|
Wojnę wygrali Amerykanie i Brytyjczycy, Polacy mogą pomóc wygrać pokój
Nasza strefa, nasza szansa
Andrzej Brzeziecki, Mateusz Flak
Zgoda Polski na objęcie jednej ze "stref stabilizacyjnych" w Iraku to decyzja
odważna i zarazem budząca wątpliwość: czy jesteśmy gotowi na przyjęcie takiej
odpowiedzialności? Od stylu, w jakim Polska, rozdarta między Ameryką a "starą
Europą", poradzi sobie z tą niespodziewaną "nagrodą", zależy nie tylko
jej międzynarodowy prestiż, ale przede wszystkim przyszła pozycja w Unii Europejskiej.
Amerykanie i Brytyjczycy bez problemów pokonali wojska irackiego dyktatora. Bez polskiej
pomocy zrobiliby to równie gładko. Ale, choć militarnie symboliczny, udział polskich
żołnierzy miał znaczenie międzynarodowe: "Patrzcie, nie jesteśmy sami, popiera
nas największy kraj nowej Europy" - mogli mówić amerykańscy politycy. Także dziś,
gdyby liczyły się tylko względy techniczne, Amerykanie i Brytyjczycy sami postawiliby
Irak na nogi. Jednak sytuacja międzynarodowa jak i w samym Iraku - w tym powojenny chaos
sprzyjający antyamerykańskim nastrojom - sprawiają, że Stany Zjednoczone potrzebują
sojuszników bardziej niż w czasie wojny.
Duży efekt, mały koszt
Gdy jednak 27 kwietnia minister Włodzimierz Cimoszewicz powiedział, że Polska nie
uchyli się od pomocy Irakijczykom w zapewnieniu im bezpieczeństwa ("Jeśli
powiedzieliśmy A, wzięliśmy udział w operacji wojskowej, to teraz musimy mieć odwagę
powiedzieć B"), mało kto spodziewał się, że deklaracja ta będzie mieć tak poważne
następstwa. Kilka dni później sekretarz obrony USA Donald Rumsfeld złożył ministrowi
obrony Jerzemu Szmajdzińskiemu ofertę administrowania jedną ze "stref
stabilizacyjnych" w Iraku. Polska propozycję przyjęła. "Okupacja Iraku
przestanie mieć anglosaskie oblicze. To ważny atut" - oceniał tę decyzję Bruno
Tertrais, analityk paryskiej Fundacji Badań Strategicznych ("Gazeta Wyborcza" z
7 maja). Zdaniem Tertraisa zaangażowanie Polski w Iraku opłaci się nie tylko
Anglosasom: to dobra inwestycja dla Polski, biorąc pod uwagę "jakość do
ceny" - za niewielki wysiłek wojskowy możemy zyskać dużą "widoczność
polityczną".
Czy rzeczywiście będzie to wysiłek niewielki, zwłaszcza politycznie? Zysk, na który
liczą polscy politycy, ma swą cenę: złośliwą krytykę niektórych
zachodnioeuropejskich polityków i mediów, najwyraźniej zaskoczonych i dotkniętych
takim obrotem spraw. Duże znaczenie, zwłaszcza w dobie kryzysu gospodarczego, mogą mieć
spodziewane kontrakty dla polskich przedsiębiorstw. Dlatego, mimo kąśliwych uwag rząd
przystąpił do działania: prócz ministra Szmajdzińskiego na rozmowy do Waszyngtonu
lecieli kolejno minister Cimoszewicz
i wiceminister obrony Janusz Zemke.
Polska zgłosi udział od 1500 do 2200 żołnierzy, a polski generał (prawdopodobnie będzie
nim zastępca dowódcy sił lądowych, Andrzej Tyszkiewicz) obejmie dowództwo nad
wszystkimi jednostkami międzynarodowymi w polskim sektorze. Rząd chce, by Amerykanie opłacili
transport i pobyt wojska w Iraku - koszt całorocznej misji to 90 mln dolarów. Polska ma
pokryć niewielką część wydatków: tzw. koszty osobowe, szczepienia, ubezpieczenie i
żołd (żeby nikt nie mówił, że jesteśmy amerykańskimi najemnikami). W skład
kontyngentu wejdą zapewne 18. Batalion Desantowo-Szturmowy z Bielska-Białej, batalion
zmechanizowany z 10. Brygady Pancernej ze Świętoszowa, jednostki logistyczne,
przeciwchemiczne oraz saperzy i inżynierowie z Brzegu. Polacy mają zapewnić bezpieczeństwo
na "swoim" terenie, np. egzekwować godzinę policyjną, zapewnić ochronę
szpitali i sklepów, rozbrajać cywilów, zapewnić dostęp do wody, żywności i leków,
brać udział w odbudowie dróg i mostów bądź osłaniać konwoje z pomocą humanitarną.
Wojsko ma także chronić przedstawicieli nowych władz irackich.
Która strefa przypadnie Polsce? Północna (140 tys. km kw.), licząca 7 mln mieszkańców,
czy niemal o połowę mniejsza środkowo-południowa między Basrą a Bagdadem? Początkowo
Polska skłaniała się ku północnej. Marek Dziekan, arabista z Uniwersytetu Łódzkiego,
uważa, że taki wybór byłby zły: - Strefa północna to mozaika etniczna i religijna,
zadawnione i niewygasłe konflikty, przede wszystkim wśród Kurdów. Mieszkają tam też
Asyryjczycy, którym w latach 20. XX w. Brytyjczycy obiecali niepodległość. Teraz oba
narody mogą zechcieć utworzyć własne państwa. Gdyby w czasie naszego patronatu doszło
do oderwania irackiej części Kurdystanu, wyszłoby na to, że jesteśmy odpowiedzialni
za jego rozpad.
Problemem na północy są też Turkmeni (to między innymi z ich powodu Turcja uważa, że
ma w północnym Iraku coś do powiedzenia), Arabowie (Husajn sprowadził ich w rejon
Mosulu i Kirkuku po wysiedleniu Kurdów), niedobitki zwolenników Al-Kaidy i organizacje
irańskie przeciwne rządowi w Teheranie (tzw. Mudżahedini Ludowi). A strefa środkowo-południowa?
Prof. Dziekan: - Ona jest o tyle dobra, że tam nic ciekawego się nie dzieje i nic nam
nie grozi. Jeśli w jej granicach nie znajdą się miasta Nadżaf i Karbala, zniknie nawet
zagrożenie ze strony szyickich fundamentalistów.
Trudna sztuka dyplomacji
Tak czy inaczej, Polska nie jest w stanie obsadzić "swojej" strefy własnymi siłami,
dlatego wesprze nas brygada brytyjska i siły specjalne USA. Prócz tego chcemy pozyskać
- nie tylko do pomocy, także ze względów politycznych - kraje Unii Europejskiej.
Pierwsza próba skończyła się małym skandalem - gdy minister Szmajdziński zaproponował
w Waszyngtonie, by do polskiego sektora pojechali żołnierze duńsko-niemiecko-polskiego
korpusu ze Szczecina, Niemcy zareagowali ostro: "Polacy nic z nami nie
uzgadniali". Kanclerz Schröder tłumaczył potem, że propozycja została przekazana
w "niezręczny sposób" (odmówili też Duńczycy, którzy wolą wspierać
Brytyjczyków), a poza tym nie ma rezolucji ONZ, która zdaniem Berlina jest tu konieczna.
Jednak eksperci winą obarczają też rząd polski. - Jeśli się wie, w jaki sposób
Niemcy znaleźli się w obecnym sporze z Ameryką i jak jest on poważny, trudno oczekiwać,
że od razu zmienią stanowisko i to pod wpływem polskiej propozycji - mówi dla
"Tygodnika" Janusz Reiter, dyrektor Centrum Stosunków Międzynarodowych i były
ambasador w Niemczech. - To sprawa delikatna, wymagająca ogromnej wrażliwości. Nie
jestem pewien, czy strona polska ją wykazała. Oczywiście jest jeszcze inny czynnik, od
nas niezależny: zdaniem Niemców to niekoniecznie Polska powinna im pomagać w wyjściu z
impasu, w którym się znaleźli.
