dotb.gif

„TP”, Nr 21 (2811), 25 maja 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2811/felhennel.php




Pytanie o wspólnotę

Józefa Hennelowa


Zadaje to pytanie Zygmunt Kubiak pod koniec swojej rozmowy z Michałem Bardelem w majowym numerze "Znaku": "Czy da się zbudować coś takiego jak wspólnota polska? W Polsce wciąż jeszcze istnieje bardzo wyraźny podział na warstwę wyższą i warstwę niższą. Na tym mogą pasożytować rozmaici demagogowie, na tym już teraz pasożytują różne partie. Ale ten podział jest rzeczywisty. (...) Polska jest bardziej podzielona społecznie niż Baskowie i Hiszpanie. Ci, co żyją w Krakowie czy Warszawie i jeżdżą zagranicę, należą do zupełnie innego świata niż mieszkańcy Lubawy, Nieszawy czy Sandomierza...".

Niedawno jeden z tygodników zamieścił materiał sygnalizujący zjawisko rosnącej lawinowo nietrwałości związków małżeńskich. Tak to w każdym razie widział autor i mniemam, że swój przekaz traktował jako ostrzeżenie. Ale diagnoza ilustrowana była wyłącznie przykładami ze świata biznesu i rozrywki. Nazwiskami, zdjęciami, wypowiedziami. Tak jakby te wąziutkie środowiska to był rzeczywisty miernik czegokolwiek. Czytelnik pozostawał w niepewności: traktować opis jako słusznie symboliczny czy tylko jako ciekawostkę, w dodatku ubarwioną kolorami, a więc raczej pozbawioną charakteru ostrzegawczego. Trochę tak jak w serialach, najpopularniejszej rozrywce dla mas, gdzie bohaterowie nasi powszedni niemal nigdy nie zastanawiają się, czy na coś nie zabraknie im pieniędzy. Ale serial pisany jest specjalnie po to, by odbiorcy choć przez pół godziny dziennie myśleli, że życie jest łatwe i przyjemne. A potem koło się zaczyna zamykać i życie z ekranu czy ilustrowanego pisma staje się z jednej strony miernikiem rzeczywistości, a z drugiej strony wzorcem pragnień i apetytów. I wtedy zasłużony wychowawca trudnej młodzieży, jak ksiądz Augustyński od "Siemachy", wyznaje reporterce "Tygodnika" (vide nr poprzedni), że jednym z bodźców, po które sięga w swojej pracy, bywa właśnie umożliwianie wychowankom kosztowania świata marzeń, także i konsumpcyjnych: wycieczka zagraniczna, ekstremalne sporty, snobistyczne menu wspólnie szykowanego przyjęcia. Tylko czy to jest naprawdę droga do jakiejkolwiek wspólnoty?

Tygodnik "Newsweek" przyznał ostatnio główną nagrodę w dziedzinie literatury faktu wspaniałej książce Anny Sobolewskiej "Cela" (podtytuł: "Odpowiedź na zespół Downa"). O "Celi" napisano już bardzo wiele i wiem, jak wielu ludziom pomogła ona w ich własnych rodzinnych dramatach. Ale pośrednio książka pokazuje jeszcze jedno - świadomie czy nie, to nieważne: uświadamia mianowicie, jak nieporównanie cięższa jest ta sama sytuacja rodziców z dzieckiem specjalnej troski w warunkach zupełnie odmiennych niż opisywane przez autorkę - gdzieś na głuchej prowincji, z dala od wszelkich pomocnych środowisk, i kiedy rodzice ani nie radzą sobie materialnie, ani nie są uzbrojeni we własne przymioty duchowe i umysłowe tak hojnie jak rodzice Celi. Trudno o lepszą ilustrację tego, o czym mówi Zygmunt Kubiak - to są inne światy. Wiem, że są wspaniali ludzie, którzy temu starają się przeciwdziałać, ale to kropla w morzu potrzeb.

Myślę również, że ostatnia "awantura" o telewizyjną i radiową reklamę "pierwszej komórki", w wyniku czego z ekranu spot zdążył już zniknąć, wywołana była nie tylko szokującym brakiem dobrego smaku producenta, decydującego się na zestawianie uroczystości komunijnej i owej komórki właśnie. W tle, może w podświadomości protestujących był także dyskomfort poczucia, że przecież tylko mała część polskiej społeczności dzieci pierwszokomunijnych obraca się tak swobodnie w kręgu luksusowych prezentów, do których "komórka" tylko dołączyła, bo przedtem były już i rowery górskie, i komputery, i nie wiem co jeszcze. I może warto choćby z tej okazji zmobilizować się do głębszej rewolucji w sprawie tej tak ważnej uroczystości religijnej i zmienić cos zasadniczego w owej rozdętej do nieprawdopodobnych rozmiarów materialnej stronie święta. Kiedy matka dziewięciorga dzieci przychodzi do redakcji po pomoc, bo właśnie pierwsza komunia dwóch synów, a obowiązkowa tunika dla dziecka (Bogu dzięki już nie stroje dowolne i nie rywalizacja we wspaniałości) kosztuje 160 zł (razy dwa!), to mam poczucie, że coś dalej nie jest w porządku. I że nie producenci gadżetów są tu najbardziej winni.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl