dotb.gif

„TP”, Nr 20 (2810), 18 maja 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2810/kultura02.php

Bioblijny esej Jarosława Marka Rymkiewicza


Na tamtą stronę lustra

Adam Poprawa


Tytułowe zwierciadło z nowej książki Jarosława Marka Rymkiewicza jest przypomnieniem słynnego porównania z Pierwszego Listu do Koryntian. Chodzi o fragment, w którym św. Paweł mówi o teraźniejszym niejasnym widzeniu. Jednocześnie nowy tom pisarza jawi się jako lustro, w którym wyraźniej widać jego eseistykę, a także postawę poetycką.

Tekst "Przez zwierciadło" powstał jesienią 1992, czyli w czasie, kiedy Rymkiewicz zajęty był głównie kolejnymi tomami cyklu mickiewiczowskiego, rozpoczętego "Żmutem" i "Baketem". Okazuje się zatem, jak bardzo funkcjonalna może być - i dokąd może prowadzić - metoda wypracowana przez lata prozy dyskursywno-fikcjonalnej. Mocna autokreacja, przejawiająca się tak na poziomie stylistycznym, jak i myślowym, śmiałe wizje i tezy, a następnie zastrzeżenia wobec nich, aż do negacji włącznie. Eseistyka Rymkiewicza proponuje taki układ perspektyw, w którym "tak" i "nie" stanowią nie alternatywę wykluczającą, lecz koniunkcję.

Zarazem to, co autor pisze, jest radykalne i zasadnicze. Owszem, to literatura wręcz manifestacyjnie zaznaczająca swą literackość, ale i - z równą, jeśli nie większą - siłą mierząca się z rzeczywistością pozaestetyczną, nade wszystko z istnieniem i nicością.

Rymkiewicz, choć nie biblista, świetnie się przygotował do - jedynego w swoim rodzaju - eseistycznego potraktowania paru kwestii z Nowego Testamentu. Prawda, i nie może być inaczej, glosy zapisane na marginesach Pisma są i komentarzem, i interpretacją, choćby autor od niej wszelkimi siłami się odżegnywał. Mówię jednak o potraktowaniu eseistycznym, gdyż właśnie ten gatunek umożliwił Rymkiewiczowi działanie na (co najmniej) trzech poziomach. Po pierwsze więc, tom stawia pytania i problemy. Po drugie, jest to złożona konstrukcja mówiącego "ja". Po trzecie, tryb eseistyczny stanowi ekwiwalent literackiego i znaczącego uporządkowania tekstu.

Jednym z najtrudniejszych węzłów chrześcijaństwa jest stosunek do tego, ludzkiego, doczesnego świata. Od owego nierozstrzygalnego konfliktu rozpoczyna Rymkiewicz. A zatem: czy, jak chce św. Jan, "świat znajduje się w mocy Złego" (1 J 5, 19), czy też, zgodnie ze św. Pawłem, przeciwnie, "wszystko (...) co Bóg stworzył, jest dobre" (1 Tm 4, 4). Eseista stawia sprawę ostro, co wcale nie znaczy, że jednoznacznie. Opowiada się za afirmacją stworzenia/istnienia, co oczywiście nie równa się zamknięciu kwestii. Uwielbienie dla tego, co ziemskie, przybiera niekiedy formę wręcz prowokacyjną; w ten właśnie sposób chce być postrzegany autor, który informuje o postawieniu pocztówki z aktem namalowanym przez Goyę obok Biblii (i zapewne apokryfów, też w tomie cytowanych). "Maja naga" jest "innym wielkim (oczywiście nie tej miary co Księgi) dziełem mojej kultury".

Inną postacią apologii żyjącego świata jest wyraźnie zaznaczana niezgoda na teodyceę oraz (to działa na prawach kontrastu) ukazywanie unicestwiających zagrożeń, np. obraz powtórnego rozkładu ciała Łazarza.

W finale tomu połączenie obu sfer, boskiej i ludzkiej, prowadzi do wyznania wiary - takiego jednak, w którym dość łatwo ujrzeć wielowykładalny paradoks. Jezus "może więc siedzieć przy naszym stole nie rozpoznany i może się zadomawiać w naszym domu - możemy Go u nas zadomawiać - nawet jeśli Go nie rozpoznajemy i uważamy, że Go tutaj nie ma". W tych zdaniach kryje się więcej niż (jednoznaczna) konstatacja istnienia i działania Chrystusa w doczesnościach ludzi.

Analogiczny problem pojawia się wcześniej, gdy Rymkiewicz zapisuje przekonanie o tym, że dla uczestników kultury judeochrześcijańskiej eo ipso dostępny jest głos Boga. Każdy "słyszy go, nawet jeśli słyszeć go nie chce, nawet jeśli nie wie, że go słyszy. Ten głos przedziera się ku nam przez wszystkie dzieła i wszystkie języki naszej kultury". Raz jeszcze, wbrew pozorom, jest to idea bardziej skomplikowana aniżeli twierdzenie teologiczne albo kulturoznawcze. Język (o którym jeszcze za chwilę) przybliżający się do takiego splotu zagadnień nieraz musi przybierać formę paradoksu. "Boga nie można widzieć i nie można nie widzieć Boga". To zdanie stanowi jedno z kilku semantycznych zagęszczeń tomu. Jest ono również - nie wiem, czy intencjonalnym, ale na pewno intertekstualnym - nawiązaniem do słynnego Różewiczowskiego dystychu: "życie bez boga jest możliwe / życie bez boga jest niemożliwe".

No tak, ale to wszystko byłoby jeszcze (w dość nieskończoną) miarę proste, gdyby esej Rymkiewicza był wyłącznie wypowiedzią egzystencjalnie zaangażowanego podmiotu poznawczego, adresowaną do symetrycznie pomyślanego odbiorcy. Tymczasem autor używa także formy "my", i to nieraz w sposób nader kategoryczny, zabraniający "nam" poddawania sfery religijnej analitycznym dociekaniom. Pisarz kreuje pewną (by posłużyć się terminem pochodzącym skądinąd) wspólnotę interpretacyjną, zarazem ustanawiając jedną z przestrzeni odniesienia. Czyni tak w celu tym dobitniejszego zaakcentowania spraw wiary. "Przez zwierciadło" to książka o religii, bardziej jednak jest to mówienie wobec/w religii.

Stąd przedmiotem uwag autora niejednokrotnie staje się język. Jakże niedoskonały i niewystarczający w stosunku do tematu, niemniej, wraz z kulturą, będący jedynym dostępnym środkiem. "Bóg - dla nas, teraz - jest w zagadce, którą jest nasz język". Możliwą implikację tego zdania stanowi pogląd o immanentnym zamknięciu. Byłby to przecież zaledwie jeden z wniosków. Otwarcie jest bowiem i we fragmencie (tu nieprzytoczonym) poprzedzającym cytat, i w wielu innych miejscach dzieła. Chociaż "trzeba przejść przez drzwi, których nie ma", czyli z doczesności do sfery pozaczasowej. Esej Rymkiewicza jest nie tyle przeprowadzaniem, ile wskazywaniem progów.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl