adres: ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków
tel: (0-12) 422 25 18, 422 23 11
fax: (0-12) 421-67-31
e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl
REDAKCJA ARCHIWUM PROMOCJA REKLAMA PRENUMERATA
 
Główna strona

Nowy numer
NR 20 (2810)
18 maja 2003


  Spis treści
  Komentarze
  Obraz tygodnia
  Kronika religijna
  Liturgiczne czytania
  tygodnia

  Medytacja biblijna
  ks. Mieczysław Maliński
  Kobiety w Biblii
  Przegląd prasy krajowej
  Przeglad prasy
  zagranicznej

  Notatki
  Wśród książek
  Z płyty na płytę
  Listy
FELIETONY
  Józefa Hennelowa
  Małgorzata Musierowicz
  Ewa Szumańska
  Andrzej Dobosz
  Michał Komar
  Marcin Król
  Jacek Podsiadło
  Stanisław Lem

  Tematy miesiąca

DODATKI TEMATYCZNE

UNIA DLA CIEBIE

KSIĄŻKI W TYGODNIKU

FILM W TYGODNIKU

APOKRYF

KONTRAPUNKT


To jest strona archiwalna.

Aktualna strona internetowa "Tygodnika Powszechnego" znajduje się pod adresem www.TygodnikPowszechny.pl

Projekt, wykonanie, obsługa:
Verbanet
Wersja do druku
Napisz komentarz



Kolumb Afganistanu

Wojciech Giełżyński


Wojciech Jagielski, najwybitniejszy z odkrywców Afganistanu, jest pechowcem. Jego pech mniejszy polega na tym, że Leksykon PWN ,,Media" uczynił zeń zbitkę z innym Jagielskim z telewizora. Wedle tego prestiżowego wydawnictwa syntetyczny ów dziennikarz jest pracownikiem redakcji zagranicznej ,,Gazety Wyborczej" i zarazem prowadzi talkshow ,,Wieczór z wampirem". A były kiedyś czasy, że encyklopediom i leksykonom można było zaufać!

Pech większy polega na tym, że Wojciech Jagielski (ten prawdziwy) urodził się o kilkanaście lat za późno. Calutki rynek światowych nagród dziennikarskich zmonopolizował już Ryszard Kapuściński, który nie może nadążyć z kolekcjonowaniem laurów we wszystkich zakątkach świata, ostatnio w Asturii (nie mylić z Austrią). Nic to. Wcześniej czy później nadejdzie i dla Wojtka podobny sezon. Jego zajawką jest nagroda im. ks. Józefa Tischnera w kategorii publicystyki społecznej za książkę ,,Modlitwa o deszcz" (WAB 2002), której nie waham się nazwać reporterskim wydarzeniem ostatnich lat.

Samotność reportera

"Książkę taką jak "Modlitwa o deszcz" pisze się kosztem długich lat podwójnego życia. Rozdarcia, dziwnej schizofrenii. Kiedy spotykamy Wojtka na korytarzu redakcji, wiemy, że wraca z Afganistanu, z Zimbabwe, z Czeczenii. Rzadko zadajemy pytania - niełatwo przychodzi nam wyobrazić sobie tamten świat. (...) Krążyć pomiędzy jednym światem a drugim, to żyć podwójnym życiem, to podjąć ryzyko, że nie będzie się żyło nigdzie. Bo jeśli niełatwo z dnia na dzień trafić do okopów pod Kabulem, to równie niełatwo w dzień po powrocie zapomnieć nagle o Kabulu, usiąść za biurkiem, zrobić zakupy, iść do kina z synem.

Jest w "Modlitwie o deszcz" zdanie zaczerpnięte z Kapuścińskiego, który mówił, że losem reporterów jeżdżących po świecie jest samotność: "Piszą o tych, którzy nie czytają ich opowieści, dla tych, których mało interesują ich bohaterowie". Możemy sobie wyobrazić tę samotność, w pół drogi pomiędzy ludźmi, którzy przemykają przez linię frontu na kabulskiej ulicy, a tymi, którzy czekając na tramwaj w Warszawie przebiegną oczyma po artykule w "Gazecie Wyborczej"".
Olga Stanisławska


więcej: "TP" nr 49/2002
Radek Sikorski, który również - i to jako partyzant ponoć! - był w Afganistanie (i też napisał o nim książkę) tak skomplementował Jagielskiego: ,,Ma dociekliwość reportera, wytrwałość podróżnika, wrażliwość poety i pióro powieściopisarza". Zgadzam się co do joty. Dodałbym tylko, że Jagielski ma ogromną wiedzę o Afganistanie, zaczerpniętą nie tyle z książek o tym fascynującym kraju, co z autopsji, z ,,obserwacji uczestniczącej" afgańskiego kotła, a zwłaszcza z zażyłej znajomości z mnóstwem osób tamtejszego dramatu, co się bodaj nikomu więcej na świecie nie udało. Przede wszystkim zaufał mu sam Ahmed Szah Massud, który dla Afganistanu był jakby Piłsudskim i Guevarą zarazem.

Podkreślić tu należy, że notorycznym błędem wielu autorów prac o Afganistanie, utytułowanych literkami ,,prof." - z chlubnym wyjątkiem Jolanty Sierakowskiej-Dyndo - jest takie tego kraju traktowanie, jakby był on tylko troszkę społecznym tłem i obyczajami odmienny od państw europejskich; tych peryferyjnych, wschodnich czy bałkańskich. W istocie zaś intrygujący Afganistan - to magma; tak było zawsze, jest i chyba długo pozostanie. W tamtejszych górach buzuje kilkadziesiąt ludów i plemion, mówiących różnymi językami, które rozpadają się jeszcze na kilkaset subplemion i klanów; każde i każdy z nich ma własne interesy i aspiracje. Centralna władza w Kabulu bywa efektywna (niekiedy) tylko w Kabulu i doraźnie kontroluje jeszcze parę głównych dróg. Reszta to nieformalne niby-państewka, rywalizujące i walczące ze sobą, wchodzące w alianse w przeróżnych nietrwałych konfiguracjach. Tam nikt nawet nie słyszał, że ,,pacta sunt servanda", przeto zdrada wczorajszych sojuszników hańby nie przynosi. Rekordzista, wódz Uzbeków gen. Dostum, pięć czy sześć razy zmieniał front, co zdziwienia nie budziło, bo wiadomo: żeby utrzymać się w grze, trzeba trzymać z tym, kto wygrywa.

Portrety bezwzględnego i przebiegłego Dostuma, cwanego a brutalnego Hekmatiara, szlachetnego i oświeconego Ahmada Szaha Massuda oraz wielu komendantów z niższych pięter afgańskiej hierarchii - są frapująco plastyczne, lecz przede wszystkim wolne od grzechu jednostronności - zarówno wtedy, gdy Jagielski wynosi ich na piedestał, jak ich wtedy, gdy ich strąca w otchłań potępienia. W obfitej światowej literaturze faktu, poświęconej losom Afganistanu, nie spotkałem choćby w przybliżeniu tak celnych i sugestywnych charakterystyk tamtejszych postaci. Dotyczy to także sylwetek poprzednich władców - z komunistycznego nadania: safanduły Tarakiego, którego jego zastępca, ambitny Hafizullah Amin udusił poduszką, ale sam został zgładzony przez ludzi sowieckich, których ponoć sam wezwał na pomoc - i zastąpiony przywiezionym na czołgu Karmalem Babrakiem, leniwym pijaczyną (ten umarł śmiercią chyba naturalną w Moskwie), po którym nastał najbrutalniejszy Nadżibullah - koniec końców zmasakrowany i powieszony przez talibów.

Takie to były pokręcone czasy. A wreszcie - gdy Afganistanem rządzili pospołu mułła Omar, jednooki półanalfabeta, ale wzorowo oddany Allahowi, oraz Osama ibn Laden, arabski multimilioner, śniący o sławie pogromcy wszystkich niewiernych z amerykańskimi na czele - doszło w tym kraju, dwa lata temu, do pamiętnych wydarzeń: organizacji ataku na Twin Towers na Manhattanie i szybkiej riposty amerykańskiej, która wymiotła talibów i Al-Kaidę - chociaż nie do końca - z permanentnie zwichrowanego kraju. Panowie Omar i Osama - o czym Jagielski opowiada dokładniej niż ktokolwiek inny - zdołali umknąć jednak, pogrom ich nie dosięgnął. Ukryli się prawdopodobnie gdzieś na pograniczach Pakistanu, gdzie tak zwane ,,Wolne Plemiona" - Pasztunowie, nie identyfikujący się ani z Afganistanem, ani z Pakistanem - stanowią de facto jedyną władzę.

Przepadli, ślad po nich zaginął. Wreszcie Afganistan doczekał się światłego władcy, noszącego się z europejska, choć nie bez trybalnych akcentów, biegłego w mowie Szekspira, zaufanego Waszyngtonu: Karzaja. Ma on jednak tę wadę, że musi być stale, na każdym kroku strzeżony przez batalion komandosów lub marines z USA, bo gdyby zastąpił ich własną strażą przyboczną nie przeżyłby zapewne do wieczora. Afganistan to kraj, w którym szczególnie nie lubi się protegowanych Zachodu, i taki kraj, o którym jeden z rozmówców Jagielskiego powiedział: ,,Żaden Afgańczyk nie musi się uczyć wojny. My to mamy we krwi. U nas wszyscy walczą. Ludzie, psy, koguty".

A nawet duchy! Tak o swych wrogach - mudżahedinach mawiali Rosjanie, gdy nie mogli sobie z nimi dać rady. To samo czeka Amerykanów.

 


Archiwum | Redakcja | Prenumerata | Reklama | Ludzie Tygodnika | Archiwum felietonów | Historia pisma
Archiwum Jerzego Turowicza | Unia dla Ciebie | Książki w Tygodniku | Film w Tygodniku |
Jazz w Tygodniku | Apokryf | Kontrapunkt

© 2000 Tygodnik Powszechny