|
Prasa zagraniczna
Japonii droga do "normalności"
Od dziesięcioleci władze miejskie Hiroszimy angażują się w imię pokoju i rozbrojenia
na świecie z misjonarskim zapałem. Kiedy tylko któryś kraj przeprowadza test atomowy,
burmistrz Hiroszimy - obojętne, z jakiej partii - pisze list protestacyjny do władz tego
kraju (dotąd powstało 600 takich listów).
Na miasto spadła 6 sierpnia 1945 r. pierwsza bomba atomowa, zabijając kilkadziesiąt
tysięcy ludzi i skłaniając Japonię do kapitulacji (2 września; to data faktycznego
zakończenia II wojny światowej). Zarazem masakra ta (i jej skutki dla mieszkańców
Hiroszimy i Nagasaki, gdzie 8 sierpnia spadła druga bomba) ocaliła życie setek tysięcy,
jeśli nie milionów Japończyków, a także Amerykanów, którzy musieliby zginąć,
gdyby wojska USA zmuszone były zdobywać po kolei japońskie wyspy operacjami
desantowymi. W świadomości Japończyków ta kalkulacja - straszna, choć wtedy
nieunikniona - pozostaje nieobecna. Więcej: fakt, że to Japonia stała się celem
pierwszych ataków atomowych wyparł ze świadomości kolejnych pokoleń pamięć o japońskich
zbrodniach i agresywnej polityce, którą prowadziło Cesarstwo.
Mit Hiroszimy tak silnie zdominował pamięć zbiorową, że Japończycy postrzegają się
jako ofiara, a nie sprawca - pisze korespondent szwajcarskiego dziennika "NEUE ZÜRCHER
ZEITUNG" (z 8 maja). Peace Memorial Park i Muzeum Bomby Atomowej są celem obowiązkowych
wycieczek szkolnych, a dzień 6 sierpnia dominuje w programach nauczania nad innymi
wydarzeniami wojny. Minutą milczenia japońscy uczniowie czczą dzieci zabite w
Hiroszimie, którym poświęcono osobny Dziecięcy Pomnik Pokoju. Obok stoją szklane
pojemniki, w których przechowuje się tysiące tradycyjnych papierowych żurawi
wykonanych przez dzieci. I codziennie dochodzą nowe: uczniowie wykonują je ku pamięci
Sadako Sasaki, dziewczynki, która miała 2 lata w chwili wybuchu bomby. Napromieniowana,
10 lat później zachorowała na białaczkę i postanowiła zrobić tysiąc żurawi z
papieru, z przekonaniem, że jeśli uda jej się doprowadzić ambitne zadanie do końca,
przeżyje. Zdążyła zrobić 644 żurawie. Jej historia trzymała wówczas w napięciu cały
naród, a dziś jest symbolem: od tego czasu dzieci z całej Japonii przywożą do
Hiroszimy swoje żurawie.
Także po wybuchu wojny z Husajnem władze Hiroszimy posłały list protestacyjny do
Busha. Tym razem jednak rytuał nie był tak oczywisty: "przesłanie Hiroszimy",
ostoi radykalnego pacyfizmu i "mitologii ofiar", która przez dziesięciolecia
kształtowała także japońską politykę, znalazło się w sprzeczności z oficjalną
polityką: Tokio poparło działania USA w Iraku. Podobnie uczyniła Korea Południowa, a
kontekst obu decyzji jest podobny: wobec zagrożenia ze strony Korei Północnej - prowadzącej
prace nad rakietami dalekiego zasięgu i bombą atomową - oba kraje szukają oparcia w
USA.
I nie jest to incydent: zagrożenie ze strony Korei Północnej doprowadziło w ostatnich
latach do przewartościowania w japońskiej polityce, podważając nawet to, co przez pół
wieku było naczelną jej zasadą i zarazem tabu: oto coraz więcej polityków zastanawia
się nad zmianą konstytucji, której artykuł 9 zakazuje Japonii "na wieczne
czasy" używać siły do rozwiązywania sporów międzynarodowych. Burzliwa dyskusja
nad tak zasadniczą zmianą w polityce bezpieczeństwa (i samoświadomości) nabrała
tempa po tym, jak 5 lat temu Korea Północna wystrzeliła próbną rakietę balistyczną,
która przeleciała nad terytorium Japonii. W centrum dyskusji stoi nie tylko idea
zbudowania razem z USA "parasola antyrakietowego" nad Japonią, ale przyznanie
japońskiej armii większych uprawnień - w tym nawet prawa do "uderzeń
prewencyjnych", gdyby okazało się, że Korea przygotowuje się do zaatakowania
Japonii. Minister obrony, który zgłosił publicznie taki pomysł, ewentualne protesty
"zneutralizował" jedną uwagą: dziś po takim ataku Japonia - pozbawiona
rakiet konwencjonalnych dalekiego zasięgu - mogłaby jedynie sprzątać zgliszcza.
Zagraniczni eksperci wskazują przy tym, że już dziś armia japońska ("Siły
Samoobrony"), dysponująca drugim pod względem wielkości budżetem na świecie (po
USA) jest silniejsza i bardziej nowoczesna, niż wymagałaby tego obrona tylko terytorium
Japonii. Jeśli zapadną decyzje polityczne, armia już jest gotowa... Czy więc 58 lat po
Hiroszimie Japonia stanie się "normalnym" krajem, mogącym prowadzić operacje
zbrojne poza własnym terenem, jeśli uzna to za konieczne? To więcej niż prawdopodobne.
WP
|