adres: ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków
tel: (0-12) 422 25 18, 422 23 11
fax: (0-12) 421-67-31
e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl
REDAKCJA ARCHIWUM PROMOCJA REKLAMA PRENUMERATA
 
Główna strona

Nowy numer
NR 20 (2810)
18 maja 2003


  Spis treści
  Komentarze
  Obraz tygodnia
  Kronika religijna
  Liturgiczne czytania
  tygodnia

  Medytacja biblijna
  ks. Mieczysław Maliński
  Kobiety w Biblii
  Przegląd prasy krajowej
  Przeglad prasy
  zagranicznej

  Notatki
  Wśród książek
  Z płyty na płytę
  Listy
FELIETONY
  Józefa Hennelowa
  Małgorzata Musierowicz
  Ewa Szumańska
  Andrzej Dobosz
  Michał Komar
  Marcin Król
  Jacek Podsiadło
  Stanisław Lem

  Tematy miesiąca

DODATKI TEMATYCZNE

UNIA DLA CIEBIE

KSIĄŻKI W TYGODNIKU

FILM W TYGODNIKU

APOKRYF

KONTRAPUNKT


To jest strona archiwalna.

Aktualna strona internetowa "Tygodnika Powszechnego" znajduje się pod adresem www.TygodnikPowszechny.pl

Projekt, wykonanie, obsługa:
Verbanet
Wersja do druku
Napisz komentarz

Wojnę wygrali Amerykanie i Brytyjczycy, Polacy mogą pomóc wygrać pokój


Nasza strefa, nasza szansa

Andrzej Brzeziecki, Mateusz Flak


Zgoda Polski na objęcie jednej ze "stref stabilizacyjnych" w Iraku to decyzja odważna i zarazem budząca wątpliwość: czy jesteśmy gotowi na przyjęcie takiej odpowiedzialności? Od stylu, w jakim Polska, rozdarta między Ameryką a "starą Europą", poradzi sobie z tą niespodziewaną "nagrodą", zależy nie tylko jej międzynarodowy prestiż, ale przede wszystkim przyszła pozycja w Unii Europejskiej.


Amerykanie i Brytyjczycy bez problemów pokonali wojska irackiego dyktatora. Bez polskiej pomocy zrobiliby to równie gładko. Ale, choć militarnie symboliczny, udział polskich żołnierzy miał znaczenie międzynarodowe: "Patrzcie, nie jesteśmy sami, popiera nas największy kraj nowej Europy" - mogli mówić amerykańscy politycy. Także dziś, gdyby liczyły się tylko względy techniczne, Amerykanie i Brytyjczycy sami postawiliby Irak na nogi. Jednak sytuacja międzynarodowa jak i w samym Iraku - w tym powojenny chaos sprzyjający antyamerykańskim nastrojom - sprawiają, że Stany Zjednoczone potrzebują sojuszników bardziej niż w czasie wojny.


Duży efekt, mały koszt

Gdy jednak 27 kwietnia minister Włodzimierz Cimoszewicz powiedział, że Polska nie uchyli się od pomocy Irakijczykom w zapewnieniu im bezpieczeństwa ("Jeśli powiedzieliśmy A, wzięliśmy udział w operacji wojskowej, to teraz musimy mieć odwagę powiedzieć B"), mało kto spodziewał się, że deklaracja ta będzie mieć tak poważne następstwa. Kilka dni później sekretarz obrony USA Donald Rumsfeld złożył ministrowi obrony Jerzemu Szmajdzińskiemu ofertę administrowania jedną ze "stref stabilizacyjnych" w Iraku. Polska propozycję przyjęła. "Okupacja Iraku przestanie mieć anglosaskie oblicze. To ważny atut" - oceniał tę decyzję Bruno Tertrais, analityk paryskiej Fundacji Badań Strategicznych ("Gazeta Wyborcza" z 7 maja). Zdaniem Tertraisa zaangażowanie Polski w Iraku opłaci się nie tylko Anglosasom: to dobra inwestycja dla Polski, biorąc pod uwagę "jakość do ceny" - za niewielki wysiłek wojskowy możemy zyskać dużą "widoczność polityczną".

