|
Energia ze zobowiązań
Iwona Hałgas
Nie chciał być stereotypowym księdzem. Miał poczucie, że zwykły, parafialny rytm nie
pozwala na rozwój, na kreację. Podkreśla, że aby być odpowiedzialnym, aby móc
rozwijać talent, trzeba w odpowiednim momencie dostać do ręki tworzywo; szansę na
samodzielność i realizację. Taką szansę dostał 11 lat temu, gdy niewiele osób
wierzyło, że dzieło ks. Siemaszki można zrekonstruować, nadać mu współczesny kształt.
Był jednym z niewielu kandydatów. Jako jedyny miał doświadczenie kilku lat pracy w
domu dziecka.
|
Ks. Kazimierz Siemaszko (1847-1904), krakowski misjonarz i opiekun zaniedbanej młodzieży,
był twórcą i wieloletnim kierownikiem organizacji wychowawczej, która po jego śmierci
przybrała nazwę Zakładów Wychowawczych im. Ks. Siemaszki. Zlikwidowana w 1954 r. przez
władze komunistyczne instytucja została odtworzona po 1991 r. przez nowopowołaną
Fundację im. Ks. Siemaszki. Kierowane dziś przez ks. Andrzeja Augustyńskiego Centrum Młodzieży
"U Siemachy" działa w historycznym budynku Zakładów przy ul. Długiej, a także
w czterech innych ośrodkach w Krakowie oraz w Piekarach k. Liszek, gdzie mieści się również
powołane przez Fundację liceum. Centrum obejmuje opieką dzienną ponad 1000 młodych
ludzi. |
|
- Był czas, gdy kolekcjonowałem kolejne elementy wieży Technicsa. Za punkt honoru
stawiałem, by spełniały określone parametry i wydawałem na nie sporo pieniędzy -
odwraca się w kierunku biurka, gdzie dziś stoi jedynie mały radiomagnetofon. Nowoczesny
sprzęt przewiózł do świetlicy na Długiej. Był mu potrzebny coraz rzadziej; z domu
wychodził rano, a wracał wieczorem. - Ciążą mi rzeczy niepotrzebne. Dlatego często
robię w mieszkaniu remanent. A mam genialne warunki, by pozbyć się rzeczy rzadko używanych
- z uśmiechem pokazuje na drzwi, zza których słychać młodych ludzi. - Wystarczy, że
je otworzę, a tam zobaczę kogoś, kogo mogę nazwać po imieniu. To mi daje komfort
posiadania tylko tego, czego naprawdę chcę. Pozwala skoncentrować się na ludziach, bo
oni są najważniejsi. Siemacha to nie budynki i sprzęt, ale ci młodzi, którzy zmieniają
tu siebie i wierzę, że przez tę pracę zmieniają również miasto.
Młodzież poszukuje osób, które oddają się temu, co robią, w co wierzą, z pasją.
Ta pasja jest tutaj wyjątkowo ważną cechą. Chłodne, beznamiętne, sztampowe podejście
zniechęca ich. Najważniejsze, żeby pokazać młodemu człowiekowi, z jakim zaangażowaniem
wykonuje się pracę. W tym jest siła.
Jego mieszkanie to mały pokój do spania, biuro i aneks kuchenny na ostatnim piętrze
siedziby Centrum Młodzieży im. ks. Siemaszki przy ul. Lea w Krakowie. Przeszklone drzwi
i cienka ściana nie tłumią głosów młodzieży. Czuje się tu u siebie, choć ciągłe
telefony, wizyty i problemy wychowanków nie pozwalają na chwilę wypoczynku. - Zasypiam
wśród swoich - podkreśla i dodaje, że chce być blisko tego, w co się zaangażował.
- Ludzie zazwyczaj oddzielają pracę od życia prywatnego, odgradzają się płotem od świata.
Niewielu pozwala, by zawód stał się treścią ich życia i pasją. A właśnie wtedy
jest szansa na większą skuteczność; na to, że zamierzone cele osiągnie się
szybciej.
On wybrał już dawno: cały wolny czas poświęca ośrodkowi i młodzieży. - Otaczający
mnie hałas jest naturalną konsekwencją życia wśród młodych, i w pełni to akceptuję.
