adres: ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków
tel: (0-12) 422 25 18, 422 23 11
fax: (0-12) 421-67-31
e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl
REDAKCJA ARCHIWUM PROMOCJA REKLAMA PRENUMERATA
 
Główna strona

Nowy numer
NR 20 (2810)
18 maja 2003


  Spis treści
  Komentarze
  Obraz tygodnia
  Kronika religijna
  Liturgiczne czytania
  tygodnia

  Medytacja biblijna
  ks. Mieczysław Maliński
  Kobiety w Biblii
  Przegląd prasy krajowej
  Przeglad prasy
  zagranicznej

  Notatki
  Wśród książek
  Z płyty na płytę
  Listy
FELIETONY
  Józefa Hennelowa
  Małgorzata Musierowicz
  Ewa Szumańska
  Andrzej Dobosz
  Michał Komar
  Marcin Król
  Jacek Podsiadło
  Stanisław Lem

  Tematy miesiąca

DODATKI TEMATYCZNE

UNIA DLA CIEBIE

KSIĄŻKI W TYGODNIKU

FILM W TYGODNIKU

APOKRYF

KONTRAPUNKT


To jest strona archiwalna.

Aktualna strona internetowa "Tygodnika Powszechnego" znajduje się pod adresem www.TygodnikPowszechny.pl

Projekt, wykonanie, obsługa:
Verbanet
Wersja do druku
Napisz komentarz



Energia ze zobowiązań

Iwona Hałgas


Nie chciał być stereotypowym księdzem. Miał poczucie, że zwykły, parafialny rytm nie pozwala na rozwój, na kreację. Podkreśla, że aby być odpowiedzialnym, aby móc rozwijać talent, trzeba w odpowiednim momencie dostać do ręki tworzywo; szansę na samodzielność i realizację. Taką szansę dostał 11 lat temu, gdy niewiele osób wierzyło, że dzieło ks. Siemaszki można zrekonstruować, nadać mu współczesny kształt. Był jednym z niewielu kandydatów. Jako jedyny miał doświadczenie kilku lat pracy w domu dziecka.

Ks. Kazimierz Siemaszko (1847-1904), krakowski misjonarz i opiekun zaniedbanej młodzieży, był twórcą i wieloletnim kierownikiem organizacji wychowawczej, która po jego śmierci przybrała nazwę Zakładów Wychowawczych im. Ks. Siemaszki. Zlikwidowana w 1954 r. przez władze komunistyczne instytucja została odtworzona po 1991 r. przez nowopowołaną Fundację im. Ks. Siemaszki. Kierowane dziś przez ks. Andrzeja Augustyńskiego Centrum Młodzieży "U Siemachy" działa w historycznym budynku Zakładów przy ul. Długiej, a także w czterech innych ośrodkach w Krakowie oraz w Piekarach k. Liszek, gdzie mieści się również powołane przez Fundację liceum. Centrum obejmuje opieką dzienną ponad 1000 młodych ludzi.
- Był czas, gdy kolekcjonowałem kolejne elementy wieży Technicsa. Za punkt honoru stawiałem, by spełniały określone parametry i wydawałem na nie sporo pieniędzy - odwraca się w kierunku biurka, gdzie dziś stoi jedynie mały radiomagnetofon. Nowoczesny sprzęt przewiózł do świetlicy na Długiej. Był mu potrzebny coraz rzadziej; z domu wychodził rano, a wracał wieczorem. - Ciążą mi rzeczy niepotrzebne. Dlatego często robię w mieszkaniu remanent. A mam genialne warunki, by pozbyć się rzeczy rzadko używanych - z uśmiechem pokazuje na drzwi, zza których słychać młodych ludzi. - Wystarczy, że je otworzę, a tam zobaczę kogoś, kogo mogę nazwać po imieniu. To mi daje komfort posiadania tylko tego, czego naprawdę chcę. Pozwala skoncentrować się na ludziach, bo oni są najważniejsi. Siemacha to nie budynki i sprzęt, ale ci młodzi, którzy zmieniają tu siebie i wierzę, że przez tę pracę zmieniają również miasto.

Młodzież poszukuje osób, które oddają się temu, co robią, w co wierzą, z pasją. Ta pasja jest tutaj wyjątkowo ważną cechą. Chłodne, beznamiętne, sztampowe podejście zniechęca ich. Najważniejsze, żeby pokazać młodemu człowiekowi, z jakim zaangażowaniem wykonuje się pracę. W tym jest siła.