Czy rzeczywiście będzie to wysiłek niewielki, zwłaszcza politycznie? Zysk, na który liczą polscy politycy, ma swą cenę: złośliwą krytykę niektórych zachodnioeuropejskich polityków i mediów, najwyraźniej zaskoczonych i dotkniętych takim obrotem spraw. Duże znaczenie, zwłaszcza w dobie kryzysu gospodarczego, mogą mieć spodziewane kontrakty dla polskich przedsiębiorstw. Dlatego, mimo kąśliwych uwag rząd przystąpił do działania: prócz ministra Szmajdzińskiego na rozmowy do Waszyngtonu lecieli kolejno minister Cimoszewicz
i wiceminister obrony Janusz Zemke.

Polska zgłosi udział od 1500 do 2200 żołnierzy, a polski generał (prawdopodobnie będzie nim zastępca dowódcy sił lądowych, Andrzej Tyszkiewicz) obejmie dowództwo nad wszystkimi jednostkami międzynarodowymi w polskim sektorze. Rząd chce, by Amerykanie opłacili transport i pobyt wojska w Iraku - koszt całorocznej misji to 90 mln dolarów. Polska ma pokryć niewielką część wydatków: tzw. koszty osobowe, szczepienia, ubezpieczenie i żołd (żeby nikt nie mówił, że jesteśmy amerykańskimi najemnikami). W skład kontyngentu wejdą zapewne 18. Batalion Desantowo-Szturmowy z Bielska-Białej, batalion zmechanizowany z 10. Brygady Pancernej ze Świętoszowa, jednostki logistyczne, przeciwchemiczne oraz saperzy i inżynierowie z Brzegu. Polacy mają zapewnić bezpieczeństwo na "swoim" terenie, np. egzekwować godzinę policyjną, zapewnić ochronę szpitali i sklepów, rozbrajać cywilów, zapewnić dostęp do wody, żywności i leków, brać udział w odbudowie dróg i mostów bądź osłaniać konwoje z pomocą humanitarną. Wojsko ma także chronić przedstawicieli nowych władz irackich.

Która strefa przypadnie Polsce? Północna (140 tys. km kw.), licząca 7 mln mieszkańców, czy niemal o połowę mniejsza środkowo-południowa między Basrą a Bagdadem? Początkowo Polska skłaniała się ku północnej. Marek Dziekan, arabista z Uniwersytetu Łódzkiego, uważa, że taki wybór byłby zły: - Strefa północna to mozaika etniczna i religijna, zadawnione i niewygasłe konflikty, przede wszystkim wśród Kurdów. Mieszkają tam też Asyryjczycy, którym w latach 20. XX w. Brytyjczycy obiecali niepodległość. Teraz oba narody mogą zechcieć utworzyć własne państwa. Gdyby w czasie naszego patronatu doszło do oderwania irackiej części Kurdystanu, wyszłoby na to, że jesteśmy odpowiedzialni za jego rozpad.

Problemem na północy są też Turkmeni (to między innymi z ich powodu Turcja uważa, że ma w północnym Iraku coś do powiedzenia), Arabowie (Husajn sprowadził ich w rejon Mosulu i Kirkuku po wysiedleniu Kurdów), niedobitki zwolenników Al-Kaidy i organizacje irańskie przeciwne rządowi w Teheranie (tzw. Mudżahedini Ludowi). A strefa środkowo-południowa? Prof. Dziekan: - Ona jest o tyle dobra, że tam nic ciekawego się nie dzieje i nic nam nie grozi. Jeśli w jej granicach nie znajdą się miasta Nadżaf i Karbala, zniknie nawet zagrożenie ze strony szyickich fundamentalistów.


Trudna sztuka dyplomacji

Tak czy inaczej, Polska nie jest w stanie obsadzić "swojej" strefy własnymi siłami, dlatego wesprze nas brygada brytyjska i siły specjalne USA. Prócz tego chcemy pozyskać - nie tylko do pomocy, także ze względów politycznych - kraje Unii Europejskiej. Pierwsza próba skończyła się małym skandalem - gdy minister Szmajdziński zaproponował w Waszyngtonie, by do polskiego sektora pojechali żołnierze duńsko-niemiecko-polskiego korpusu ze Szczecina, Niemcy zareagowali ostro: "Polacy nic z nami nie uzgadniali". Kanclerz Schröder tłumaczył potem, że propozycja została przekazana w "niezręczny sposób" (odmówili też Duńczycy, którzy wolą wspierać Brytyjczyków), a poza tym nie ma rezolucji ONZ, która zdaniem Berlina jest tu konieczna.