- Z pracowni muzycznej tuż pod jego mieszkaniem dobiegają ostre dźwięki elektrycznych
gitar i perkusji - próba siemachowskiego zespołu rockowego, który sam kiedyś założył.
Dziś już nie gra - ma kompleksy, by przy chłopakach wziąć gitarę do ręki. - O to właśnie
chodzi, by sprzedać komuś własną pasję, zarazić czymś, a potem umieć się wycofać,
kiedy są lepsi.

Ks. Andrzej Augustyński
|
|
Grania nie żałuje, pasji ma przecież wiele.
Centrum nie jest ośrodkiem duszpasterskim. Ale wychowanie
bez oferty religijnej nie jest, moim zdaniem, możliwe. To musi jednak dziać się
niepostrzeżenie, by niczego nie narzucać i nikogo nie urazić. Trzeba po prostu coś im
proponować i robić to ciekawie.
W ośrodku nie nosi sutanny ani koloratki. Dziesięć lat temu, gdy zaczynał pracę z
trudną młodzieżą, powiedział sobie, że nie pozwoli, by rezygnowali z oferty centrum
tylko dlatego, że zarządza nim ksiądz. - Są tacy, którzy na widok księdza sztywnieją.
Boją się, że zaraz będę sprawdzał, czy chodzą na religię albo do spowiedzi. A duża
część ludzi, którzy przychodzą do Siemachy, ma z Kościołem związek luźny albo nie
ma go wcale. Postanowiłem stronić od tego tematu - mówi. Postanowił dać im czas - na
poznanie siebie przede wszystkim jako człowieka, a nie księdza. Niektórzy długo nie
wiedzieli, że jest duchownym. Pytali potem: "Czy to prawda, że pan jest księdzem?
Opowiadał: "Tak. A przeszkadza ci to?" Kręcili przecząco głową.
Na odprawienie w ośrodku pierwszej Mszy zdecydował się dopiero po paru miesiącach jego
funkcjonowania. Zaczęła się od petard. W każdą kolejną niedzielę wystrzeliwali jedną
więcej. Był Adwent. - Pamiętam tę Mszę - była krótka i dawała im poczucie
uczestnictwa. Wszyscy trzymali w ręku tzw. zimne ognie. Mówili mi potem, że jak będzie
kiedyś jeszcze taka Msza, to przyjdą - wspomina. W Wielkim Poście odprawiają na
korytarzu drogę krzyżową trwającą cztery minuty. Ma świadomość, że nuda jest dla
młodego człowieka doświadczeniem wyjątkowo dolegliwym, że odczuwają ją jak ból. -
Trzeba umieć przyciągać młodych. Jak Nigel Kennedy do filharmonii: przyciąga ich, bo
wygląda jak przeciętny młody człowiek, a może nawet odważniej. I oczywiście jest
wspaniałym muzykiem.
Po co opowiadać o tym, jaki jest widok z góry. Trzeba wziąć za rękę
i zaprowadzić, pozwolić poczuć smak miejsca. Wtedy już nic nie trzeba mówić. Cała
sztuka polega na tym, żeby stwarzać im okazje, dzielić się pasją. To daje pewność,
że sami powrócą, a nawet przyprowadzą innych. Mam przekonanie, że wprowadzając w
dorosłość młodych ludzi z trudnych rodzin, muszę zabierać ich w miejsca niedostępne
dla nich z przyczyn choćby finansowych.
Podróże są nie tylko jego pasją. Z każdej wyprawy za granicę przywozi nowości
dotyczące pracy z młodzieżą, zdobywa kontakty, by móc zabrać tam dzieciaki. Wyjazd
na wakacje jest w Centrum nagrodą dla tych, którzy ciężko pracowali przez cały rok.
Wierzy, że jedna podróż zagraniczna może zmienić młodego człowieka bardziej niż
codzienne umoralniające pogadanki. Do Wenecji, miejsca dla niego magicznego, udało mu się
zabrać sporo przyjaciół. Także niejedną grupę wychowanków. Pamięta słowa, które
kiedyś usłyszał na placu św. Marka od jednego z podopiecznych: "K..., jak tu pięknie".