Jego mieszkanie to mały pokój do spania, biuro i aneks kuchenny na ostatnim piętrze siedziby Centrum Młodzieży im. ks. Siemaszki przy ul. Lea w Krakowie. Przeszklone drzwi i cienka ściana nie tłumią głosów młodzieży. Czuje się tu u siebie, choć ciągłe telefony, wizyty i problemy wychowanków nie pozwalają na chwilę wypoczynku. - Zasypiam wśród swoich - podkreśla i dodaje, że chce być blisko tego, w co się zaangażował. - Ludzie zazwyczaj oddzielają pracę od życia prywatnego, odgradzają się płotem od świata. Niewielu pozwala, by zawód stał się treścią ich życia i pasją. A właśnie wtedy jest szansa na większą skuteczność; na to, że zamierzone cele osiągnie się szybciej.

On wybrał już dawno: cały wolny czas poświęca ośrodkowi i młodzieży. - Otaczający mnie hałas jest naturalną konsekwencją życia wśród młodych, i w pełni to akceptuję. - Z pracowni muzycznej tuż pod jego mieszkaniem dobiegają ostre dźwięki elektrycznych gitar i perkusji - próba siemachowskiego zespołu rockowego, który sam kiedyś założył. Dziś już nie gra - ma kompleksy, by przy chłopakach wziąć gitarę do ręki. - O to właśnie chodzi, by sprzedać komuś własną pasję, zarazić czymś, a potem umieć się wycofać, kiedy są lepsi.



Ks. Andrzej Augustyński
Grania nie żałuje, pasji ma przecież wiele.

Centrum nie jest ośrodkiem duszpasterskim. Ale wychowanie bez oferty religijnej nie jest, moim zdaniem, możliwe. To musi jednak dziać się niepostrzeżenie, by niczego nie narzucać i nikogo nie urazić. Trzeba po prostu coś im proponować i robić to ciekawie.

W ośrodku nie nosi sutanny ani koloratki. Dziesięć lat temu, gdy zaczynał pracę z trudną młodzieżą, powiedział sobie, że nie pozwoli, by rezygnowali z oferty centrum tylko dlatego, że zarządza nim ksiądz. - Są tacy, którzy na widok księdza sztywnieją. Boją się, że zaraz będę sprawdzał, czy chodzą na religię albo do spowiedzi. A duża część ludzi, którzy przychodzą do Siemachy, ma z Kościołem związek luźny albo nie ma go wcale. Postanowiłem stronić od tego tematu - mówi. Postanowił dać im czas - na poznanie siebie przede wszystkim jako człowieka, a nie księdza. Niektórzy długo nie wiedzieli, że jest duchownym. Pytali potem: "Czy to prawda, że pan jest księdzem? Opowiadał: "Tak. A przeszkadza ci to?" Kręcili przecząco głową.

Na odprawienie w ośrodku pierwszej Mszy zdecydował się dopiero po paru miesiącach jego funkcjonowania. Zaczęła się od petard. W każdą kolejną niedzielę wystrzeliwali jedną więcej. Był Adwent. - Pamiętam tę Mszę - była krótka i dawała im poczucie uczestnictwa. Wszyscy trzymali w ręku tzw. zimne ognie. Mówili mi potem, że jak będzie kiedyś jeszcze taka Msza, to przyjdą - wspomina. W Wielkim Poście odprawiają na korytarzu drogę krzyżową trwającą cztery minuty. Ma świadomość, że nuda jest dla młodego człowieka doświadczeniem wyjątkowo dolegliwym, że odczuwają ją jak ból. - Trzeba umieć przyciągać młodych. Jak Nigel Kennedy do filharmonii: przyciąga ich, bo wygląda jak przeciętny młody człowiek, a może nawet odważniej. I oczywiście jest wspaniałym muzykiem.


Po co opowiadać o tym, jaki jest widok z góry. Trzeba wziąć za rękę

i zaprowadzić, pozwolić poczuć smak miejsca. Wtedy już nic nie trzeba mówić. Cała sztuka polega na tym, żeby stwarzać im okazje, dzielić się pasją. To daje pewność, że sami powrócą, a nawet przyprowadzą innych. Mam przekonanie, że wprowadzając w dorosłość młodych ludzi z trudnych rodzin, muszę zabierać ich w miejsca niedostępne dla nich z przyczyn choćby finansowych.

