|
„TP”, Nr 20 (2810), 18 maja, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2810/main03.php
Ślady obecności filozofa, czyli fenomen późnej Skargi
Jacek Filek
Kiedy jeden coś do mnie mówi, a drugi mówi to samo, to nie jest to to samo. Kiedy człowiek
zwraca się do człowieka ze słowem, w którym wypowiada to, co zrozumiał, to nie idzie
przy tym jedynie o idealne treści zdań. Te są dobre, by grać nimi w karty. Słowa
jednak, które przekazują rozumienie, nabierają znaczenia w zależności od tego, kto je
wypowiada. To "kto" znaczy tu m.in., jakie doświadczenie uwiarygodnia jego
rozumienie.
Dziarscy pośpieszni wspinacze akademickich szczytów i szczycików, mimo swej żargonowej
elokwencji, najczęściej niewiele mają nam do powiedzenia. Potrafią zdobywać najwyższe
tytuły, zanim jeszcze cokolwiek z życia zrozumieją. Nawet jeśli któryś, mając nastrój,
produkuje myśli, a może nawet wpada w nawyk takiego produkowania, to w konfrontacji z
kimś, kto myśli i przemawia z głębi dramatycznie przeżytego i w ciszy dojrzałego
rozumienia, wydać się on musi jedynie intelektualnym ekwilibrystą.
Z drugiej strony, zawodzenia malkontentów z powodu upadku wszelkich autorytetów mylą
rzeczywisty ich brak z brakiem woli ich posiadania. Kiedy jednak uciszymy zgiełk wokół
nas i spróbujemy nasłuchiwać na właściwej fali, dosłyszymy głos autorytetu, głos
kogoś, kto doświadczył, doświadczenie myślą przeniknął, pozwolił mu spokojnie
dojrzeć i oto przemawia brzemienny mądrością. Ów autorytet to Barbara Skarga,
filozof, rocznik 1919. Choć swą pierwszą książkę badawczą opublikowała już przed
czterdziestu laty, to jednak dopiero jej książki ostatnie stanowią owo rzadkie spojenie
dojrzałej mądrości z filozoficzną kompetencją, kompetencją, która opiera się panującym
na rynku idei filozoficznych modom, ale nie dlatego, że ich po prostu nie zna, lecz
dlatego, iż krytycznie je ocenia. Mądrość późnej Skargi jest dla nas wszystkich
darem niezwykłym.
Aresztowana we wrześniu 1944 przez sowietów (kierowała łącznością terenową okręgu
wileńskiego AK) spędziła w więzieniu, w łagrach i na zesłaniu ponad 11 lat. Przebieg
jej późniejszej pracy naukowej można pojąć jako powolną i naturalną ewolucję: od
studiów nad narodzinami polskiej myśli pozytywistycznej, poprzez pozytywizm francuski i
jego zmierzch, do studiów nad Bergsonem, które z kolei przygotowały ją do spotkania z
Levinasem i do studiów nad Heideggerem. Osobiście jednak nie mogę oprzeć się wrażeniu,
iż w myśleniu Skargi dokonał się w latach 80. znaczący przełom, owocujący zmianą
tematu i zmianą tonu. Być może po części przełom ten dokonał się też w świadomości
czytelnika.
Lata "Solidarności", pierwsze lata stanu wojennego, to równocześnie dla
Skargi - wówczas już autorki około 10 książek filozoficznych - lata pracy nad tomem
wspomnień obozowych (wydane przez Instytut Literacki w Paryżu, w roku 1985, pod
nazwiskiem Wiktoria Kraśniewska i pod ironicznym tytułem "Po wyzwoleniu...