- Gdy zauważył moją obecność, przeprosił za niecenzuralne słowo i powiedział coś
dla mnie niezwykle istotnego: że chciałby przywieźć tu kiedyś swego syna. To był dla
mnie sygnał, że przeżycie estetyczne może być impulsem do zmiany, że wraz z takimi
decyzjami rodzą się motywy do podejmowania wysiłku. Wiem, że wielu moich wychowanków,
ludzi z gruntu niezamożnych, oszczędza jakieś kieszonkowe rezygnując z taniego wina, z
palenia i paru innych głupstw po to, aby uzbierać kilkaset złotych, by rowerem czy
stopem ruszyć w Europę. Ci chłopcy siedzący na ławkach pod blokiem nie ruszają się
stąd, bo nie wiedzą, że można. Nie wiedzą, jak to zrobić. Rzecz w tym, żeby ktoś
wsadził ich kiedyś w jakiś autokar i powiedział: panowie, jak nie przepalicie iluś
petów i nie wypijecie iluś browarów też możecie.
Piękno to proporcja, doskonałośćw szczególe. Duch wieje tam, gdzie chce, ale chętniej tam,
gdzie jest posprzątane. Wychowanie jest bardzo związane z dobrym smakiem.
Nie można ludzi wychowywać bez prowadzenia ich do sztuki.
Wychowankom chciałby stworzyć jak najwięcej okazji do obcowania z tzw. lepszym światem,
za którym tęsknią. Chce, by mieli możliwość polecieć samolotem, by jeździli na
dobrych nartach, wyjeżdżali za granicę. Dla wielu udało mu się to zorganizować. Chce
także, by mieli możliwość zasiadać przy dobrym stole - podczas takich kolacji
opowiada im o wykwintnych potrawach. Jeśli są pełnoletni, a jest ku temu okazja,
otwiera butelkę dobrego wina. - Ksiądz zawsze cenił rzeczy dobrej jakości. Zaszczepiał
w nas przekonanie, że jeśli coś mieć, to najlepsze. Do rzeczy miał jednak stosunek użytkowy,
nigdy nie bał się, że coś mu zniszczymy, dawał nam kluczyki od samochodu i życzył
szczęśliwej drogi - mówi Bartosz Kuśnierz, wychowanek ośrodka, dziś student
architektury.
Chce pokazywać świat, który dla wielu z nich wydaje się być niedostępny. I wierzy,
że w tym jest jakaś metoda.
- Pamiętam, jak jedna z moich wychowanek, która niewiele w domu widziała poza
najprostszymi potrawami, a myślę, że nieraz była głodna, a która w centrum miała
szereg okazji, żeby przygotowywać kolacje z krewetkami, oliwkami, kaparami, powiedziała
mi, że woli czarne oliwki od zielonych. Pomyślałem, że będzie w życiu kupować
oliwki, a to znaczy, że wyostrzył się jej smak. To zaś być może oznacza, że nie
kupi taniego wina czy że nie będzie piła denaturatu. Piękny stół, kultura stołu to
też jest sztuka.
Moim dzieciakom chcę dać nie paczkę ze słodyczami, ale wiarę we własne możliwości
i bilet do lepszego świata. Chcę żeby mogli stać się partnerem do rozmowy dla kolegi
z klasy, który ma większe możliwości.
Nie ma problemów ze zdobywaniem sponsorów. Potrafi zarażać entuzjazmem i optymizmem. -
To człowiek, który najpierw mówi "tak", a potem zastanawia się, jak to
zrealizować. Dziś w Polsce trudno o ludzi tak tryskających energią. Mnie również
zaraził tym, co robi - mówi prof. AGH Stanisław Lasocki, wolontariusz Centrum Młodzieży
u Siemachy. - Okazuje się, że jak jest pomysł i plan, to środki się znajdą - ks.
