|
Kolumb Afganistanu
Wojciech Giełżyński
Wojciech Jagielski, najwybitniejszy z odkrywców Afganistanu, jest pechowcem. Jego pech
mniejszy polega na tym, że Leksykon PWN ,,Media" uczynił zeń zbitkę z innym
Jagielskim z telewizora. Wedle tego prestiżowego wydawnictwa syntetyczny ów dziennikarz
jest pracownikiem redakcji zagranicznej ,,Gazety Wyborczej" i zarazem prowadzi
talkshow ,,Wieczór z wampirem". A były kiedyś czasy, że encyklopediom i
leksykonom można było zaufać!
Pech większy polega na tym, że Wojciech Jagielski (ten prawdziwy) urodził się o
kilkanaście lat za późno. Calutki rynek światowych nagród dziennikarskich
zmonopolizował już Ryszard Kapuściński, który nie może nadążyć z kolekcjonowaniem
laurów we wszystkich zakątkach świata, ostatnio w Asturii (nie mylić z Austrią). Nic
to. Wcześniej czy później nadejdzie i dla Wojtka podobny sezon. Jego zajawką jest
nagroda im. ks. Józefa Tischnera w kategorii publicystyki społecznej za książkę
,,Modlitwa o deszcz" (WAB 2002), której nie waham się nazwać reporterskim
wydarzeniem ostatnich lat.
Samotność reportera
"Książkę taką jak "Modlitwa o deszcz" pisze się kosztem długich lat
podwójnego życia. Rozdarcia, dziwnej schizofrenii. Kiedy spotykamy Wojtka na korytarzu
redakcji, wiemy, że wraca z Afganistanu, z Zimbabwe, z Czeczenii. Rzadko zadajemy pytania
- niełatwo przychodzi nam wyobrazić sobie tamten świat. (...) Krążyć pomiędzy
jednym światem a drugim, to żyć podwójnym życiem, to podjąć ryzyko, że nie będzie
się żyło nigdzie. Bo jeśli niełatwo z dnia na dzień trafić do okopów pod Kabulem,
to równie niełatwo w dzień po powrocie zapomnieć nagle o Kabulu, usiąść za
biurkiem, zrobić zakupy, iść do kina z synem.
Jest w "Modlitwie o deszcz" zdanie zaczerpnięte z Kapuścińskiego, który mówił,
że losem reporterów jeżdżących po świecie jest samotność: "Piszą o tych, którzy
nie czytają ich opowieści, dla tych, których mało interesują ich bohaterowie".
Możemy sobie wyobrazić tę samotność, w pół drogi pomiędzy ludźmi, którzy
przemykają przez linię frontu na kabulskiej ulicy, a tymi, którzy czekając na tramwaj
w Warszawie przebiegną oczyma po artykule w "Gazecie Wyborczej"".
Olga Stanisławska

więcej: "TP" nr 49/2002 |
|
Radek Sikorski, który również - i to jako partyzant ponoć! - był w Afganistanie (i też
napisał o nim książkę) tak skomplementował Jagielskiego: ,,Ma dociekliwość
reportera, wytrwałość podróżnika, wrażliwość poety i pióro powieściopisarza".
Zgadzam się co do joty. Dodałbym tylko, że Jagielski ma ogromną wiedzę o
Afganistanie, zaczerpniętą nie tyle z książek o tym fascynującym kraju, co z
autopsji, z ,,obserwacji uczestniczącej" afgańskiego kotła, a zwłaszcza z zażyłej
znajomości z mnóstwem osób tamtejszego dramatu, co się bodaj nikomu więcej na świecie
nie udało. Przede wszystkim zaufał mu sam Ahmed Szah Massud, który dla Afganistanu był
jakby Piłsudskim i Guevarą zarazem.
Podkreślić tu należy, że notorycznym błędem wielu autorów prac o Afganistanie,
utytułowanych literkami ,,prof." - z chlubnym wyjątkiem Jolanty Sierakowskiej-Dyndo
- jest takie tego kraju traktowanie, jakby był on tylko troszkę społecznym tłem i
obyczajami odmienny od państw europejskich; tych peryferyjnych, wschodnich czy bałkańskich.