Jednak eksperci winą obarczają też rząd polski. - Jeśli się wie, w jaki sposób Niemcy znaleźli się w obecnym sporze z Ameryką i jak jest on poważny, trudno oczekiwać, że od razu zmienią stanowisko i to pod wpływem polskiej propozycji - mówi dla "Tygodnika" Janusz Reiter, dyrektor Centrum Stosunków Międzynarodowych i były ambasador w Niemczech. - To sprawa delikatna, wymagająca ogromnej wrażliwości. Nie jestem pewien, czy strona polska ją wykazała. Oczywiście jest jeszcze inny czynnik, od nas niezależny: zdaniem Niemców to niekoniecznie Polska powinna im pomagać w wyjściu z impasu, w którym się znaleźli.

- Niemcy i Dania byłyby naturalnymi kandydatami do współpracy - przyznaje Roman Kuźniar, profesor UW i dyrektor Akademii Dyplomatycznej przy MSZ. - Nie da się jednak tak szybko oddzielić przeszłości od budowania przyszłości. Europa Zachodnia nadal nie może pogodzić się z tym, co się stało w Iraku. Może trzeba więcej czasu.
Mimo niepowodzenia polscy dyplomaci nie rezygnują z rozmów z krajami europejskimi. Wiadomo, że już 17 państw wyraża chęć udziału w irackiej misji, a akces do polskiego sektora zgłosiły Bułgaria, Ukraina i Litwa. Nam zależy głównie na przyciągnięciu Hiszpanii, Holandii i Włoch, na razie preferujących sektor brytyjski.

Jednak najważniejsza akcja dyplomatyczna rozgrywa się dzisiaj gdzie indziej: w Kwaterze Głównej NATO w Brukseli.

- Polska jest zainteresowana uzyskaniem wsparcia Sojuszu dla operacji stabilizacyjnej w naszym sektorze - potwierdza w rozmowie z "TP" Jerzy Nowak, szef polskiej misji przy NATO. Chodzi o ekspercką pomoc w planowaniu oraz przy tworzeniu dowództwa, logistyki i systemu łączności. Takiej pomocy Sojusz już raz udzielił: Niemcom i Holendrom w Afganistanie.

W tej chwili trwają nieformalne konsultacje, a główna gra toczy się o pozyskanie Niemiec, Francji, Belgii i Luksemburga - krajów, które właśnie zainicjowały tworzenie wspólnej polityki obronnej Unii. Polska robi teraz wszystko, by nie powtórzyć wcześniejszego błędu. - Działamy rozważnie, dyskretnie i zgodnie z wymogami sztuki dyplomatycznej - zapewnia ambasador Nowak. - Pamiętamy o lutowym kryzysie w NATO wokół pomocy dla Turcji (gdy kilku członków Sojuszu początkowo odmówiło takiego wsparcia - red.) i chcemy sprawę przeprowadzić tak, by nie dzieliła sojuszników, ale służyła wzmacnianiu więzi transatlantyckich i pozycji NATO. Konsultacje rozwijają się w dobrym kierunku.

Wpływowy brytyjski tygodnik "The Economist" ocenia, że Polska ma spore szanse na zaangażowanie Sojuszu w Iraku i wykazanie, że ma on jeszcze praktyczne zastosowanie - gdyby to się udało, "Polska może się okazać koniem trojańskim NATO (w Iraku - red.), a nie amerykańskim osiołkiem (w Europie - red.)". Jednak żadne wiążące decyzje zapewne nie zostaną ogłoszone przed międzynarodową konferencją, która odbędzie się 23 maja w Warszawie.


Po Iraku - Europa

Czy zgadzając się na administrowanie częścią innego, odległego kraju, Polska postępuje rozważnie? Czy "ten garnitur nie jest dla nas zbyt obszerny", jak powątpiewał (anonimowo) jeden z polskich dyplomatów? Pod względem organizacyjno-finansowym jesteśmy "zabezpieczeni": Amerykanie nie mogą sobie pozwolić na nasze niepowodzenie, a we wszystkich strefach ciężar ma być rozłożony na wiele państw. - Nie wyobrażam sobie, aby zaprowadzanie ładu w Iraku mogło się udać w jednej strefie, a w innej nie - mówi Janusz Reiter. - Nasz sukces lub niepowodzenie będzie częścią powodzenia albo niepowodzenia całej operacji.