Andrzej podkreśla, że moment przełomowy dla każdego projektu to pomysł i poczucie, że
jest to rzecz, którą należy zrobić. Nie cierpi na nadmiar środków, ale gdy sam
wierzy, że coś jest słuszne, nic go nie powstrzyma. A już na pewno nie będą
przeszkodą pieniądze. - Jak idę do kogoś z bogatych przyjaciół i przedstawię
ciekawy pomysł wyjazdu, powiem, że są już pewne możliwości, ktoś nas zaprosił...
nie zdarzyło się, by odmówił pomocy. Na świecie jest wielu ludzi i instytucji, które
chętnie przyłączają się do przedsięwzięć jasnych, przemyślanych i związanych z
pasją. Ludzie chcą inwestować w rozwój. Nagrody, które dajemy w ośrodku, są
nagrodami za postęp. Nie chodzi o to, by mieć same piątki, ale by nieustannie iść do
przodu, by każdy nowy rok przynosił wiele nowych rzeczy. Paradoksalnie największe
szanse mają zatem najgorsi. Chodzi o to, by pozwolić młodym poczuć smak zwycięstwa.
Bo nie czują go często ani w domu, ani w szkole. To powoduje, że wpadają w objęcia
grupy, która ich odkrywa, dowartościowuje. I smak zwycięstwa odnajdują w kradzieży
radia czy wybiciu szyby.
Ciągle odkrywamy nowe potrzeby wychowanków. Na niektóre nie można nie odpowiedzieć.
To jest sytuacja, gdy człowiek staje się zakładnikiem tych, z którymi pracuje. Oczywiście,
nie dzieje się to bez ogromnej satysfakcji z tego, co się robi.
Ostatnie święta spędził z wychowankami. Podobnie jak wcześniejsze. - Jeżeli wiem, że
oni nie będą mieli normalnej Wigilii czy śniadania Wielkanocnego, a mam możliwość
ich zabrać, to czy jest wybór? - pyta i zaraz dodaje, że dla niego jest oczywiste, że
musiał ich zabrać. Do Odporyszowa oczywiście. - To kolejna okazja, by pokazać im
miejsce, które sam lubię, z którym czuję się związany. I tak myślę, że mój
pradziadek Wojciech wygląda zza chmurki i uśmiecha się zadowolony, że ich przywiozłem
- śmieje się ks.Andrzej. Dorastał w rodzinie z dużymi tradycjami. Jeden z jego stryjów
spędził kilka lat w więzieniu jako redaktor naczelny "Gazety Ludowej", organu
mikołajczykowskiego PSL-"Piast". - Wychowałem się w atmosferze wielkiego
szacunku do tradycji rodzinnej, do ludzi, którzy dużo poświęcili, choć dużo też osiągnęli.
Na przełomie XIX/XX wieku wszyscy bracia mojego dziadka ukończyli studia, odgrywali ważne
role nie tylko w lokalnych społecznościach, ale też w historii Polski. Ogromne
gospodarstwo pradziadka w Odporyszowie koło Tarnowa legło po wojnie w gruzach. Postanowił
wspólnie z ojcem zrobić coś z odzyskanym majątkiem. Dziś stoją tam domy, gdzie na
wakacje i weekendy zabiera swoich wychowanków.
- Do Odporyszowa jeździliśmy z księdzem bardzo często. Nieraz dawał nam własny
samochód, by ci, którzy nie mogli jechać z grupą, szybko do niej dołączyli. Często
opowiadał o przodkach, o tym, co zrobili dla tego miejsca i Polski. To były takie żywe
lekcje patriotyzmu - wspomina Bartosz Kuśnierz.
- Ciągle odkrywam to miejsce na nowo - ks. Andrzej bywa w Odporyszowie, gdy tylko ma wolną
chwilę - Niedawno dowiedziałem się, badając dokumenty, że proboszcz tamtejszej
parafii już w XIX w. sprowadzał figury z Malty. O ileż my jesteśmy bardziej bierni,
mniej ekspansywni i pomysłowi.
Trzeba od nich wymagać i dawać im możliwości rozwoju. Nie zagłaskiwać, a stawiać
jasne wymagania i coś proponować. Muszę proponować więcej niż ulica, być
atrakcyjniejszy od niej. Młodzi ludzie potrzebują andrenaliny i muszę im ją dać.
Tylko pod kontrolą.