W istocie zaś intrygujący Afganistan - to magma; tak było zawsze, jest i chyba długo
pozostanie. W tamtejszych górach buzuje kilkadziesiąt ludów i plemion, mówiących różnymi
językami, które rozpadają się jeszcze na kilkaset subplemion i klanów; każde i każdy
z nich ma własne interesy i aspiracje. Centralna władza w Kabulu bywa efektywna
(niekiedy) tylko w Kabulu i doraźnie kontroluje jeszcze parę głównych dróg. Reszta to
nieformalne niby-państewka, rywalizujące i walczące ze sobą, wchodzące w alianse w
przeróżnych nietrwałych konfiguracjach. Tam nikt nawet nie słyszał, że ,,pacta sunt
servanda", przeto zdrada wczorajszych sojuszników hańby nie przynosi. Rekordzista,
wódz Uzbeków gen. Dostum, pięć czy sześć razy zmieniał front, co zdziwienia nie
budziło, bo wiadomo: żeby utrzymać się w grze, trzeba trzymać z tym, kto wygrywa.
Portrety bezwzględnego i przebiegłego Dostuma, cwanego a brutalnego Hekmatiara,
szlachetnego i oświeconego Ahmada Szaha Massuda oraz wielu komendantów z niższych pięter
afgańskiej hierarchii - są frapująco plastyczne, lecz przede wszystkim wolne od grzechu
jednostronności - zarówno wtedy, gdy Jagielski wynosi ich na piedestał, jak ich wtedy,
gdy ich strąca w otchłań potępienia. W obfitej światowej literaturze faktu, poświęconej
losom Afganistanu, nie spotkałem choćby w przybliżeniu tak celnych i sugestywnych
charakterystyk tamtejszych postaci. Dotyczy to także sylwetek poprzednich władców - z
komunistycznego nadania: safanduły Tarakiego, którego jego zastępca, ambitny Hafizullah
Amin udusił poduszką, ale sam został zgładzony przez ludzi sowieckich, których ponoć
sam wezwał na pomoc - i zastąpiony przywiezionym na czołgu Karmalem Babrakiem, leniwym
pijaczyną (ten umarł śmiercią chyba naturalną w Moskwie), po którym nastał
najbrutalniejszy Nadżibullah - koniec końców zmasakrowany i powieszony przez talibów.
Takie to były pokręcone czasy. A wreszcie - gdy Afganistanem rządzili pospołu mułła
Omar, jednooki półanalfabeta, ale wzorowo oddany Allahowi, oraz Osama ibn Laden, arabski
multimilioner, śniący o sławie pogromcy wszystkich niewiernych z amerykańskimi na
czele - doszło w tym kraju, dwa lata temu, do pamiętnych wydarzeń: organizacji ataku na
Twin Towers na Manhattanie i szybkiej riposty amerykańskiej, która wymiotła talibów i
Al-Kaidę - chociaż nie do końca - z permanentnie zwichrowanego kraju. Panowie Omar i
Osama - o czym Jagielski opowiada dokładniej niż ktokolwiek inny - zdołali umknąć
jednak, pogrom ich nie dosięgnął. Ukryli się prawdopodobnie gdzieś na pograniczach
Pakistanu, gdzie tak zwane ,,Wolne Plemiona" - Pasztunowie, nie identyfikujący się
ani z Afganistanem, ani z Pakistanem - stanowią de facto jedyną władzę.
Przepadli, ślad po nich zaginął. Wreszcie Afganistan doczekał się światłego władcy,
noszącego się z europejska, choć nie bez trybalnych akcentów, biegłego w mowie
Szekspira, zaufanego Waszyngtonu: Karzaja. Ma on jednak tę wadę, że musi być stale, na
każdym kroku strzeżony przez batalion komandosów lub marines z USA, bo gdyby zastąpił
ich własną strażą przyboczną nie przeżyłby zapewne do wieczora. Afganistan to kraj,
w którym szczególnie nie lubi się protegowanych Zachodu, i taki kraj, o którym jeden z
rozmówców Jagielskiego powiedział: ,,Żaden Afgańczyk nie musi się uczyć wojny. My
to mamy we krwi. U nas wszyscy walczą. Ludzie, psy, koguty".
A nawet duchy! Tak o swych wrogach - mudżahedinach mawiali Rosjanie, gdy nie mogli sobie
z nimi dać rady. To samo czeka Amerykanów.
|