|
„TP”, Nr 20 (2810), 18 maja 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2810/kultura03.php
Rysunki Marka Chlandy w Galerii Foksal
Róża i cierń
Bogusław Deptuła
Marek Chlanda na ścianach Galerii Foksal rozwiesił 186 rysunkowych kart swojego
"Kodeksu nadwiślańskiego". Całość dopełnił dwoma stożkami pokrytymi
woskiem. Jeden stożek wieńczy róża, drugi niewielka różana korona cierniowa. Stożki
posadzono na krzesłach, krzesła podsunięto pod naprzeciwległe ściany.
"Kolec róży podkreśla kontrast (odnajdujemy go również w symbolice krzyża) połączenia
tezy i antytezy, idei istnienia i nieistnienia, ekstazy i trwogi, przyjemności i bólu".
Wedle innego słownika symboli ciernie "wyobrażają grzechy i ich skutki, ból i
cierpienie. Z różą stanowią jeden obraz: pośród cierni prześladowania wyrasta róża
męczeństwa, ciernie oplatają skroń cierpiącego Zbawiciela (...)". Róża i cierń
połączone są na zawsze w jednolitą, acz przeciwstawną całość. Choć istnieją róże
bez kolców i ciernie bez róż, to nie istnieje zbawienie bez cierpienia.
Marek Chlanda najwyraźniej postanowił zebrać swoje artystyczne, mistyczne, religijne,
filozoficzne, historiozoficzne doświadczenia w zwartą nową całość. W zamkniętej
przestrzeni czterech ścian Galerii Foksal ma zmieścić się właściwie cała historia
Starego i Nowego Testamentu, odkupienie i zbawienie, ale również jakaś artystyczna
summa, wynikająca z poznania i doświadczenia, pracy i umiejętności artysty. Dwoistość
zawarta w słowie "kodeks" także nie dozwala na łatwe i jednorodne
sproblematyzowanie tej wystawy, która nie chce być tylko wystawą, ale przeciwnie, dąży
do tego, by przemienić się w wielowątkowy traktat o rzeczach najważniejszych. Z jednej
bowiem strony kodeks to zbiór przepisów prawa, z drugiej - rękopiśmienna księga. A
zatem prawo, reguły, coś pewnego i niepodważalnego, ale uczynionego ludzką ręką, ręką
artysty, w czym może tkwić siła geniuszu i słabość człowieka. Ten dylemat pozostaje
nierozstrzygnięty.
Przewodnik po wystawie napisała Agnieszka Skalska. Jej tekst pt. "Rysunkowy kodeks
ćwiczeń duchowych" powstał z pewnością w wyniku rozmów z autorem. Jest
erudycyjnym wprowadzeniem w świat biblijno-
-kabalistyczno-naturalistycznej wizji Chlandy. Ma trójstopniową strukturę: "Na
początku był liść...", "Oto ciało moje", "Słowo stało się ciałem",
i opisuje kolejne kręgi wtajemniczenia. Nie posiadając takiej wiedzy, muszę pozostawać
bliżej samych rysunków i tego najprostszego przesłania zawartego w dychotomii róża-cierń.
"No, bo jaki ja mam inny interes w życiu niż powiedzieć, w co wierzę, przedstawić
tę wiarę najlepiej w sensie rzemiosła, na przykład pokazać, że rzemiosło nie umarło,
że to bardzo szlachetna rzecz, kiedy potrafi się operować wizerunkami, no ale przede
wszystkim, kiedy one znaczą" - mówił Marek Chlanda w rozmowie z Jaromirem Jedlińskim.
Trudno przeoczyć wielkie mimetyczne umiejętności artysty. Elementy wyjęte z natury: róże,
czaszki, kolce, przedstawiane są z mistrzowską precyzją, łudzą oko doskonałością.
Wydaje się niemal, że to wycinanki - a to efekt wirtuozerii w posługiwaniu się ołówkiem
i pędzlem. Konfuzję zwiększa kolażowy charakter prac, artysta wkleja w nie autentyczne
przedmioty, jak choćby liście. To zbliżenie do natury, wnikliwa drobiazgowość w jej
przedstawianiu, ma w sobie coś ze skrupulanctwa herborysty, ale może dotykać najróżniejszych
tematów, w tym tych najważniejszych. Nie zawsze dotyka się ich wprost; kodeks musi
zawierać tajemnice i niedopowiedzenia.
Pojawia się natomiast sztuka i jej rozliczne konteksty. Już choćby poprzez samo pojęcie
kodeksu; w kodeksach właśnie zawarte są najcenniejsze rysunki i myśli Leonarda. W
rysunkowej zaciekłości Chlandy jest coś z Leonarda, ale i z Dürera. W wielowarstwowym
piętrzeniu jednej rysunkowej warstwy na następnej widać podobieństwa do poczynań
Austriaka Arnulfa Rainera, a w cytowanej już rozmowie przywoływani są jeszcze Joseph
Beuys, William Blake, Andrzej Szewczyk... Chlanda świadomie wiąże swoje dzieło z dziełami
innych; to ma być palimpsest i palimpsestem się staje. Formalnie zaś rzecz cała ma
najprostszy z możliwych charakter: kartki formatu A-4 przyszpilone wprost do ścian w
kilku biegnących równolegle rzędach, tak jak to się zwykle dzieje na studenckich
pokazach w korytarzach Akademii.
I jeszcze jeden, najbardziej realny kontekst rysunkowego cyklu Marka Chlandy. Jak podkreśla
sam artysta, jego pracownia znajduje się na krakowskim Podgórzu, w nadwiślańskiej
dzielnicy przemienionej podczas wojny w getto. Przyglądając się różańcom czaszek
ponawlekanych na kolorowe linie, trudno zapomnieć o cierniach i cierpieniach wpisanych w
tamto miejsce, ale i wrysowanych w rysunki Chlandy, tak prosto konstruowane, choć
zamotane w konteksty i znaczenia wprost niepoliczalne.
Czy próba takiego całościowego historiozoficznego spojrzenia nie jest narażona na
nieuniknioną klęskę? Nie odniosłem tego wrażenia. Przeciwnie, myślę, że Chlandzie
w "Kodeksie nadwiślańskim" udało się zawrzeć wiele niezwykle ważnych wątków.
Że jest to głos ważny intelektualnie, a nie tylko artystycznie, że Chlanda jest myślicielem,
może nawet historiozofem, tyle że posługuje się własnym, obrazkowym pismem. Wymaga
ono na pewno wsparcia słowem, ale daje rozległe pole dla interpretacyjnych poszukiwań.
Marek Chlanda, "Kodeks Nadwiślański", Warszawa, Galeria Foksal, kwiecień/maj
2003.
© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl
|