|
„TP”, Nr 21 (2811), 25 maja 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2811/felpodsiadlo.php
"Nie myślcie, że wasze dzieci nie rzyją"
Jacek Podsiadło
Boję się tematu, którego chcę dotknąć. Wiem, że mnie przerasta. Ale kogo nie
przerasta? Cytat z Pippi służący tu za tytuł "chodził za mną" od dawna,
ale dopiero niedawno zrobiło się głośno o "Pokoju syna" Morettiego, a kilka
dni temu telewizja przypomniała w rocznicowej emisji stary dokument o śmierci Grzegorza
Przemyka. Dawni znajomi wspominali tam jego i jego rodziców, i jedna z koleżanek
Grzegorza napomknęła o swojej reakcji na wiadomość o śmierci Barbary Sadowskiej,
ledwie trzy lata późniejszej od śmierci syna. Powiedziała, że wcale się wówczas nie
zdziwiła tą wiadomością, że śmierć matki wydała jej się wręcz naturalną
konsekwencją śmierci dziecka. Od razu pomyślałem, że to babskie bajdurzenie -
Sadowska zmarła na raka, a rak nie wybiera między dotkniętymi tragedią i nie. I oto w
dwa dni później trafiam na notkę PAP-u, która po raz kolejny udowadnia, że temat mnie
przerasta, nawet w kwestii zasadniczej wiedzy o nim. Pismo "The Lancet" podało
wyniki badań przeprowadzonych w Danii na dwudziestu jeden tysiącach rodziców, których
dzieci zmarły, i porównało je z danymi o trzystu tysiącach rodziców, których dzieci
żyją. "U kobiet, które straciły dzieci, większe jest prawdopodobieństwo popełnienia
samobójstwa, śmierci wskutek wypadku, a nawet choroby - niż wśród innych matek.
Zjawisko to dotyczy także mężczyzn, ale w mniejszym stopniu. (...) Kobiety, które
straciły dzieci, cztery razy częściej miały skłonności samobójcze w ciągu czterech
lat po śmierci potomstwa. Po tym czasie zagrożenie zmniejsza się, ale ryzyko wciąż
pozostaje dwa razy większe niż u innych kobiet. Ponadto matki, które straciły dzieci,
są o 44 procent bardziej zagrożone chorobami serca oraz nowotworem".
Szczerze podziwiam ludzi mających odwagę stać blisko, kiedy śmierć zbiera żniwo także
wśród dzieci. Tych, którzy pracują z nieuleczalnie chorymi maluchami w hospicjach i
tych, którzy próbują wspierać osieroconych rodziców; również tych, których stać
było na zmierzenie się choćby za pomocą statystyk z takim nieszczęściem pomnożonym
przez dwadzieścia jeden tysięcy. Tymczasem dzieci najczęściej nic sobie nie robią ze
śmierci, nawet jeśli w jakiś sposób się z nią stykają, na ogół przekracza to ich
możliwości pojmowania. "Temat" dziecięcej śmierci przerasta chyba także
Pippi, która postanowiła nigdy nie dorosnąć. Jak zauważają Jřrgen Gaare i řystein
Sjaastad w "Pippi i Sokratesie", "Prawdziwe dzieci wiedzą, że fikcyjne
dzieci w świecie Astrid Lindgren znajdują się pod ochroną samej pisarki. Dlatego mogą
oddać się temu, co groźne, złe i straszne, bez paraliżującej rozpaczy i lęku".
I jeśli Pippi mówi o śmierci, to jako o zjawisku spoza ich dziecinnego świata, często
wykorzystując przemilczenie (na wzór dziadziusia dzieci z Bullerbyn, który, poproszony
przez wnuczkę o złożenie obietnicy, że nigdy nie umrze, "nie odpowiedział na to,
poklepał tylko Annę po policzku i powiedział: - Moja mała! Moja mała!") lub
komiczny aspekt śmierci. Ten ostatni przypadek ma miejsce na przykład, kiedy Pippi,
Annika i Tommy wybierają się właśnie na groźną i ryzykowną wyprawę, podczas której
ich życie będzie wisiało na włosku. Wykorzystują wyjazd państwa Settergren na dwa
dni i płyną na bezludną wyspę na jeziorze w celu rozbicia się podczas wymyślonego
sztormu, cudownego uratowania się z topieli, a następnie życia jako rozbitkowie pośród
dzikich zwierząt i strasznych ludożerców. To wtedy Pippi rzuca lekkim tonem: "Co z
tego, że zostalibyśmy uratowani od zatonięcia, gdyby nas ludożercy mieli podać z
duszonymi jarzynkami na obiad".
