołosłownie stwierdza, że Polacy w Ost-Institut nie mogli pozorować
pracy, bo poddani byli ścisłej kontroli ze strony Niemców. Co innego mówią jednak źródła,
choćby relacja Stanisława Urbańczyka w "Ne cedat Academia" (Kraków 1975, s.
92). Rybicka sama przyznaje, że Niemcy w Instytucie nie zdziałali nic konkretnego. Czyż
właśnie nie to było dziełem Polaków?
Zdaniem jednego z recenzentów pracy doktorskiej, rozdział dotyczący Polaków w
Instytucie "porusza sprawy skrzętnie dotąd pomijane w literaturze przedmiotu, odsłania
postawy ludzkie, najwyraźniej uznane już w czasie okupacji za wstydliwe czy nawet
haniebne i może (powinien) zaowocować dyskusją historyków podobną do tej, jaka
przetoczyła się w ostatnich latach przez środowisko aktorskie". W rzeczywistości
jednak ten rozdział łączy nieudolność warsztatową z tendencyjnością wniosków, nie
mówiąc o języku, który mógłby zainteresować profesora Michała Głowińskiego.
Dyskusja historyków zaś jest niewątpliwie potrzebna. Ale u jej podstaw musi stać
naukowa uczciwość i przestrzeganie zasady sine ira et studio.
Aleksander Litewka jest historykiem zajmującym się głównie dziejami Krakowa po II wojnie. Kustosz Archiwum Państwowego
w Krakowie, kierownik sekcji ewidencji i informacji.
|