Pozostaje kwestia najważniejsza: wymiar polityczny decyzji rządu i jej wpływ na stosunki z tymi krajami, które krzywo patrzą na obecne zbliżenie Polski i USA. Motywy rządu i prezydenta są oczywiste - poza deklarowanym poczuwaniem się do odpowiedzialności za los Irakijczyków, Polska chce wykorzystać udział w operacji stabilizacyjnej do budowy większego prestiżu międzynarodowego. Przede wszystkim w Europie, ale nie tylko: jak się dowiadujemy z nieoficjalnych źródeł w MSZ, udział Polski w wojnie w Iraku doprowadził do niezwykłego ocieplenia w stosunkach polsko-izraelskich. Nic w tym dziwnego: w końcu wojna z Husajnem była także wojną o usunięcie człowieka, który stanowił zagrożenie dla Izraela i sponsorował palestyńskie zamachy.

Marek Belka - przewidziany na zastępcę szefa cywilnej administracji Iraku (odpowiednik wicepremiera) - i inni politycy stale używają dziś zwrotu o "awansie do wyższej ligi". Polska chce zostać najważniejszym "graczem" w Europie Środkowej, a w całej Europie stać się krajem, który ciężarem politycznym dorównałby np. Hiszpanii. Ale aby takie nadzieje nie okazały się złudne, potrzeba długofalowej wizji przyszłości Europy i swego w niej miejsca.

- Bez niej Polska będzie dryfować, zamiast podążać wytyczoną drogą. Teraz trzeba spokojnie zastanowić się, czego tak naprawdę chcemy wobec Ameryki i Europy - uważa Reiter.

- Zależy nam na poparciu USA, ale pozycji Polski nie można budować tylko na jego podstawie - zaznacza Józef Oleksy, przewodniczący sejmowej komisji europejskiej. - Tworzy się ją głównie w kraju i w jego stosunkach europejskich.

Okazją ku temu było wrocławskie spotkanie przywódców Trójkąta Weimarskiego: kanclerz Niemiec oraz prezydenci Polski i Francji pozostali przy swoich zdaniach, ale podkreślali też, że nie jest to dla nich powodem do kłótni. Innym sygnałem, że Polska szuka zbawiennej równowagi między Ameryką a (starą) Europą jest poparcie ministra Cimoszewicza dla idei ONZ-owskiej rezolucji, autoryzującej działanie sił międzynarodowych w Iraku. - Nie ukrywam, że czujemy dyskomfort z powodu braku tej rezolucji - przyznaje ambasador Nowak. - Liczymy, że będzie ona przyjęta. Ale uważamy też, że sytuacja w Iraku wymaga natychmiastowych działań.

Dlatego Polska zaangażuje się w Iraku, nawet gdyby zabiegi o mandat ONZ lub choćby poparcie NATO zawiodły. "Trzeba robić to, co uważamy za słuszne i być konsekwentnym. Musimy udowodnić, że mieliśmy rację" - tłumaczy min. Cimoszewicz.

Wobec takiej postawy wątpliwości zgłasza Tadeusz Mazowiecki: były premier podkreśla ("Gazeta Wyborcza" z 9 maja), że "jak się powiedziało A, to nie znaczy, że trzeba powiedzieć B. Alfabet ma wiele liter".

Mazowiecki, który skądinąd zrezygnował z pełnienia misji wysłannika Komisji Praw Człowieka ONZ w byłej Jugosławii w proteście przeciw bezczynności społeczności międzynarodowej, najwyraźniej nie dostrzega paraliżu ONZ. Alfabet ma wiele liter, jednak najbardziej logiczne wydaje się zachowanie ich kolejności: powiedzenie B w tym wypadku oznacza wysiłek, aby w Iraku zapewnić bezpieczeństwo, pomóc w organizowaniu struktur społecznych i państwowych, i wreszcie stworzyć warunki dla przemian - być może także demokratycznych. Inaczej osamotnionemu państwu grozi chaos, a wówczas jednym z oskarżonych o bezczynność będzie Polska.

Co nie zmienia faktu, że odbudowa Iraku to jedno, a wejście do Unii - to drugie. Polskę czeka zadanie, kto wie czy nie trudniejsze: ocieplenie stosunków w Europie, zwłaszcza z Niemcami. Musi to nastąpić, jeśli spodziewana wizyta prezydenta Busha w Krakowie i jego podziękowanie za udział w interwencji w Iraku nie ma być dla nas jedynie okazją do krótkotrwałego triumfalizmu, a dla innych - kolejnym powodem do złośliwości.

 


Archiwum | Redakcja | Prenumerata | Reklama | Ludzie Tygodnika | Archiwum felietonów | Historia pisma
Archiwum Jerzego Turowicza | Unia dla Ciebie | Książki w Tygodniku | Film w Tygodniku |
Jazz w Tygodniku | Apokryf | Kontrapunkt

© 2000 Tygodnik Powszechny