Spokojnie, wszystko się zgadza. Ja też się zdziwiłem, że na bezludnej wyspie są ludożercy,
ale po przemyśleniu sprawy pojąłem, że wyspa właśnie dlatego jest bezludna, że
tamtejsi ludożercy są naprawdę straszliwie ludożerczy.
Wszystko skończy się dobrze, od razu to mówię, ale państwo Settergren wracają do
domu pół godziny przed powrotem dzieci. Co prawda znajdują w skrzynce uspokajający liścik
od Pippi, która wszystko przewidziała, ale i tak musi to być straszne pół godziny, i
pewnie dlatego nie poświęca się mu więcej niż pół zdania. Cóż, lęk dorosłych o
dzieci nie jest fikcyjny jak lęk dzieci przed ludożercami. Domyślamy się, że jest to
pół godziny strachu przed utratą dzieci.
Wydaje się, że rodzicom, którzy utracili dzieci, wolno niemal wszystko. Wszystko, co może
im przynieść ukojenie, czy raczej jego złudę, jest subiektywnie dobre. Potwierdza to
Jacek Salij opisujący w tekście "Wybierajmy życie" spotkania z takimi
rodzicami: "Kiedyś przyszła do mnie matka, której dziecko umierało. Potrzebowała
nie tyle rozmowy, co chciała "wybluźnić się" przeciwko Panu Bogu. Nie próbowałem
jej powstrzymywać, a tym bardziej nie chciałem się wymądrzać. Bluźniła strasznie -
jaki ten Pan Bóg okrutny... I może wyczuła, że jej nawet odrobinę nie potępiam, bo
kiedy już tę całą flegmę z siebie wyrzuciła, to sama zaczęła mówić bardzo mądre
i głębokie rzeczy (...). Okazuje się, że w niej samej była prawda i pociecha wiary na
tę straszną sytuację. Jedyne, co ja zrobiłem, to swoim milczącym i nie aprobującym
jej bluźnierstw współczuciem pomogłem jej wyciszyć się".
Jak zawsze w takich razach myśl biegnie zaraz ku tym, którym "prawda i pociecha
wiary" nie zostały dane. Ale gdy idzie o istoty tak niewinne jak dzieci, i oni skłonniejsi
są uwierzyć w "jakiś raj" dla swoich aniołków, choćby całkiem mały, choćby
wymyślony. Gaare i Sjaastad piszą jeszcze o światopoglądzie Lindgren: "Przy wielu
okazjach mówiła o swoim agnostycyzmie. Jej baśnie o krainie szczęśliwości po drugiej
stronie śmierci są i pozostaną baśniami. Ale baśnie pocieszają, przynoszą ukojenie
i dodają życiowej odwagi". W jednej ze swych baśni Lindgren nazywa taką krainę
wprost Krainą, Której Nie Ma. Wszystkie historie osieroconych rodziców, z jakim się
spotkałem, mówią, że ta rana nie goi się nigdy. Że gra idzie już tylko o to, żeby
wbrew sobie "wybrać życie", znaleźć sobie pretekst do dalszego życia,
religijny, artystyczny (Kochanowski!), bądź właśnie "życiowy". Na przykład
konieczność wytrwania przy pozostałych dzieciach, choć wciąż nie rozumiem zadośćuczynienia
Hiobowi, któremu Bóg zabrał dziesięcioro dzieci, a potem dał dziesięć nowych. Żeby
chociaż zająć czymś myśli, żeby nie myśleć wciąż o tych, którzy już nie żyją.
W filmie Morettiego okazję do wyimaginowanego "powrotu syna" daje jego rodzicom
spotkanie z dziewczyną, z którą przeżył jeden piękny wakacyjny dzień, i jej chłopakiem.
Dlatego być może szczęśliwi w nieszczęściu ci, którzy znajdują pociechę w wierze,
w baśni, irracjonalnym wyobrażeniu czy nawet w bluźnierstwie. Którzy znajdują jakiś
"list od Pippi", w którym może być prawda, może też być zmyślenie, ale i
ono lepsze jest od chwil, kiedy nie ma Nic.
A właśnie, trzeba zajrzeć do tego listu. "Nie myślcie, że wasze dzieci nie rzyją
albo przepadły na zawsze. Fcale tak nie jest. Tylko trochę im się łuć rozbiła, ale
niedługo wrucą do domu, przysięgam".
Jacek Podsiadło
skr. poczt. 32, 45-076 Opole1
podsiadlo@atol.com.pl
© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl
|