- Niemcy i Dania byłyby naturalnymi kandydatami do współpracy - przyznaje Roman Kuźniar,
profesor UW i dyrektor Akademii Dyplomatycznej przy MSZ. - Nie da się jednak tak szybko
oddzielić przeszłości od budowania przyszłości. Europa Zachodnia nadal nie może
pogodzić się z tym, co się stało w Iraku. Może trzeba więcej czasu.
Mimo niepowodzenia polscy dyplomaci nie rezygnują z rozmów z krajami europejskimi.
Wiadomo, że już 17 państw wyraża chęć udziału w irackiej misji, a akces do
polskiego sektora zgłosiły Bułgaria, Ukraina i Litwa. Nam zależy głównie na przyciągnięciu
Hiszpanii, Holandii i Włoch, na razie preferujących sektor brytyjski.
Jednak najważniejsza akcja dyplomatyczna rozgrywa się dzisiaj gdzie indziej: w Kwaterze
Głównej NATO w Brukseli.
- Polska jest zainteresowana uzyskaniem wsparcia Sojuszu dla operacji stabilizacyjnej w
naszym sektorze - potwierdza w rozmowie z "TP" Jerzy Nowak, szef polskiej misji
przy NATO. Chodzi o ekspercką pomoc w planowaniu oraz przy tworzeniu dowództwa,
logistyki i systemu łączności. Takiej pomocy Sojusz już raz udzielił: Niemcom i
Holendrom w Afganistanie.
W tej chwili trwają nieformalne konsultacje, a główna gra toczy się o pozyskanie
Niemiec, Francji, Belgii i Luksemburga - krajów, które właśnie zainicjowały tworzenie
wspólnej polityki obronnej Unii. Polska robi teraz wszystko, by nie powtórzyć wcześniejszego
błędu. - Działamy rozważnie, dyskretnie i zgodnie z wymogami sztuki dyplomatycznej -
zapewnia ambasador Nowak. - Pamiętamy o lutowym kryzysie w NATO wokół pomocy dla Turcji
(gdy kilku członków Sojuszu początkowo odmówiło takiego wsparcia - red.) i chcemy
sprawę przeprowadzić tak, by nie dzieliła sojuszników, ale służyła wzmacnianiu więzi
transatlantyckich i pozycji NATO. Konsultacje rozwijają się w dobrym kierunku.
Wpływowy brytyjski tygodnik "The Economist" ocenia, że Polska ma spore szanse
na zaangażowanie Sojuszu w Iraku i wykazanie, że ma on jeszcze praktyczne zastosowanie -
gdyby to się udało, "Polska może się okazać koniem trojańskim NATO (w Iraku -
red.), a nie amerykańskim osiołkiem (w Europie - red.)". Jednak żadne wiążące
decyzje zapewne nie zostaną ogłoszone przed międzynarodową konferencją, która odbędzie
się 23 maja w Warszawie.
Po Iraku - Europa
Czy zgadzając się na administrowanie częścią innego, odległego kraju, Polska postępuje
rozważnie? Czy "ten garnitur nie jest dla nas zbyt obszerny", jak powątpiewał
(anonimowo) jeden z polskich dyplomatów? Pod względem organizacyjno-finansowym jesteśmy
"zabezpieczeni": Amerykanie nie mogą sobie pozwolić na nasze niepowodzenie, a
we wszystkich strefach ciężar ma być rozłożony na wiele państw. - Nie wyobrażam
sobie, aby zaprowadzanie ładu w Iraku mogło się udać w jednej strefie, a w innej nie -
mówi Janusz Reiter. - Nasz sukces lub niepowodzenie będzie częścią powodzenia albo
niepowodzenia całej operacji.
Pozostaje kwestia najważniejsza: wymiar polityczny decyzji rządu i jej wpływ na
stosunki z tymi krajami, które krzywo patrzą na obecne zbliżenie Polski i USA. Motywy
rządu i prezydenta są oczywiste - poza deklarowanym poczuwaniem się do odpowiedzialności
za los Irakijczyków, Polska chce wykorzystać udział w operacji stabilizacyjnej do
budowy większego prestiżu międzynarodowego. Przede wszystkim w Europie, ale nie tylko:
jak się dowiadujemy z nieoficjalnych źródeł w MSZ, udział Polski w wojnie w Iraku
doprowadził do niezwykłego ocieplenia w stosunkach polsko-izraelskich. Nic w tym
dziwnego: w końcu wojna z Husajnem była także wojną o usunięcie człowieka, który
stanowił zagrożenie dla Izraela i sponsorował palestyńskie zamachy.