Latanie jest dla niego nierozerwalnie związane z Odporyszowem. To tutaj Jan Wnęk,
miejscowy rzeźbiarz, w 1866 r. (na 20 lat przed Niemcem Otto Lillentalem, który figuruje
we wszystkich encyklopediach) wzniósł się w powietrze z wieży kościelnej na lotni, którą
sam zbudował. Gdy ks. Andrzej pojawia się z wychowankami w Odporyszowie, zawsze korzysta
z okazji, by mogli polecieć na motolotni. - Mam takie przekonanie, że ludzie, którzy
sprawiają problemy wychowawcze potrzebują dużej dawki emocji, nawet ryzyka. I to jest
jedna z takich możliwości. A robię to bez specjalnego wysiłku.
Sam bardzo lubi latać, a na Dzień Dziecka 2002 przygotował dzieciom niespodziankę: każdy
z 650 wychowanków mógł polecieć samolotem. Od 20 lat lata również na szybowcach. -
Lubię robić rzeczy inne, lubię robić rzeczy nowe, zmieniać punkt widzenia, a lot daje
ku temu okazję. Odkrywanie świata, jego wielowymiarowości jest fascynujące.
W ośrodku muszą być jasne zasady i dyscyplina. Świadomość ponoszenia konsekwencji własnych
czynów jest jednym z podstawowych warunków wychowywania.
Trudne sytuacje zdarzają się codziennie. Wynikają z samej materii pracy - z młodzieżą
zagubioną, ciągle czegoś oczekującą. A także z rozmiaru przedsięwzięcia. Centrum Młodzieży
to dziś pięć oddziałów i tysiąc młodych ludzi. Najtrudniej jest jednak, gdy
dowiaduje się, że kogoś, kto dobrze rokował, wciągnęła ulica. - Takie sytuacje
zdarzają się na szczęście rzadko, ale one mówią, że ponieśliśmy fiasko, że gdzieś
zrobiliśmy błąd.
Bywa, że sami kogoś wyrzucają - bo przyszedł pijany lub naruszył ważne zasady wspólnego
funkcjonowania. - Wiem, że taki człowiek potem się szybko stacza, właśnie dlatego, że
już nie jest u nas. To są trudne decyzje, ale nie możemy pozostałym dać sygnału, że
jest przyzwolenie. Młodzież sama domaga się takich jasnych zasad.
Zdarzało mu się osobiście ingerować, gdy do ośrodka wpadała banda wyrostków z
porachunkami. Nieraz własnoręcznie rozdzielał bijące się na terenie ośrodka grupy. -
Podczas jednego z wyjazdów wyważył drzwi do pokoju, w którym jeden z wychowanków miał
narkotyki. W trudnych sytuacjach potrafi być twardy - podkreśla Irena Kruczek, zastępca
dyrektora Centrum Młodzieży.
Niezwykle ważne jest powiedzenie młodemu człowiekowi: ty też możesz. Czasem trzeba go
wręcz przekonać do możliwości, które posiada.
Uwierzyć w niego i pozwolić mu uwierzyć w siebie.
- Uważam, że jestem człowiekiem sukcesu. Sporo rzeczy, które zaplanowałem, udało mi
się w życiu zrobić. Zasadniczych decyzji nie żałuję i, co najważniejsze, mogę
powiedzieć, że jest w moim życiu jakaś logika, że to nie są rozdziały różnej książki.
Energię czerpie ze zobowiązań.
Gdy jego wychowanek, który nie cierpiał szkoły, kończy podstawówkę, namawia go, by
wybrał szkołę średnią. Potem, by podszedł do matury i zdawał na studia. - Czasem mówią,
że u nich nikt w rodzinie nie studiował, a ja przekonuję, że to nieważne i że muszą
spróbować. Muszą wyjechać na wakacje, mieć zorganizowane ciekawe zajęcia, posiłki.
Ktoś musi o to dbać. Ksiądz powinien powiedzieć, że czerpie energię z modlitwy. Ja
się modlę, ale nie jestem w tym mistrzem. Mam poczucie, że z moimi wychowankami zawarłem
przymierze, bo ktoś inny zawarł je ze mną. Muszę je spełniać. To jest mój słodki
obowiązek, słodkie brzemię.
Nie potrafi mówić "nie" możliwościom, które się pojawiają. Chce, by jego
projekt rósł, rozgałęział się, przetrwał jego samego. - Wiem, że moje, nasze dzieło
najlepiej przetrwa w ludziach. Nasz największy kapitał to nasze, siemachowskie dzieci.
|