Podróże są nie tylko jego pasją. Z każdej wyprawy za granicę przywozi nowości dotyczące pracy z młodzieżą, zdobywa kontakty, by móc zabrać tam dzieciaki. Wyjazd na wakacje jest w Centrum nagrodą dla tych, którzy ciężko pracowali przez cały rok. Wierzy, że jedna podróż zagraniczna może zmienić młodego człowieka bardziej niż codzienne umoralniające pogadanki. Do Wenecji, miejsca dla niego magicznego, udało mu się zabrać sporo przyjaciół. Także niejedną grupę wychowanków. Pamięta słowa, które kiedyś usłyszał na placu św. Marka od jednego z podopiecznych: "K..., jak tu pięknie".

- Gdy zauważył moją obecność, przeprosił za niecenzuralne słowo i powiedział coś dla mnie niezwykle istotnego: że chciałby przywieźć tu kiedyś swego syna. To był dla mnie sygnał, że przeżycie estetyczne może być impulsem do zmiany, że wraz z takimi decyzjami rodzą się motywy do podejmowania wysiłku. Wiem, że wielu moich wychowanków, ludzi z gruntu niezamożnych, oszczędza jakieś kieszonkowe rezygnując z taniego wina, z palenia i paru innych głupstw po to, aby uzbierać kilkaset złotych, by rowerem czy stopem ruszyć w Europę. Ci chłopcy siedzący na ławkach pod blokiem nie ruszają się stąd, bo nie wiedzą, że można. Nie wiedzą, jak to zrobić. Rzecz w tym, żeby ktoś wsadził ich kiedyś w jakiś autokar i powiedział: panowie, jak nie przepalicie iluś petów i nie wypijecie iluś browarów też możecie.

Piękno to proporcja, doskonałośćw szczególe. Duch wieje tam, gdzie chce, ale chętniej tam, gdzie jest posprzątane. Wychowanie jest bardzo związane z dobrym smakiem. Nie można ludzi wychowywać bez prowadzenia ich do sztuki.

Wychowankom chciałby stworzyć jak najwięcej okazji do obcowania z tzw. lepszym światem, za którym tęsknią. Chce, by mieli możliwość polecieć samolotem, by jeździli na dobrych nartach, wyjeżdżali za granicę. Dla wielu udało mu się to zorganizować. Chce także, by mieli możliwość zasiadać przy dobrym stole - podczas takich kolacji opowiada im o wykwintnych potrawach. Jeśli są pełnoletni, a jest ku temu okazja, otwiera butelkę dobrego wina. - Ksiądz zawsze cenił rzeczy dobrej jakości. Zaszczepiał w nas przekonanie, że jeśli coś mieć, to najlepsze. Do rzeczy miał jednak stosunek użytkowy, nigdy nie bał się, że coś mu zniszczymy, dawał nam kluczyki od samochodu i życzył szczęśliwej drogi - mówi Bartosz Kuśnierz, wychowanek ośrodka, dziś student architektury.

Chce pokazywać świat, który dla wielu z nich wydaje się być niedostępny. I wierzy, że w tym jest jakaś metoda.

- Pamiętam, jak jedna z moich wychowanek, która niewiele w domu widziała poza najprostszymi potrawami, a myślę, że nieraz była głodna, a która w centrum miała szereg okazji, żeby przygotowywać kolacje z krewetkami, oliwkami, kaparami, powiedziała mi, że woli czarne oliwki od zielonych. Pomyślałem, że będzie w życiu kupować oliwki, a to znaczy, że wyostrzył się jej smak. To zaś być może oznacza, że nie kupi taniego wina czy że nie będzie piła denaturatu. Piękny stół, kultura stołu to też jest sztuka.

Moim dzieciakom chcę dać nie paczkę ze słodyczami, ale wiarę we własne możliwości i bilet do lepszego świata. Chcę żeby mogli stać się partnerem do rozmowy dla kolegi z klasy, który ma większe możliwości.

Nie ma problemów ze zdobywaniem sponsorów. Potrafi zarażać entuzjazmem i optymizmem. - To człowiek, który najpierw mówi "tak", a potem zastanawia się, jak to zrealizować. Dziś w Polsce trudno o ludzi tak tryskających energią. Mnie również zaraził tym, co robi - mówi prof. AGH Stanisław Lasocki, wolontariusz Centrum Młodzieży u Siemachy. - Okazuje się, że jak jest pomysł i plan, to środki się znajdą - ks. Andrzej podkreśla, że moment przełomowy dla każdego projektu to pomysł i poczucie, że jest to rzecz, którą należy zrobić. Nie cierpi na nadmiar środków, ale gdy sam wierzy, że coś jest słuszne, nic go nie powstrzyma. A już na pewno nie będą przeszkodą pieniądze. - Jak idę do kogoś z bogatych przyjaciół i przedstawię ciekawy pomysł wyjazdu, powiem, że są już pewne możliwości, ktoś nas zaprosił... nie zdarzyło się, by odmówił pomocy. Na świecie jest wielu ludzi i instytucji, które chętnie przyłączają się do przedsięwzięć jasnych, przemyślanych i związanych z pasją. Ludzie chcą inwestować w rozwój. Nagrody, które dajemy w ośrodku, są nagrodami za postęp. Nie chodzi o to, by mieć same piątki, ale by nieustannie iść do przodu, by każdy nowy rok przynosił wiele nowych rzeczy. Paradoksalnie największe szanse mają zatem najgorsi. Chodzi o to, by pozwolić młodym poczuć smak zwycięstwa. Bo nie czują go często ani w domu, ani w szkole. To powoduje, że wpadają w objęcia grupy, która ich odkrywa, dowartościowuje. I smak zwycięstwa odnajdują w kradzieży radia czy wybiciu szyby.

Ciągle odkrywamy nowe potrzeby wychowanków. Na niektóre nie można nie odpowiedzieć. To jest sytuacja, gdy człowiek staje się zakładnikiem tych, z którymi pracuje. Oczywiście, nie dzieje się to bez ogromnej satysfakcji z tego, co się robi.

Ostatnie święta spędził z wychowankami. Podobnie jak wcześniejsze. - Jeżeli wiem, że oni nie będą mieli normalnej Wigilii czy śniadania Wielkanocnego, a mam możliwość ich zabrać, to czy jest wybór? - pyta i zaraz dodaje, że dla niego jest oczywiste, że musiał ich zabrać. Do Odporyszowa oczywiście. - To kolejna okazja, by pokazać im miejsce, które sam lubię, z którym czuję się związany. I tak myślę, że mój pradziadek Wojciech wygląda zza chmurki i uśmiecha się zadowolony, że ich przywiozłem - śmieje się ks.Andrzej. Dorastał w rodzinie z dużymi tradycjami. Jeden z jego stryjów spędził kilka lat w więzieniu jako redaktor naczelny "Gazety Ludowej", organu mikołajczykowskiego PSL-"Piast". - Wychowałem się w atmosferze wielkiego szacunku do tradycji rodzinnej, do ludzi, którzy dużo poświęcili, choć dużo też osiągnęli. Na przełomie XIX/XX wieku wszyscy bracia mojego dziadka ukończyli studia, odgrywali ważne role nie tylko w lokalnych społecznościach, ale też w historii Polski. Ogromne gospodarstwo pradziadka w Odporyszowie koło Tarnowa legło po wojnie w gruzach. Postanowił wspólnie z ojcem zrobić coś z odzyskanym majątkiem. Dziś stoją tam domy, gdzie na wakacje i weekendy zabiera swoich wychowanków.

- Do Odporyszowa jeździliśmy z księdzem bardzo często. Nieraz dawał nam własny samochód, by ci, którzy nie mogli jechać z grupą, szybko do niej dołączyli. Często opowiadał o przodkach, o tym, co zrobili dla tego miejsca i Polski. To były takie żywe lekcje patriotyzmu - wspomina Bartosz Kuśnierz.

- Ciągle odkrywam to miejsce na nowo - ks. Andrzej bywa w Odporyszowie, gdy tylko ma wolną chwilę - Niedawno dowiedziałem się, badając dokumenty, że proboszcz tamtejszej parafii już w XIX w. sprowadzał figury z Malty. O ileż my jesteśmy bardziej bierni, mniej ekspansywni i pomysłowi.

Trzeba od nich wymagać i dawać im możliwości rozwoju. Nie zagłaskiwać, a stawiać jasne wymagania i coś proponować. Muszę proponować więcej niż ulica, być atrakcyjniejszy od niej. Młodzi ludzie potrzebują andrenaliny i muszę im ją dać.


Tylko pod kontrolą.

Latanie jest dla niego nierozerwalnie związane z Odporyszowem. To tutaj Jan Wnęk, miejscowy rzeźbiarz, w 1866 r. (na 20 lat przed Niemcem Otto Lillentalem, który figuruje we wszystkich encyklopediach) wzniósł się w powietrze z wieży kościelnej na lotni, którą sam zbudował. Gdy ks. Andrzej pojawia się z wychowankami w Odporyszowie, zawsze korzysta z okazji, by mogli polecieć na motolotni. - Mam takie przekonanie, że ludzie, którzy sprawiają problemy wychowawcze potrzebują dużej dawki emocji, nawet ryzyka. I to jest jedna z takich możliwości. A robię to bez specjalnego wysiłku.

Sam bardzo lubi latać, a na Dzień Dziecka 2002 przygotował dzieciom niespodziankę: każdy z 650 wychowanków mógł polecieć samolotem. Od 20 lat lata również na szybowcach. - Lubię robić rzeczy inne, lubię robić rzeczy nowe, zmieniać punkt widzenia, a lot daje ku temu okazję. Odkrywanie świata, jego wielowymiarowości jest fascynujące.

W ośrodku muszą być jasne zasady i dyscyplina. Świadomość ponoszenia konsekwencji własnych czynów jest jednym z podstawowych warunków wychowywania.

Trudne sytuacje zdarzają się codziennie. Wynikają z samej materii pracy - z młodzieżą zagubioną, ciągle czegoś oczekującą. A także z rozmiaru przedsięwzięcia. Centrum Młodzieży to dziś pięć oddziałów i tysiąc młodych ludzi. Najtrudniej jest jednak, gdy dowiaduje się, że kogoś, kto dobrze rokował, wciągnęła ulica. - Takie sytuacje zdarzają się na szczęście rzadko, ale one mówią, że ponieśliśmy fiasko, że gdzieś zrobiliśmy błąd.

Bywa, że sami kogoś wyrzucają - bo przyszedł pijany lub naruszył ważne zasady wspólnego funkcjonowania. - Wiem, że taki człowiek potem się szybko stacza, właśnie dlatego, że już nie jest u nas. To są trudne decyzje, ale nie możemy pozostałym dać sygnału, że jest przyzwolenie. Młodzież sama domaga się takich jasnych zasad.

Zdarzało mu się osobiście ingerować, gdy do ośrodka wpadała banda wyrostków z porachunkami. Nieraz własnoręcznie rozdzielał bijące się na terenie ośrodka grupy. - Podczas jednego z wyjazdów wyważył drzwi do pokoju, w którym jeden z wychowanków miał narkotyki. W trudnych sytuacjach potrafi być twardy - podkreśla Irena Kruczek, zastępca dyrektora Centrum Młodzieży.

Niezwykle ważne jest powiedzenie młodemu człowiekowi: ty też możesz. Czasem trzeba go wręcz przekonać do możliwości, które posiada.

Uwierzyć w niego i pozwolić mu uwierzyć w siebie.

- Uważam, że jestem człowiekiem sukcesu. Sporo rzeczy, które zaplanowałem, udało mi się w życiu zrobić. Zasadniczych decyzji nie żałuję i, co najważniejsze, mogę powiedzieć, że jest w moim życiu jakaś logika, że to nie są rozdziały różnej książki.


Energię czerpie ze zobowiązań.

Gdy jego wychowanek, który nie cierpiał szkoły, kończy podstawówkę, namawia go, by wybrał szkołę średnią. Potem, by podszedł do matury i zdawał na studia. - Czasem mówią, że u nich nikt w rodzinie nie studiował, a ja przekonuję, że to nieważne i że muszą spróbować. Muszą wyjechać na wakacje, mieć zorganizowane ciekawe zajęcia, posiłki. Ktoś musi o to dbać. Ksiądz powinien powiedzieć, że czerpie energię z modlitwy. Ja się modlę, ale nie jestem w tym mistrzem. Mam poczucie, że z moimi wychowankami zawarłem przymierze, bo ktoś inny zawarł je ze mną. Muszę je spełniać. To jest mój słodki obowiązek, słodkie brzemię.

Nie potrafi mówić "nie" możliwościom, które się pojawiają. Chce, by jego projekt rósł, rozgałęział się, przetrwał jego samego. - Wiem, że moje, nasze dzieło najlepiej przetrwa w ludziach. Nasz największy kapitał to nasze, siemachowskie dzieci.


Archiwum | Redakcja | Prenumerata | Reklama | Ludzie Tygodnika | Archiwum felietonów | Historia pisma
Archiwum Jerzego Turowicza | Unia dla Ciebie | Książki w Tygodniku | Film w Tygodniku |
Jazz w Tygodniku | Apokryf | Kontrapunkt

© 2000 Tygodnik Powszechny