Marek Belka - przewidziany na zastępcę szefa cywilnej administracji Iraku (odpowiednik
wicepremiera) - i inni politycy stale używają dziś zwrotu o "awansie do wyższej
ligi". Polska chce zostać najważniejszym "graczem" w Europie Środkowej,
a w całej Europie stać się krajem, który ciężarem politycznym dorównałby np.
Hiszpanii. Ale aby takie nadzieje nie okazały się złudne, potrzeba długofalowej wizji
przyszłości Europy i swego w niej miejsca.
- Bez niej Polska będzie dryfować, zamiast podążać wytyczoną drogą. Teraz trzeba
spokojnie zastanowić się, czego tak naprawdę chcemy wobec Ameryki i Europy - uważa Reiter.
- Zależy nam na poparciu USA, ale pozycji Polski nie można budować tylko na jego
podstawie - zaznacza Józef Oleksy, przewodniczący sejmowej komisji europejskiej. -
Tworzy się ją głównie w kraju i w jego stosunkach europejskich.
Okazją ku temu było wrocławskie spotkanie przywódców Trójkąta Weimarskiego:
kanclerz Niemiec oraz prezydenci Polski i Francji pozostali przy swoich zdaniach, ale
podkreślali też, że nie jest to dla nich powodem do kłótni. Innym sygnałem, że
Polska szuka zbawiennej równowagi między Ameryką a (starą) Europą jest poparcie
ministra Cimoszewicza dla idei ONZ-owskiej rezolucji, autoryzującej działanie sił międzynarodowych
w Iraku. - Nie ukrywam, że czujemy dyskomfort z powodu braku tej rezolucji - przyznaje
ambasador Nowak. - Liczymy, że będzie ona przyjęta. Ale uważamy też, że sytuacja w
Iraku wymaga natychmiastowych działań.
Dlatego Polska zaangażuje się w Iraku, nawet gdyby zabiegi o mandat ONZ lub choćby
poparcie NATO zawiodły. "Trzeba robić to, co uważamy za słuszne i być
konsekwentnym. Musimy udowodnić, że mieliśmy rację" - tłumaczy min. Cimoszewicz.
Wobec takiej postawy wątpliwości zgłasza Tadeusz Mazowiecki: były premier podkreśla
("Gazeta Wyborcza" z 9 maja), że "jak się powiedziało A, to nie znaczy,
że trzeba powiedzieć B. Alfabet ma wiele liter".
Mazowiecki, który skądinąd zrezygnował z pełnienia misji wysłannika Komisji Praw Człowieka
ONZ w byłej Jugosławii w proteście przeciw bezczynności społeczności międzynarodowej,
najwyraźniej nie dostrzega paraliżu ONZ. Alfabet ma wiele liter, jednak najbardziej
logiczne wydaje się zachowanie ich kolejności: powiedzenie B w tym wypadku oznacza wysiłek,
aby w Iraku zapewnić bezpieczeństwo, pomóc w organizowaniu struktur społecznych i państwowych,
i wreszcie stworzyć warunki dla przemian - być może także demokratycznych. Inaczej
osamotnionemu państwu grozi chaos, a wówczas jednym z oskarżonych o bezczynność będzie
Polska.
Co nie zmienia faktu, że odbudowa Iraku to jedno, a wejście do Unii - to drugie. Polskę
czeka zadanie, kto wie czy nie trudniejsze: ocieplenie stosunków w Europie, zwłaszcza z
Niemcami. Musi to nastąpić, jeśli spodziewana wizyta prezydenta Busha w Krakowie i jego
podziękowanie za udział w interwencji w Iraku nie ma być dla nas jedynie okazją do krótkotrwałego
triumfalizmu, a dla innych - kolejnym powodem do złośliwości.
|