|
Pytanie o wspólnotę
Józefa Hennelowa
Zadaje to pytanie Zygmunt Kubiak pod koniec swojej rozmowy z Michałem Bardelem w majowym
numerze "Znaku": "Czy da się zbudować coś takiego jak wspólnota polska?
W Polsce wciąż jeszcze istnieje bardzo wyraźny podział na warstwę wyższą i warstwę
niższą. Na tym mogą pasożytować rozmaici demagogowie, na tym już teraz pasożytują
różne partie. Ale ten podział jest rzeczywisty. (...) Polska jest bardziej podzielona
społecznie niż Baskowie i Hiszpanie. Ci, co żyją w Krakowie czy Warszawie i jeżdżą
zagranicę, należą do zupełnie innego świata niż mieszkańcy Lubawy, Nieszawy czy
Sandomierza...".
Niedawno jeden z tygodników zamieścił materiał sygnalizujący zjawisko rosnącej
lawinowo nietrwałości związków małżeńskich. Tak to w każdym razie widział autor i
mniemam, że swój przekaz traktował jako ostrzeżenie. Ale diagnoza ilustrowana była wyłącznie
przykładami ze świata biznesu i rozrywki. Nazwiskami, zdjęciami, wypowiedziami. Tak
jakby te wąziutkie środowiska to był rzeczywisty miernik czegokolwiek. Czytelnik
pozostawał w niepewności: traktować opis jako słusznie symboliczny czy tylko jako
ciekawostkę, w dodatku ubarwioną kolorami, a więc raczej pozbawioną charakteru
ostrzegawczego. Trochę tak jak w serialach, najpopularniejszej rozrywce dla mas, gdzie
bohaterowie nasi powszedni niemal nigdy nie zastanawiają się, czy na coś nie zabraknie
im pieniędzy. Ale serial pisany jest specjalnie po to, by odbiorcy choć przez pół
godziny dziennie myśleli, że życie jest łatwe i przyjemne. A potem koło się zaczyna
zamykać i życie z ekranu czy ilustrowanego pisma staje się z jednej strony miernikiem
rzeczywistości, a z drugiej strony wzorcem pragnień i apetytów. I wtedy zasłużony
wychowawca trudnej młodzieży, jak ksiądz Augustyński od "Siemachy", wyznaje
reporterce "Tygodnika" (vide nr poprzedni), że jednym z bodźców, po które sięga
w swojej pracy, bywa właśnie umożliwianie wychowankom kosztowania świata marzeń, także
i konsumpcyjnych: wycieczka zagraniczna, ekstremalne sporty, snobistyczne menu wspólnie
szykowanego przyjęcia. Tylko czy to jest naprawdę droga do jakiejkolwiek wspólnoty?
Tygodnik "Newsweek" przyznał ostatnio główną nagrodę w dziedzinie
literatury faktu wspaniałej książce Anny Sobolewskiej "Cela" (podtytuł:
"Odpowiedź na zespół Downa"). O "Celi" napisano już bardzo wiele i
wiem, jak wielu ludziom pomogła ona w ich własnych rodzinnych dramatach. Ale pośrednio
książka pokazuje jeszcze jedno - świadomie czy nie, to nieważne: uświadamia
mianowicie, jak nieporównanie cięższa jest ta sama sytuacja rodziców z dzieckiem
specjalnej troski w warunkach zupełnie odmiennych niż opisywane przez autorkę - gdzieś
na głuchej prowincji, z dala od wszelkich pomocnych środowisk, i kiedy rodzice ani nie
radzą sobie materialnie, ani nie są uzbrojeni we własne przymioty duchowe i umysłowe
tak hojnie jak rodzice Celi. Trudno o lepszą ilustrację tego, o czym mówi Zygmunt
Kubiak - to są inne światy. Wiem, że są wspaniali ludzie, którzy temu starają się
przeciwdziałać, ale to kropla w morzu potrzeb.
Myślę również, że ostatnia "awantura" o telewizyjną i radiową reklamę
"pierwszej komórki", w wyniku czego z ekranu spot zdążył już zniknąć,
wywołana była nie tylko szokującym brakiem dobrego smaku producenta, decydującego się
na zestawianie uroczystości komunijnej i owej komórki właśnie. W tle, może w podświadomości
protestujących był także dyskomfort poczucia, że przecież tylko mała część
polskiej społeczności dzieci pierwszokomunijnych obraca się tak swobodnie w kręgu
luksusowych prezentów, do których "komórka" tylko dołączyła, bo przedtem
były już i rowery górskie, i komputery, i nie wiem co jeszcze. I może warto choćby z
tej okazji zmobilizować się do głębszej rewolucji w sprawie tej tak ważnej uroczystości
religijnej i zmienić cos zasadniczego w owej rozdętej do nieprawdopodobnych rozmiarów
materialnej stronie święta. Kiedy matka dziewięciorga dzieci przychodzi do redakcji po
pomoc, bo właśnie pierwsza komunia dwóch synów, a obowiązkowa tunika dla dziecka
(Bogu dzięki już nie stroje dowolne i nie rywalizacja we wspaniałości) kosztuje 160 zł
(razy dwa!), to mam poczucie, że coś dalej nie jest w porządku. I że nie producenci
gadżetów są tu najbardziej winni.
|