1944-1955", w kraju wydane przez poznańskie wydawnictwo "W drodze", w roku
1990, i już pod nazwiskiem Barbara Skarga). Sądzę, iż spisanie i opublikowanie tych
wspomnień coś zmieniło w relacji Autorki z czytelnikami. Dla czytelnika była już kimś
innym i co innego znaczyło to, co pisała. Prawdopodobnie inaczej też wtedy zaczęła
rozumieć swe zadanie w filozofii. Jakby coś się odblokowało. Późniejsze jej książki
nie mają już charakteru systematycznych studiów historycznych, lecz przynależą, mym
zdaniem, do owej filozofii mądrościowej, którą tworzą nie profesorowie filozofii,
lecz filozofowie. Dzisiaj, kiedy powiększa się rozziew pomiędzy filozofią profesorów
i filozofią filozofów, postać Skargi rodzi nadzieję. Sama Skarga w swej ostatniej książce,
"Ślad i obecność", tłumaczy wprawdzie skromnie: "nie ma to być
rozprawa - nie stać mnie na nią" (s. 216), ale chciałoby się dodać "na szczęście".
Myślenie filozoficzne, które - a tak jest u Skargi - intensywnie przeżywa pytanie o człowieka,
jeśli nawet wyznaje, iż "nie ma na to pytanie odpowiedzi" (s. 242), szkicuje
przecież jego portret. Jednak nie tylko, jest bowiem również autoportretem autora.
Rozpoznawanie przez niego śladów i wędrowanie ich tropem jest zarazem opisywaniem
siebie. Jaki jest tedy autoportret Skargi? Pośród odnajdowanych w nim śladów odróżnić
trzeba, zgodnie z jej analizą śladu: piętno, blizny i wezwanie.
Piętno ma zawsze wymiar etyczny, bycie ludzkie jest skażone. "Ta plama, ta zmaza,
choć nie przyłożyliśmy do niej ręki i nie zaistniała z naszej winy, ma źródło w
postawach i działaniach innych ludzi, niekiedy całych grup społecznych" (s. 83).
Skarga pisze o "niesmaku", o "poczuciu splamienia". "Wszakże ta
plama jest śladem zła czynionego przez innych, my zaś nie mamy siły, by wzbudzić w
nich wstyd i wyrzuty sumienia" (s. 84). Dlaczego jednak wstydzę się za innych?
Dlaczego noszę piętno zła czynionego przez nich? Skarga znajduje tu dowód na siłę więzi
społecznej, silniejszej "niżeli nam się wydaje". Ci, którzy depczą
"tysiącletnie wartości", plamią całość naszego świata, "za który
zawsze w jakiś sposób jesteśmy odpowiedzialni. Ten wstyd jest świadectwem lęku przed
zagrożeniem naruszenia, a może nawet unicestwienia sensu tego świata" (s. 86-87).
Blizna natomiast jest śladem zranienia, proces gojenia się jest długi, bywa, że blizna
nie goi się nigdy. Skarga mówi o zranieniu utratą, wygnaniem i prześladowaniem. Nie
idzie tu o utratę majątku czy stanowiska. Wskutek rzeczywistej utraty, np. ukochanego,
powstaje niczym nie dająca się zastąpić pustka. Tracimy orientację, nie potrafimy
dalej żyć, "jesteśmy wpółmartwi" i upływ czasu nic tu nie pomoże. "Ślad
śmierci mówi o bezsensie całego mojego życia" (s. 91). Utracić bliskiego człowieka
można jednak nie tylko przez śmierć. Formą utraty, niekiedy jeszcze bardziej bolesną,
jest zdrada.
Utracić można też dom. Wygnanie to właśnie utrata domu. Nie idzie o dom jako budynek,
idzie o swoje miejsce na Ziemi, "w które się wrasta", w którym "uczę się
być sobą". Za utraconym domem się tęskni, ale "nie można wrócić do domu,
który został zmieciony z powierzchni ziemi" (s.95). Wygnanie jako bycie wśród
obcych, wśród nie-przyjaciół, oznacza zarazem prześladowanie. Prze-śladowanie jest
tropieniem kogoś w celu poniżenia go czy wręcz unicestwienia, niszczy ono to, co
najcenniejsze - niszczy ludzkie Ja. Znikąd nie widać ratunku, bezradność absolutna.
Toteż "ten, kto był prześladowany, nosi blizny, które nieustannie krwawią"
(s. 97).
Blizny - w odróżnieniu od napiętnowania splamieniem, które może niekiedy nawet
wzmocnić człowieka, nadać mu kierunek - gubią go, rozbijają. Człowiekowi z bliznami
doprawdy trudno żyć pośród nowych pokoleń, które być może wiedzą coś o
dokonywanych zbrodniach, ale same żadnych blizn już nie mają.
Pozostaje jeszcze ślad-wezwanie. Ślad bowiem może również być śladem wzywającym.
Ślad taki nie jest już czymś bolesnym, jest czymś pozytywnym, budzi nadzieję i
wiedzie nas ku przyszłości. Człowiek jest bytem wezwanym, wezwanie przynależy
strukturze jego bycia. "Wezwanie odzywa się w pragnieniu nieskończoności, w głosie
odpowiedzialności za innego, w bierności przyjmującej etyczny nakaz itd." (s.
102). Wzywającym może być też filozof. W błyskach jego myśli odnaleźć można ślady,
które wzywają. Zrozumieć filozofa, znaczy pójść za tymi śladami. Ślady-wezwania są
dla nas "darem, błogosławieństwem, wizją spełnienia", "znaczą nas
samych" (s. 105).
Kto przeczytał "Po wyzwoleniu...", zrozumie, że szkicowany w "Śladzie i
obecności" portret człowieka jest zarazem autoportretem. I zrozumie też, dlaczego
nazwałem mądrość Skargi darem dla nas, którzy oto mamy szansę pójść przebłyskującymi
w jej świadectwie śladami.
Nie wiem, komu dziękować za ten dar? Bogu, losowi, Jej? Myślę, że przede wszystkim
Jej. Choć to, że jest, zdaje mi się cudem, przecież tak łatwo mogłoby Jej nie być.
Dzisiaj, kiedy tak wielu jest ludzi, którzy tak niewiele utracili, którzy przeto tak mało
mogą zrozumieć (bo kto tylko młodość utracił, niewiele zrozumie), dzisiaj, kiedy współcześni
sofiści ogłaszają koniec metafizyki, koniec wszelkiej obecności, przeto i koniec człowieka,
i nieistotność wszelkiego myślenia, pojawia się filozof, tak boleśnie napiętnowany i
pełen blizn, który po latach odnajduje ślady, na powrót prowadzące do obecności, do
człowieka, do myślenia. A "przez myślenie otwiera się droga ku mądrości, a mądrość
jest wrażliwa na ślady dobra i prowadzi do godnego życia" (s. 234).
Ów dar oznacza jednak ambaras. Bo czy wiemy, co z nim zrobić? Czy będziemy umieli go
przyjąć i nie roztrwonić? "Dokonajmy więc skoku i popatrzmy na myślenie ze zgoła
innej perspektywy, w której traci ono cały swój blask teoretyczności i logiki. Bo czyż
nie myślimy o kimś lub o czymś z pragnieniem, tęsknotą, radością? Czyż nie myślimy
o tym, co spotkać nas może lub już spotkało? Czyż bezmyślny jest człowiek spoglądający
z zachwytem na piękny pejzaż lub dzieło sztuki? Wszakże, gdy myślę o tym kimś, kto
jest przede mną i z kim rozmawiam, staram się go zrozumieć. Rozumienie zaś to nie
wiedza, która ma dziwną moc zawładnięcia swym przedmiotem, zdobycia nad nim panowania.
W rozumieniu jest zgoła coś innego. Zrozumieć to współczuć, to przejąć się tym,
co inny do mnie mówi, jego troską, jego biedami. Myśleć, to także wyciągnąć rękę.
Myślimy, gdy kochamy i gdy pragniemy prosić o wybaczenie. To pierwszy krok ..." (s.
130).
© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl
|