dotb.gif

„TP”, Nr 21 (2811), 25 maja 2003, http://www2.tygodnik.com.pl/tp/2811/komentarze.php


Komentarze

Krzysztof Burnetko
Niereformowalne

Pytanie jest stare: czy w państwie to instytucje kształtują ludzi, czy ludzie instytucje?

Ale czy można się łudzić, że skoro funkcję Prokuratora Generalnego (czyli zwierzchnika wszystkich innych prokuratorów) pełni minister sprawiedliwości (a więc polityk), to nagle zapomni on o swych partyjnych powiązaniach? Że to niemożliwe, pokazuje historia Prokuratorów Generalnych-ministrów sprawiedliwości III RP: niemal wszyscy używali swej władzy do wspierania interesów macierzystych formacji politycznych - kosztem prawa, co w tym przypadku jest szczególnie demoralizujące. Że to niemożliwe, potwierdza też zachowanie prokuratora-ministra Grzegorza Kurczuka w aferze Rywina.

I czy można sądzić, że skoro Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji formowana jest wedle czysto partyjnego mechanizmu i od lat wedle takiegoż czysto politycznego mechanizmu mianuje władze polskich mediów publicznych - a w procederze tym od początku biorą udział wszystkie wpływowe siły polityczne kraju, to nagle z tą tradycją zerwie? Że nie, dowodzi wybór do 17 rad nadzorczych regionalnych rozgłośni Polskiego Radia - nawet po wstrząsie afery Rywina - kolejnego zastępu partyjnych kolesiów i znajomych (tym razem w większości powiązanych z SLD i PSL, bo taki jest akurat układ sił w KRRiTV).

Nie trzeba więc nawet rozstrzygać zasadniczego pytania, by stwierdzić, że przynajmniej w przypadkach tych dwóch instytucji polskiego życia publicznego wiara w ludzi się nie sprawdza - trzeba więc zmienić mechanizmy. Tyle że postulaty takie padają od dawna, a odpowiedzią jest najwyżej banał, że polityczne powiązania i tak mają dziś wszyscy.



Patrycja Bukalska
Dreszczowiec z kawiarnią w tle

Był początek maja, gdy w wiejskim kościółku w Lendaku na słowackim Spiszu obok gospodyń w tradycyjnych strojach zjawił się nagle premier Mikulasz Dzurinda, aby po Mszy wezwać obecnych, by wzięli udział w referendum w sprawie przystąpienia Słowacji do UE. Trudno powiedzieć, czy apel premiera tak podziałał na mieszkańców tego górskiego, graniczącego z Polską regionu, ale faktem jest, że właśnie tam frekwencja w miniony piątek i sobotę (16-17 maja) była najwyższa na całej Słowacji: ponad 75 proc. Właśnie frekwencja była na Słowacji największym problemem: żeby referendum było ważne, musiało wziąć w nim udział ponad 50 proc. uprawnionych. A to się jeszcze nigdy na Słowacji nie udało, choć referendów od 1989 r. było tam kilka. Obawy zwolenników Unii były uzasadnione: ostatecznie zagłosowało tylko 52 proc. Słowaków i choć wynik był oczywisty (ponad 92 proc. za Unią), to jeszcze na dwie godziny przed zamknięciem urn nic nie było pewne. Co prawda nawet gdyby referendum skończyło się fiaskiem, o wejściu do Unii mógłby zdecydować parlament (a za członkostwem opowiadają się wszystkie partie w parlamencie) i Słowacja i tak stałaby się członkiem UE.

Odbyłoby się to jednak w innej atmosferze - i dlatego przebieg głosowania przypominał polityczny dreszczowiec. Gdy po pierwszym dniu frekwencja wydawała się za niska, prezydent, premier i przewodniczący parlamentu naruszyli ciszę wyborczą i przez media zaczęli wzywać do pójścia do urn. "Te apele brzmiały jak powstańcze radio w Warszawie w 1944 roku" - żartował pewien znajomy z Bratysławy. Apele o udział w referendum przez ostatnie godziny powtarzały wszystkie telewizje i radia, publiczne i komercyjne, przerywając nimi program co kilka minut. Teraz Słowacy mogą powiedzieć, że sami zdecydowali o swym losie. Co jest istotne także dlatego, że poprzednią kluczową decyzję - o rozpadzie Czechosłowacji - podjęli w 1992 r. nie obywatele, lecz politycy.

Dla Polski słowacki wynik to jednak także ostrzeżenie - tym bardziej, że Unia cieszy się na Słowacji większym poparciem niż u nas. Ostrożne, ale jasne poparcie wyrazili biskupi: "Jednym ze sposobów, jakimi Bóg daje nam poznać swoją wolę, są "znaki czasu". Takim wyraźnym znakiem naszego czasu, który dotyczy nas wszystkich, jest proces rozszerzenia UE" - czytaliśmy w liście pasterskim, wydanym jeszcze jesienią ub.r.

Na słowacki sukces zapracowali jednak głównie politycy, którzy na chwilę zapomnieli o różnicach i osobistych animozjach i zgodnie wzywali do głosowania. W ostatnim dniu kampanii na spacer po starej Bratysławie na kawę i ciastka poszli razem przywódcy wszystkich partii parlamentarnych. Siedzący nad kawą obok premiera Dzurindy eks-premier Vladimir Mecziar - z winy którego Słowacja nie weszła do NATO już w 1999 r. i z opóźnieniem zaczęła negocjacje z Unią - był znakiem, że to już inne czasy, inna Słowacja i inna Europa.



Wojciech Pięciak
Dramat Konga, bezsilność ONZ

Trwające 12 lat bezskuteczne zabiegi ONZ wokół Iraku - oraz wojna, która bez mandatu Rady Bezpieczeństwa rozwiązała problem Husajna - pokazały po raz kolejny, że prawo międzynarodowe nie nadąża za takimi wyzwaniami, jak zagrażający własnym narodom i otoczeniu dyktatorzy oraz "pozarządowy" terroryzm. Ale konstatacja tego faktu to jedno, a wyciągnięcie wniosków - to już coś zupełnie innego. Zmiana prawa międzynarodowego, np. przez ulepszenie Karty ONZ, jest dziś mało realna. Co pozostaje, to nowe interpretacje istniejącego porządku prawnego. Tak było w przypadku Bałkanów, Timoru czy Iraku - sytuacje te doprowadziły do przyjęcia założenia, że również konflikty wewnątrz państw, łamanie praw człowieka czy posiadanie broni ABC przez "państwa bandyckie" mogą być zagrożeniem dla pokoju światowego i mogą uzasadnić międzynarodową interwencję. Nie tylko humanitarną, jak w Kosowie, ale też mającą charakter "obrony prewencyjnej", jak teraz w Iraku - przynajmniej w interpretacji krajów, które wojnę tę popierały.

Precedensy te, prócz skutków praktycznych (pokój na Bałkanach, obalenie Miloševicia i Husajna), wywołały żywą dyskusję prawników, czy i jak należy zmieniać prawo międzynarodowe. Nie zmieniły jednak niepisanej zasady, że w sytuacji konfliktu między dwoma normami - zakaz użycia siły kontra ludobójstwo - najwięcej zależy nie od ONZ, ale od państw i ich woli. Jeśli jej brakuje, nie pomogą rezolucje. Ostatni dowód to trwające od kilku tygodni masakry we wschodnich prowincjach Kongo. Tam, w regionie Ituri, w cieniu sporów o wojnę w Iraku, zaczyna realizować się scenariusz znany z Rwandy i Bośni: coraz bardziej chaotyczna wojna domowa, setki tysięcy uchodźców szukających schronienia wokół obozów wojsk ONZ, kolejne tysiące mordowanych kobiet i dzieci, niemal na oczach kilkuset bezczynnych ONZ-owskich żołnierzy z Urugwaju, którzy (tak twierdzą nieliczni dziennikarze, obecni na miejscu) jawnie gardzą "czarnuchami" i, nie znając realiów, czasem... pomagają niechcący milicjom plemiennym; prezydent sąsiedniej Ugandy nazwał ich "niebezpiecznymi turystami". Dopiero w minionym tygodniu Kofi Annan obudził się i wezwał Radę Bezpieczeństwa do posłania tam nowych, silniejszych wojsk pokojowych.

Czy do tego dojdzie, wolno wątpić: jedynie Francja wyraziła wolę udziału w interwencji (choć siłą jednego skromnego batalionu). To jednak oznaczałoby nie misję pokojową, lecz bojową, czyli Irak-bis - część uczestników kongijskiej wojny domowej, trwającej od 1998 r., uważa Francuzów za protektorów swych wrogów i pamięta niechlubną rolę odegraną w Rwandzie w latach 90. przez Legię Cudzoziemską. Na operację zbrojną w Kongu - oznaczającą afrykańską wersję proamerykańskiej "koalicji chętnych" - nie będzie jednak zapewne mandatu ONZ. Będzie za to Rwanda-bis: katoliccy misjonarze z Ituri alarmują, że groźba ludobójstwa porównywalnego z tym w Rwandzie w 1994 r. jest coraz bliżej.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl